Smak gettowego życia 21

Kontynuujemy cykl „Smak gettowego życia” Agnieszki Witkowskiej-Krych, w którym autorka przybliża m.in. kwestie wyżywienia mieszkańców getta, działalność doraźnie organizowanych punktów dożywiania przeznaczonych dla głodujących mieszkańców oraz kuchni żywiących dzieci i niemowlęta, Transferstelle.

1 kwietnia 2020

Hotel Britania – Nowolipie 18

W getcie warszawskim poza punktami dożywiania, kuchniami ludowymi, restauracjami średniej klasy, działały również lokale o nieco innym charakterze – droższe, bardziej eleganckie, takie, w których spotykała się „nowa elita finansowa” dzielnicy zamkniętej. O osobach tych pisano: „Są i między nimi […] ludzie, o których źródle utrzymania nikt nic nie wie. A żyją dobrze, dostatnio, na przedwojennej stopie” (Archiwum Ringelbluma. Getto warszawskie, t. 5, Warszawa 2011, s. 71.). Owa nowa klasa społeczna rekrutowała się głównie z ludzi zajmujących się przemytem towarów z i do getta, policjantów Żydowskiej Służby Porządkowej, ale także funkcjonariuszy Urzędu do Walki z Lichwą i Spekulacją. Ludzie ci spotykali się w gettowych lokalach, by omawiać prowadzone przez siebie interesy. Pisał o tym między innymi Stanisław Różycki: „Są tacy, którzy byli przed wojną dorożkarzami, tragarzami. […] Inni – z tych samych sfer – młodzi – mają już śmiałość, tupet, a nawet gest. […] Tych widać przede wszystkim w Arizonie. Jest to mały bar-kawiarnia w podziemiach hotelu Britania, w którym mieszkają najbogatsi mieszkańcy getta, straciwszy swoje dawne mieszkanie. Pokoje drogie, bo drogie, ale za to i światło, […] pościel, śniadania, obiady, kolacje na miejscu. A i przyjemności, i rozrywki na miejscu, nie trzeba wychodzić na brudną ulicę, aby dzień godziwie i rozkosznie spędzić z dala od wojennej i gettowej zmory. Bo i dancing, kawiarnia, i restauracja, karty, tańce, alkohol, dziewczynki, wszystkiego pod dostatkiem, czego dusza zapragnie, żyć nie umierać, muzyka, śpiew, humor, dowcip okraszają szarą nudę życia szmuglerskiego” (Ibidem.).

Hotel Britania, o którym tu mowa, był jeszcze przedwojenną inwestycją. Nie cieszył się takim prestiżem jak Bristol, Polonia, czy Europejski, uchodził jednak za względnie przyzwoity. Nie jest zatem dziwne, że ci, którym przyszło przenieść się do getta, a przy tym nie udało się im znaleźć odpowiednich lokali, decydowali się, by tu zamieszkać, oczywiście mając na to wystarczające środki. Sam hotel ogłaszał się w koncesjonowanej „Gazecie Żydowskiej”, pisząc, że oferuje wynajem długoterminowy, z wygodami, takimi jak chociażby centralne ogrzewanie. (Gazeta Żydowska 1941, nr 3, s. 10).

Stanisław Różycki z dużą rezerwą opisywał atmosferę panującą przy ulicy Nowolipie 18. Goście, którzy tam bywali, to – w jego oczach – osoby ubrane w wykwintne stroje, wyperfumowane i świeże. Podawane przy stolikach napoje to przede wszystkim alkohole, takie jak „likiery, wina, cocktaile” (Ibidem.), do jedzenia zaś: „pomarańcze, cytryny, jabłka, […] torty, oranżady, majonezy, ryby, kury, sardynki” (Ibidem.). Specjalny gość, którego Różycki nazywa „królem pośredników”, zamawiał ponoć dania, o których mieszkańcy okolicznych ulic mogli tylko marzyć: „pierś z gęsi z macą, miód, cebulkę z wątrobą, śliwowicę” (Ibidem.). Konstatacja Różyckiego dotycząca poziomu tego lokalu była jednak niewesoła: „w gruncie rzeczy jest to nora, gniazdo najgorszych wyrzutków, ludzi bez skrupułów i bez wstydu, przeważnie niewykształconych prostaków, silących się na gesty wielkich panów. […] To nic, że orgie, że dom publiczny, że karciarnia, hazard, taniec, żarcie, pijatyka. To nic, że pieniądze rzuca się tak łatwo, jak łatwo wyciska się je z kieszeni nędzarzy” (Ibidem, s. 72.). Jest to obrazek codzienny, choć – jak zakładał Różycki – mógł on się różnić od tego, co działo się w lokalu w czasie godziny policyjnej, gdy do Britanii nikt już nie mógł oficjalnie przybyć. „Muzyka całą noc do dyspozycji, […] kelnerki i inne kobiety też. A wódki, wina, ciastek, mięs, majonezów, owoców nie zabraknie” (Ibidem.). Miejsce to w porównaniu z zatłoczonymi, szarymi ulicami getta musiało wywierać wielkie wrażenie. Potwierdził to nieznany z imienia Rode, który odwiedził Britanię na chwilę po tym, gdy opuścił jedno ze schronisk dla uchodźców. Lokal przy Nowolipiu wspominał po latach: „fordanserki w wieczorowych sukniach, służba, orkiestra, stoliki, kolacyjki z alkoholem, snujący się dym papierosów, cygar. […] Orkiestra gra, taniec, śmiech, zabawa…” (Archiwum ŻIH, sygn. 302/129.), czyli wszystko to, co dla przeciętnego, poważnie zubożonego mieszkańca getta było prawie nieosiągalne.

Agnieszka Witkowska-Krych – antropolożka kultury, hebraistka, socjolożka, w ostatnich latach kustoszka w Muzeum Warszawy, badaczka życia i spuścizny Janusza Korczaka, współpracowniczka Fundacji Forum Dialogu i Centrum Kultury Jidysz, autorka tekstów o „sprawach ostatnich” – ostatniej drodze Korczaka i jego podopiecznych, ostatnim przedstawieniu wychowanków żydowskiego Domu Sierot i ostatnich zapiskach w Korczakowskim Pamiętniku.

Opr. Anna Kilian

Zdj. Nowolipie, skrzyżowanie z Karmelicką i Mylną w okresie II wojny światowej. Od lewej: ruiny kamienicy Nowolipie 24 róg Karmelicka 11, kamienica Karmelicka 12 róg Nowolipie, ściana szczytowa kamienicy Nowolipie 20, w dalszej części ulicy widoczne kamienice Nowolipie 14a, Nowolipie 14 i Nowolipie 12. Na wprost boczna elewacja kamienicy Nowolipie 17 oraz kamienicy przy Mylnej (nr hip. 7346). (Fundacja Warszawa 1939, źródło: skan zdjęcia nadesłany przez Tomasza Lerskiego)