Jaka słodka śmierć

Czy Niemcy stosowali gazy bojowe podczas powstania w getcie warszawskim?

W wielu relacjach świadków, którzy przeżyli powstanie w getcie warszawskim w 1943 roku, powtarza się motyw wpuszczania przez Niemców do wykrytych kryjówek Żydów (tak zwanych bunkrów) trujących substancji, które duszą ukrywających się i wypędzają ich na zewnątrz, prosto w ręce żołnierzy okupanta.

„Niemcy nie ośmielili się wejść do bunkra, natomiast wpuścili gaz. Bojowcy zaczęli się dusić” pisze Cywia Lubetkin o walce w bunkrze dowództwa Żydowskiej Organizacji Bojowej na Miłej 18. Podobnego opisu dostarczył doktor Adolf Polisiuk, który ukrywał się w podziemnej kryjówce na Gęsiej: „do tej akcji minowej dołączyła się jeszcze akcja >gazowa<, przy pomocy bomb duszących. Gazowane były wszystkie odkryte schrony, by wszystkich wypłoszyć na zewnątrz”.

Marian Berland, który przeżył „gazowanie” bunkra przy Muranowskiej, tak opisał swoje doświadczenia: „Powietrze staje się niewyraźne. Już teraz mamy jakiś dziwny, słodkawy smak w ustach, który potęguje się z minuty na minutę. (…) Gaz szybko wypiera powietrze. Jest go tyle, że już siebie prawie nie widzimy nawzajem. Tak jakby chmura pyłu przesłoniła wszystko. Tlenu jest tak mało, że płomienie świec nikną i w końcu zupełnie zamierają. Słodycz wdziera się ze wszystkich stron. Mamy ją w nosie, w ustach, gardle, wszędzie. Nie pozwala patrzeć. Dusi. Nie ma już czym oddychać. Z wielu stron słychać: Jaka słodka śmierć, nadszedł nasz koniec”.

Czy Niemcy istotnie stosowali gazy bojowe w okupowanej Warszawie? Wydaje się to raczej wątpliwe. Po straszliwych doświadczeniach, jakie przyniosło użycie broni gazowej na frontach I wojny światowej, 17 czerwca 1925 roku sformułowano w Genewie protokół zabraniający stosowania podczas działań wojennych gazów duszących, trujących itp. oraz broni bakteriologicznej. Protokół nie zabraniał jednak prowadzania badań nad taką bronią oraz jej produkcji. III Rzesza podczas II wojny światowej dysponowała więc znacznymi zapasami gazów bojowych, prowadziła także aktywne badania nad bronią chemiczną, w tym czynnikami porażającymi system nerwowy (tabunem, sarinem i somanem), ponadto wytwarzała je dużych ilościach. O ile jednak nie ma wątpliwości, że Niemcy posiadali wyspecjalizowane wojska chemiczne i wykorzystywali oparty na cyjanowodorze cyklon B do masowego mordowania Żydów, Polaków, Romów i Sinti w komorach gazowych obozów zagłady, to w działaniach bojowych na frontach II wojny światowej III Rzesza nigdy oficjalnie nie użyła broni chemicznej. Historycy przypisują to niekiedy osobistym lękom Adolfa Hitlera, który doświadczył działania gazu w październiku 1918 r. podczas walk pod Ypres. Brytyjczycy użyli wówczas iperytu – gazu musztardowego – który tymczasowo oślepił Hitlera i rzekomo spowodował uraz, który pozostał mu do końca życia. Są też i bardziej racjonalne wyjaśnienia; Niemcy świadomi posiadania przez aliantów znacznych zasobów broni chemicznej, obawiali się analogicznego odwetu w przypadku ich użycia przeciwko nim. Gazy bojowe nie sprawdziłyby się także w warunkach wojny mobilnej.

Jak się wydaje, od tej reguły mogły zdarzyć się wyjątki, w opisach walk na Krymie pojawia się motyw wykorzystania przez Niemców jakiegoś rodzaju substancji duszących do wypędzania obrońców z podziemnych fortyfikacji i jaskiń, m.in. podczas niemal rocznego oblężenia Sewastopola. Dysponujemy także wspomnianymi już relacjami uczestników i świadków powstania w getcie warszawskim. Podobnych świadectw jest wiele, przyjrzyjmy się zatem temu, co na ten temat mówią źródła niemieckie. Kat powstania w getcie, Jürgen Stroop, podczas swojego procesu konsekwentnie zaprzeczał, jakoby Niemcy używali przeciwko żydowskim powstańcom bojowych środków chemicznych. Takich informacji nie znajdziemy również w przygotowanym przez jego sztab dla przywódców III Rzeczy raporcie podsumowującym działania podczas powstania w 1943 r. W tym ostatnim wielokrotnie natomiast powtarza się motyw stosowania świec dymnych (Nebelkerzen):

„Dopiero przez spalenie kilku świec dymnych można było zmusić Żydów do opuszczenia bunkrów”, „aby wypędzić Żydów, trzeba było stale używać świec dymnych”.

W protokole przesłuchania esesmana Franza Konrada, kierownika Werterfassung (instytucji odpowiedzialnej za gromadzenie i transport do Rzeszy majątku Żydów wywożonych na śmierć) także znajdziemy na ten temat wzmiankę: „w celu wyłapania ludzi znajdujących się w instalacjach kanalizacyjnych Stropp wypędzał ich granatami dymnymi, które były rzucane płonące do piwnic, żeby się tam uwędzili. Widziałem, że w ten sposób ludzie chcieli się ratować przez szyby piwnic przed powstającymi gazami dymnymi, umierali jednak wkrótce potem wskutek wdechiwania gazu” (pisownia oryginalna – MB).

Rzecz jasna, jeśli Niemcy istotnie wykorzystywali broń chemiczną przeciwko żydowskim powstańcom, łamiąc tym samym konwencję genewską, w ich żywotnym interesie byłoby konsekwentne zaprzeczanie tezie, że broń taka została użyta.

Scena z filmu „Powstanie” z 2001 r.

Czy jednak Stroop i Konrad kłamali? Przyjrzyjmy się dostępnym informacjom na temat świec dymnych używanych przez wojsko niemieckie. Na wyposażeniu tłumiących powstanie w getcie oddziałów SS i saperów Wehrmachtu znajdowały się rozmaite środki służące wytwarzaniu dymu, spośród których najbardziej interesują nas przenośne świece dymne, w nomenklaturze niemieckiej określane jako Nebelkerze 39 (dosłownie świeca mgłowa wz. 39). Były one cylindrycznymi, szczelnymi pojemnikami wykonanymi z cienkiej blachy, wypełnionymi stałą masą dymną, na którą składały się proszek cynkowy i heksachloroetan. Po zapłonie, świeca wytwarzała przez 4 do 7 minut gęsty, biały dym, który tworzył zasłonę dymną, za którą mógł ukryć się w razie potrzeby żołnierz. Świece dymne występowały w różnych rozmiarach i wagach. Istniały także łatwiejsze do przenoszenia granaty dymne wzorowane na słynnych „tłuczkach”, czyli trzonkowych granatach ręcznych (Stielhandranate 24), zwane Nebelhandgranate. Te ostatnie występowały w dwóch wzorach – 39 i 41 i podobnie jak wszystkie przenośne generatory dymu były wyraźnie oznakowane. Dla odróżnienia ich od granatów bojowych malowano na nich szeroki, biały pas. Inna była także faktura drewnianego trzonka, co umożliwiało rozpoznawanie ich dotykiem. Na zdjęciach z raportu Stroopa można w dużych powiększeniach dostrzec zarówno egzemplarze Nebelhandgranate jak i Nebelkerze, co jednoznacznie świadczy o tym, że siły niemieckie używały ich podczas walk w getcie warszawskim. W arsenale niemieckich saperów szturmowych znajdowały się nawet granaty wykonane ze szkła – Blendkörper, wypełnione mieszanką chlorku tytanu i chlorku wapnia.

Należy tutaj zauważyć, że choć w niemieckich instrukcjach środki te nie były traktowane jako broń, lecz narzędzia służące do kamuflażu żołnierzy i pojazdów, ich działanie nie było obojętne dla organizmu ludzkiego. Zarówno na samych granatach i świecach jak i na używanych do ich przenoszenia pojemnikach, znajdowały się nalepki informujące, że nie należy stosować ich w zamkniętych pomieszczeniach z powodu zagrożenia dla zdrowia.

Wynikać to może z faktu, że na skutek działania substancji składających się na mieszankę dymotwórczą w granatach dymnych i świecach wytwarzał się gęsty, toksyczny i drażniący dym z chlorku cynku, w skład którego wchodził między innymi gazowy chlorowodór. Inhalacja tej silnie toksycznej i drażniącej substancji powoduje u poszkodowanych uszkodzenia układu oddechowego i krążeniowego, objawiające się m.in. silnym kaszlem i dusznościami. Chlorowodór może również powodować poważnie obrażenia układu wzrokowego, a w przypadku dostania się do dróg pokarmowych może wywołać krwotok. W kontakcie ze skórą prowadzi do zaczerwienień oraz poparzeń. W dużym stężeniu może być śmiertelny. Panujące w kryjówkach w getcie warunki – zamknięta przestrzeń, brak wentylacji, a w przypadku kryjówek w kanałach także duży poziom wilgotności – sprzyjały zwiększaniu się stężenia toksycznych substancji.

Granat dymny z widocznymi oznaczeniami za pasem Sturmanna SS.

„W maju 1943 r. Niemcy wykryli schron na Miłej z kilkuset osobami. Wpuścili gaz przez lufty, ale mieszkańcy schronu zatkali otwory. Rzucili więc granat i wywalili kawał muru, przez który rzucili jakiś nabój z substancją parzącą, przez którą ludzie nie mogli oddychać i która poparzyła im ciało. Z kilkuset osób, na zewnątrz wyszło 50, z popalonymi czarnymi twarzami z bąblami. Tych którzy nie mieli siły wyjść, Niemcy zastrzelili na miejscu” wspomina Mietek Pachter.

„Ujęci Żydzi meldowali, że już na skutek działania świec dymnych wielu Żydów zginęło” pisze Stroop w swoim raporcie.

Cywia Lubetkin wspomina: „Byli z nami uratowani z Miłej 18, niektórzy wciąż zatruci gazem, nie mogli oddychać. Niektórzy nie byli w stanie iść”.

Jeszcze bardziej szczegółowo skutki te opisuje cytowany już Marian Berland: „Słychać tylko kaszel, stękanie i charczenie. Ludzie trzymają się za piersi, zgięci we dwoje przy kaszlu. Wszystko w gardle jest zaschnięte, brakuje śliny, wielu już pluje krwią. Płuca rozrywają się z bólu, a kaci dookoła śmieją się, zadowoleni. Pytają, jaki mamy smak w ustach, czy nam słodko” (…) Sczerniałe twarze, oczy wyłażą na wierzch, ludzie charczą i plują krwią z braku śliny. Niektórym krew płynie z nosa. Prawie na każdym kroku stoją i wymiotują. (…) co krok ktoś trzyma głowę w rękach, chce zwymiotować, myśli, że mu to przyniesie ulgę, palce do gardła wsadza, chce wyrzucić z siebie wszystko razem z gazem”.

Objawy te w większości pokrywają się z zatruciem dymem z chlorku cynku. Jeśli doda się do tego niedobór tlenu w zamkniętym bunkrze i skutki wzajemnego tratowania się przerażonych ludzi, łatwo zrozumieć, dlaczego efekty stosowanych przez Niemców metod były tak zabójcze.

W zamieszczonych powyżej cytatach z relacji Mariana Berlanda szczególną uwagę zwracają dwa aspekty – pogarszająca się widoczność w kryjówce po wpuszczeniu „gazu” oraz słodki smak w ustach ofiar. Ten pierwszy można wytłumaczyć skutkami użycia świec dymnych (wszak służą one właśnie ograniczeniu widoczności), drugi wymaga dodatkowego wyjaśnienia. Wiele mieszanin dymotwórczych z epoki, w tym niektóre używane w niemieckich świecach dymnych, wykorzystywało w składzie tetrachlorek węgla, a w późniejszym okresie także wzmiankowany już heksachloroetan. Ich zapach określa się w literaturze jako odpowiednio: słodkawy, oraz słodkawo-parzący.

Niemcy doskonale zdawali sobie sprawę ze skutków działania środków dymnych, a także z psychologicznego aspektu ich wykorzystania. Istniała zresztą specjalna, zwężona wersja świecy dymnej zwana Rauchröhre 39 i przeznaczona do wsuwania w szczeliny bunkrów strzeleckich celem „wykurzenia” z nich nieprzyjaciela, nie ma jednak jednoznacznych dowodów na to, że była ona wykorzystywana podczas walk w kwietniu i maju 1943 r.

Świece dymne, rutynowo stosowane przez Niemców w zwalczaniu bunkrów, służyły także do innych celów. Stroop raportuje: „pewnego dnia otwarto 183 włazy do kanałów i wrzucono w nie w określonym czasie świece dymne w wyniku czego bandyci, uciekając przed rzekomym gazem, zbiegli się w centrum byłej żydowskiej dzielnicy mieszkaniowej, skąd można ich było wyciągnąć przez znajdujące się tam otwory kanałowe”. Ilość wykorzystywanych materiałów dymotwórczych była tak ogromna, że 11 maja w raporcie wskazano, że zabrakło ich w całej Warszawie i że konieczne będzie sprowadzenie nowych zapasów.

Po lewej świeca dymna, po prawej – granat dymny.

Także przynajmniej część walczących w getcie Żydów wiedziała, z czym ma do czynienia. W swojej relacji Dawid Sztein wspomina: „o godz. 2 po południu zeszliśmy do kanału. Woda się lała nam do pasa. Nogi ślizgały się raz po raz. Kroczyliśmy tak może 2 godziny. Nagle poczuliśmy duszący swąd. Zawróciliśmy. Niemcy wrzucili do kanałów dymne świece”.

Czy w świetle powyższych informacji można zatem jednoznacznie wykluczyć, że Niemcy używali przeciwko żydowskim powstańcom i cywilom bojowych środków trujących (gazów bojowych)? Rzecz jasna nie, powyższe informacje są jednak istotnymi przesłankami wyjaśniającymi, dlaczego nie musieli się do tego uciekać, skoro posiadane przez nich środki niebojowe wystarczały w zupełności do zrealizowania założonego celu. Czy był to wynik twórczej, oddolnej inicjatywy żołnierzy, czy też polecenia z góry, nie da się określić. Wiadomo jednak, że niemieccy żołnierze zachęcani byli do podejmowania samodzielnych inicjatyw, które, jeśli okazały się skuteczne, były następnie adaptowane przez dowództwo do powszechnego wykorzystywania. Sztab Stroopa składał się z ludzi o bardzo zróżnicowanych specjalizacjach, a ich dowódca nie miał nic przeciwko działaniom nieszablonowym.

Dodatkową wskazówką jest to, że na zdjęciach z raportu Stroopa nie widać, by SS-mani czy saperzy kopiący w poszukiwaniu bunkrów byli wyposażeni w maski gazowe, które w przypadku używania gazów bojowych raczej mieliby przy sobie (dysponują za to nimi żołnierze widoczni na zdjęciach z płonących ulic getta). Gazy bojowe są bronią obosieczną i w zależności od warunków mogą zagrozić zarówno stronie własnej jak i przeciwnej. Niewykluczone, że wspominane na początku tego tekstu walki o podziemne umocnienia Sewastopola także nie wymagały użycia broni gazowej, skoro świece dymne były równie skuteczne w działaniu.

Motyw gazowania bunkrów w getcie utrwalił się jednak w literaturze i trafił nawet do kultury popularnej: w filmie „Powstanie” z 2001 r. w reżyserii Jona Avneta znajduje się scena, w której ubrani w ochronne stroje i maski Niemcy pompują z butli gaz trujący do wnętrza bunkra na Miłej 18.

Niezależnie od tego, jakie środki ostatecznie stosowali Niemcy w walce z ukrywającymi się w bunkrach żydowskimi powstańcami i ludnością cywilną, skutki ich działania trwale zapisały się w pamięci tych, którym udało się przeżyć zetknięcie z nimi.

Oparte na heksachloroetanie mieszanki dymne są mimo ich potwierdzonej toksyczności nadal używane w wielu armiach świata do produkcji granatów i świec dymnych.

Marcin Bartosiewicz

Bibliografia:

Bartoszewski S., Ten jest z ojczyzny mojej. Polacy z pomocą Żydom 1939–1945, Relacja Dawida Szteina, Kraków 2013
Berland M., Dni długie jak wieki, Warszawa 1992.
Eaton C.J., Lopinto R. J., Palmer W. G. Health effects of hexachloroethane (HC) smoke, Fort Detrick 1994.
El Idrissi, A., van Berkel, L., Bonekamp, N. E., Dalemans, D. J. Z., & van der Heyden, M. A., The toxicology of zinc chloride smoke producing bombs and screens. G. Clinical Toxicology, 55, Abingdon 2017.
Engelking B., Leociak J., Getto warszawskie. Przewodnik po nieistniejącym mieście, Warszawa 2013.
Fries, A. A., & West, C. J., Chemical warfare, New York 1921.
Gutman I., Żydzi warszawscy 1939–1943, Warszawa 1993.
Lubetkin C., Zagłada i powstanie, Warszawa 2004.
Pachter M., Umierać też trzeba umieć, Warszawa 2015.
Prentiss, A. M. Chemicals in War: A Treatise on Chemical Warfare. McGraw-Hill Book Company, New York and London 1937.
Stroop J., Żydowska dzielnica mieszkaniowa w Warszawie już nie istnieje!, Warszawa 2009.
U.S. Department of Health and Human Services. Toxicological Profile for Hexachloroethane (ATSDR),
The Merck Index: An Encyclopedia of Chemicals, Drugs, and Biologicals, O’Neil, M. J. (red.) and others, Hoboken 1989.
Relacja dr Polisiuka w archiwum ŻIH.
Zeznanie Franza Konrada w archiwum ŻIH.