Henryka Łazowertówna (1909–1942)

Poetka, członkini grupy Oneg Szabat.

Wrażliwa kobieta, która źle ulokowała swoje uczucia. Namiętna epistolografka, której listy
do przyjaciela stały się swoistym intymnym dziennikiem. „Obciążona klątwą sympatyczności” – jak sama pisała – z wiecznym poczuciem osamotnienia. Zapomniana poetka, choć autorka dwóch docenionych tomików.

Była zasymilowaną Żydówką związaną całe życie z Warszawą, aktywną działaczką społeczną, zaangażowaną w poprawę losu ludzkiego – więźniarką getta warszawskiego, której grobem stały się pola i lasy Treblinki.
 

Biografię Henryki Łazowertówny odtworzyła ostatnio dr Agnieszka Żółkiewska, badaczka
z warszawskiego Żydowskiego Instytutu Historycznego im. Emanuela Ringelbluma, która podjęła zarazem udaną próbę interpretacji jej twórczości literackiej. Publikacja, która niebawem ukaże się nakładem Muzeum Getta Warszawskiego, nosi tytuł: „Jutro jest ciemne i nieprzeniknione…” Henryka Łazowertówna – poetka getta warszawskiego. Znalazły się w niej dwa zbiory tekstów źródłowych Łazowertówny: wybór wierszy oraz kilkanaście listów nadanych z getta do przyjaciela, poety Romana Kołonieckiego. Tym ostatnim towarzyszy esej dr. Pawła Freusa – historyczny i źródłowy komentarz do korespondencji, przybliżający czytelnikowi dramatyczną codzienność „dzielnicy zamkniętej”.
 

Henryka Łazowertówna, zwana przez przyjaciół Henią – sama chętnie podpisywała się
z francuska Henriette – urodziła się 19 czerwca 1909 roku w Warszawie, w rodzinie zasymilowanych Żydów, osiadłych w tym mieście od połowy XIX wieku. Była jedynym dzieckiem Blumy, nauczycielki i dyrektorki państwowej szkoły powszechnej, oraz Maksymiliana, urzędnika bankowego. Choć rodzina Łazowertów była spolonizowana, przyszła poetka orientowała się w żydowskiej religii i obyczajowości (nie znała jednak ani języka hebrajskiego, ani jidysz). Z pierwszego mieszkania przy ulicy Śliskiej przeprowadziła się na nieodległą ulicę Sienną, gdzie żyła niemal do śmierci.
 

W okolicy dominowała ludność żydowska, w znacznej jednak mierze zasymilowana, zamożna i inteligencka. Rodzice posłali Henrykę do polskich szkół powszechnych: najpierw elementarnej przy ulicy Foksal, a następnie słynnego żeńskiego gimnazjum im. Narcyzy Żmichowskiej przy ulicy Mokotowskiej (róg Wilczej). Umiłowanie lektury i książek, o których pisała: „Książka cały czas jest ze mną, nie odstępuję jej ani na krok”, zadecydowały zapewne o wyborze studiów filologicznych. W 1926 roku zapisała się
na polonistykę i romanistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Studiów tych nigdy nie ukończyła (choć zapewne w połowie lat 30. na krótko je wznowiła) ze względu na trudną sytuację materialną, związaną m.in.
z pogarszającym się zdrowiem ojca (zmarł w 1934 roku). W ramach uzupełniania edukacji
w 1930 roku odbyła półroczne stypendium ministerialne na uniwersytecie we francuskim Grenoble.
 

Specjalne miejsce w życiu Łazowertówny – tak w wymiarze osobistym, jak i w sferze jej literackich i zawodowych wyborów – zajął poeta i tłumacz literatury z języka francuskiego, Roman Kołoniecki (1906–1978). Stał się on jej wielką miłością, niestety – ze względu na jego skrywany homoseksualizm – boleśnie nieodwzajemnioną. Poznali się w grudniu 1925 roku, gdy siedemnastoletnia wówczas Henryka przechodziła etap burzliwego dorastania i kłótni
z rodzicami. Początkowo jej uczucie miało charakter przyjacielskiej fascynacji, z czasem zmieniło się w coś głębszego. Jak pisze Żółkiewska – „połączyła ich wspólna miłość do gór, języka i literatury francuskiej, wszystko inne dzieliło”. Początkowo Kołoniecki zdawał się odwzajemniać coraz gorętsze uczucia poetki. W jednym z dedykowanych jej wierszy pisał nawet: „zamieszkamy w szczęściu – szczęście w nas zamieszka”. Dość szybko jednak „Romeo” (jak nazywała go w listach) stawał się coraz bardziej oziębły i zdystansowany. Ostatecznie, zaledwie po kilku tygodniach, doszło do zerwania związku, zresztą prawdopodobnie od początku platonicznego.
 

Zraniona Łazowertówna nie zerwała jednak znajomości z Kołonieckim. Starała się przekształcić ją w rodzaj „miłosnej przyjaźni”. „Byłam Twoim przyjacielem przecież – pisała – tak jak Ty, byłeś moją przyjaciółką i siostrą i wszystkim, wszystkim!”. Ten nowy układ był dla niej ekwiwalentem prawdziwej miłości, dla niego natomiast – chyba tylko wygodnym sposobem na zaspokojenie  narcystycznej próżności. Ich korespondencja z kolejnych lat dowodzi, że uczucia poetki nigdy nie wygasły: „Jestem odważna, uzbrojona w miłość, jak
w tarczę – pisała w 1927 roku – Nie zlęknę się niczego, chcę Cię zgłębić i poznać, pokochać
w Tobie wszystko, wszystko wybaczyć, bo wszak to wszystko stanowi Ciebie – o, najdroższy”.
 

Nieodwzajemniona miłość stała się lejtmotywem twórczości Łazowertówny w latach 30. – kluczowych dla jej talentu pisarskiego. Sensem jej życia okazała się poezja. Debiutowała jeszcze w końcu lat 20., początkowo z dystansem traktując swe poetyckie próby (nazywała
je „naskrobiątkami” lub „wierszątkami”). Publikowała najpierw w prasie codziennej: polsko-żydowskim dzienniku „Nasz Przegląd”, a następnie postępowej, kobiecej – „Współczesnej Kobiecie” i szacownym „Bluszczu”, a wreszcie w opiniotwórczych „Wiadomościach Literackich”. W 1930 roku ukazał się jej pierwszy tomik – Zamknięty pokój, uznany przez część krytyki za najlepszy kobiecy debiut poetycki tego czasu. Doceniano – jak pisze Żółkiewska – „subtelność intuicji psychologicznej jej poezji, wysoką temperaturę uczuciową, rozsadzającą niektóre jej wiersze, przy zaskakującej lapidarności języka i niebanalnej prostocie obrazowania”. Cztery lata później opublikowała drugi i ostatni w życiu tomik – Imiona świata, chwalony przez krytykę – prócz wyrazistej emocjonalności – także za próbę wyjścia „poza siebie” ku tytułowemu „światu”. Tomik ten, podobnie jak większość jej liryk, ukazał się nakładem lewicowych czasopism społeczno-artystycznych „Droga” i „Pion”, którymi kierował Roman Kołoniecki. Dzięki jego wsparciu na łamach tych pism Łazowertówna publikowała kolejne utwory, w tym także próbki prozatorskie (raczej nieudane, jak nieukończona powieść Michasia od Wenderów).
 

Wiersze Łazowertówny cechuje intymna, głęboko emocjonalna perspektywa – liryka była dla niej rodzajem powiernika i zapisem wewnętrznych przeżyć. „Wszystko, co w mych wierszach mną jest, razem ze mną zgaśnie i minie”, pisała w 1930 roku. Agnieszka Żółkiewska podsumowuje tę twórczość jako sumę „wsłuchań w siebie”, podkreślając jej silny rys autobiograficzny, wyrastający z drobiazgowej analizy własnych stanów świadomości.
 

Po publikacji tomików przyszły wyróżnienia (np. I nagroda w turnieju Koła Polonistów UW czy stypendium Polskiej Akademii Literatury). Autorka stała się rozpoznawalna, zapraszana do wygłaszania prelekcji, czego zresztą nie lubiła, co jednak sprawiło, że poczuła się pełnoprawną pisarką. W 1935 roku zdecydowała wstąpić do Związku Literatów Polskich, gdzie została bibliotekarką.
 

Przyjęcie tej posady wynikało też zapewne ze względów materialnych – dotychczasowe dochody poetki, czerpane głównie z przekładów z języka francuskiego oraz korepetycji, były nieregularne. Niestabilna sytuacja materialna sprzęgała się z jej zaangażowaniem w sprawy społeczne i zbliżeniem do lewicowych środowisk artystycznych i politycznych. Nie bez znaczenia był też narastający w latach 30. antysemityzm. Łazowertówna – pisząca po polsku i zakorzeniona w polskiej kulturze literackiej – stała się przedmiotem antysemickich „denuncjacji” ze strony skrajnie prawicowej prasy. Na łamach gazet piętnowano ją wówczas jako „Chaję” i wpisywano na listę „łyteratów żydowskich”.
 

Lato 1939 roku Łazowertówna spędziła w ulubionym Kazimierzu Dolnym, jednak wybuch wojny zastał ją już zapewne w Warszawie. 16 listopada 1940 roku – jak 400 tysięcy innych Żydów – została wraz z matką uwięziona w getcie warszawskim. Z początku nadal mieszkały przy ulicy Siennej. Ten dramatyczny, ostatni rozdział życia Henryki znamy głównie z jej wyznań zawartych w kilkunastu zachowanych listach do Kołonieckiego. Kamienica przy ulicy Widok 11, w której wówczas mieszkał, ocalała z pożogi wojennej, a wraz z nią archiwum literata, które po wojnie trafiło do zbiorów warszawskiego Muzeum Literatury. Listy te pełne są odniesień do przyjaciół i znajomych poetki po obu stronach muru. Nieocenzurowane –
bo przesyłane nieoficjalnymi drogami – są ważnym źródłem wiedzy o egzystencji w getcie: zarówno w wymiarze osobistym (losów Łazowertówny i jej matki), jak i zbiorowym (ludzi,
z którymi stykała się w pracy i na ulicach „dzielnicy zamkniętej”).
 

W getcie Łazowertówna dostała pracę w CENTOS-ie – największej żydowskiej organizacji powołanej do opieki nad dziećmi. Tam wypatrzył ją znany żydowski historyk i społecznik, Emanuel Ringelblum, i przydzielił jej posadę w kierowanej przez siebie Żydowskiej Samopomocy Społecznej. Niebawem zaprosił ją też do udziału w pracach konspiracyjnej grupy Oneg Szabat, której misją było dokumentowanie wojennych losów Żydów. Łazowertówna zajęła się opisywaniem doświadczeń przesiedleńców masowo deportowanych do warszawskiego getta. Jej teksty – niemal w całości zaginione – doceniono za dociekliwość i emocjonalne zaangażowanie. O koszmarze tej pracy pisała
w marcu 1941 roku do Kołonieckiego: „Czasami zdaje mi się, że mam w piersi nie serce, ale jakiś krwawy strzęp mięsa. […] Są godziny, kiedy spalam się po prostu w ogniu jakiejś samarytańskiej udręki serca”.
 

Najważniejszy i najobszerniejszy z listów do Kołonieckiego napisała  Łazowertówna 6 września 1941 roku. Opisała w nim gettową ulicę z wszystkimi jej dramatycznymi obrazami, która „wchodzi” wręcz do jej pokoju, oraz liczne typy ludzkiego nieszczęścia, z którymi stykała się w pracy. Te plastyczne obserwacje przekazała przyjacielowi niczym testament: „Chciałabym również, żeby pewne obrazy zostały w Tobie na wypadek gdyby – wszystko może się przecież zdarzyć – nie udało mi się donieść mego smutnego plonu do końca. […]
I żeby te obrazy zostały nie tylko jako obrazy potencjalne, ale przetworzyły się w kinetykę czynu społecznego”.
 

Łazowertówna nie przeżyła getta. Mimo możliwości ucieczki i ukrycia się po „aryjskiej stronie”, zdecydowała się zostać z matką w czasie tzw. wielkiej akcji deportacyjnej latem 1942 roku – masowej wywózki więźniów getta do obozu zagłady w Treblince. Zginęły tam obie, najpewniej na początku sierpnia, uduszone spalinami w komorze gazowej. Ich ciała, złożone pierwotnie w zbiorowej mogile, zostały w 1943 roku spalone w ramach zacierania przez Niemców śladów zbrodni.
 

Literackim pokłosiem przeżyć Łazowertówny w getcie stały się – oprócz listów –dwa zachowane wiersze: Ballada o paczce i najbardziej znany Mały szmugler. Ten ostatni,
z sierpnia 1941 roku, opisujący losy kilkuletniego dziecka zdobywającego żywność „zza muru”, zdobył w getcie ogromną popularność; śpiewano go nawet jako piosenkę. Utwory te, wraz z poruszającą korespondencją, są dziś – trwalszym niż kamień – epitafium zamordowanej poetki.

Przez mury, przez dziury, przez warty
Przez druty, przez gruzy, przez płot
Zgłodniały, zuchwały, uparty
Przemykam, przebiegam jak kot. (…)
Pod pachą zgrzebny worek
Na plecach zdarty łach
I młode zwinne nogi
A w sercu wieczny strach (…)
A jeśli dłoń losu znienacka
Dosięgnie mnie kiedyś w tej grze,
To zwykła jest życia zasadzka,
Ty, mamo, nie czekaj już mnie. (…)
I tylko jedną troską
Na wargach grymas skrzepł,
Kto tobie, moja mamo,
Przyniesie jutro chleb? (Fragmenty wiersza „Mały szmugler”)