Czyś gotów na śmierć?

Misja ratowania powstańców ŻOB po kapitulacji Powstania Warszawskiego

Doktor Stanisław Śwital prowadzący niewielki szpital Czerwonego Krzyża przy ulicy POW pod numerem 39 na warszawskim Boernerowie, nie spodziewał się takiej wizyty. Naprzeciwko niego stała młoda, zdeterminowana kobieta, która właśnie opowiedziała mu niewiarygodną historię o ukrywających się na Żoliborzu siedmiu powstańcach z AK – dwóch kobietach i pięciu mężczyznach – którzy pilnie potrzebują pomocy. Był 15 listopada 1944 roku, sześć tygodni po kapitulacji Powstania Warszawskiego i okupanci rozbudowywali linie obronne przed spodziewaną rosyjską ofensywą z drugiego brzegu Wisły. Prace nieuchronnie zbliżały się do powstańczej kryjówki i jej odkrycie było tylko kwestią czasu. Młoda kobieta prosiła o zorganizowanie misji ratunkowej i wyprowadzenie ukrywających się z ruin miasta.
 

Na poparcie swoich próśb wręczyła 44-letniemu lekarzowi pismo polecające od jego kolegi, dr Lesława Węgrzynowicza ps. „Bartosz”, byłego szefa sanitarnego AK rejonu Śródmieście. Podczas powstania doktor Śwital pod pseudonimem „Walery Wronowski” był jego zastępcą, darzył go więc bezgranicznym zaufaniem. Misja wydawała się jednak niezwykle trudna do zrealizowania.  Opustoszałe ruiny Warszawy – Festung Warschau – były zamknięte i otoczone pierścieniem niemieckich posterunków, a naruszenie zakazu wstępu było, w przypadku schwytania przez patrol wroga, równoznaczne z wyrokiem śmierci. Przepustki można było otrzymać wyłącznie za pośrednictwem gestapo.
 

Śwital poprosił nieznajomą kobietę, o której tożsamość zgodnie z wpojonymi w konspiracji zasadami nawet nie spytał, o czas do namysłu. Nie wahał się jednak długo. Ryzyko było dla niego chlebem powszednim. Podczas okupacji należał do AK, utrzymywał kontakty z doktorem Januszem Korczakiem, pomagał w organizacji pomocy dla głodującego getta, a nawet osobiście leczył poparzonego żydowskiego chłopca i znalazł dla niego i jego matki bezpieczną kryjówkę poza Warszawą. Niewiele czasu zajęło mu zatem stworzenie planu ewakuacji powstańców przez patrol Czerwonego Krzyża, który miał w tej misji rzekomo działać na zlecenie niemieckiego oficera.
 

Takie sytuacje nie były niczym nowym, jako że w zrujnowanym mieście nadal ukrywali się ludzie i zdarzało się, że niekiedy Niemcy umożliwiali im ewakuację. W ten właśnie sposób wieść o ukrywających się dotarła do czujnych uszu ich znajomych – niewiele wcześniej Niemcy wywieźli z kryjówki na ul. Promyka kilka mieszkających tam starszych kobiet oraz młodszą, podającą się za wnuczkę jednej z nich, nie zdając sobie sprawy, że wraz z nimi ukrywają się uzbrojeni powstańcy.  Rzekoma „wnuczka”, w rzeczywistości członkini ukrywającej się grupy, natychmiast po opuszczeniu miasta zaczęła szukać pomocy dla pozostałych, uruchamiając w ten sposób łańcuch wydarzeń, który doprowadził ją do doktora Switala (według innej wersji tej historii wiadomość przekazały dwie kobiety, które opuściły schronienie wcześniej).
 

Nie było czasu do stracenia. Doktor Śwital wezwał po kolei do gabinetu grupę starannie wyselekcjonowanych przez siebie osób z zespołu szpitala. Każdej z nich zadawał tylko jedno pytanie: „Czyś gotów na śmierć”? Ku jego ogromnemu zaskoczeniu, po pierwszym szoku każdy zapytany odpowiadał twierdząco. Wybrana piątka ochotników, w skład której wchodzili wyznaczony na dowódcę zespołu pielęgniarz Kazimierz Sylkiewicz, jego żona pielęgniarka MariaBarbara Kinkiel – także pielęgniarka oraz pracownicy szpitala Zbigniew Ściwiarski i Janusz Osęka, została wyposażona w białe fartuchy, opaski Czerwonego Krzyża i dwie pary noszy. Miała im towarzyszyć Alina – dziewczyna, która przyniosła wiadomość o ukrywającej się grupie i znała lokalizację kryjówki.
 

Niemal 10 kilometrów dzielących Boernerowo od Żoliborza – przez Wawrzyszew i Bielany – grupa pokonała w dwie godziny. To imponujący wynik, zważywszy, że po drodze musieli mierzyć się z przeszkodami w postaci zagruzowanych ulic, lejów po bombach, wyrwanych szyn tramwajowych, niewypałów i min, ostrzału rosyjskiego z prawego brzegu Wisły i niemieckich posterunków. Te ostatnie brały na siebie pielęgniarki Maria i Barbara, które dzięki znakomitej znajomości niemieckiego, urokowi osobistemu i determinacji były w stanie przekonać niemieckich żołnierzy, że naprawdę realizują zleconą im przez Niemców misję. Do celu dotarli około południa, co okazało się zbawiennym zbiegiem okoliczności, gdyż Niemcy, zajmujący się budową stanowisk obronnych w bezpośrednim sąsiedztwie domu, w której znajdowała się kryjówka, mieli właśnie przerwę na posiłek i nie kręcili się po okolicy. Alina, przewodniczka, zbiegła do piwnicy wołając: „Celina, Celina!”. Chwilę później odsunięto maskującą wejście do kryjówki szafę i ratownicy stanęli twarzą w twarz z siedmioma obdartymi i wychudłymi, uzbrojonymi postaciami. Jeden rzut oka wystarczył Kazimierzowi Sylkiewiczowi, żeby zdać sobie sprawę, że przynajmniej dwójka spośród ukrywających się jest Żydami. W przypadku odkrycia przez Niemców nie mieliby najmniejszych szans na przeżycie.
 

W każdej chwili mogli pojawić się Niemcy. Dwóch najsłabszych ocalonych położono na nosze, które nieśli na zmianę ratownicy i pozostali mężczyźni z grupy. Ci ostatni w razie kontroli mieli udawać polskich robotników, chwilowo zwolnionych od pracy przy budowie umocnień. Aby ukryć typowo żydowski wygląd jednego z ewakuowanych, zabandażowano mu na grubo głowę. Ktoś przytomnie zwrócił uwagę na konieczność pozostawienia na miejscu broni i elementów wojskowego wyposażenia. Zespół ratowniczy ruszył w drogę powrotną. Aby wyjaśnić w razie potrzeby znaczące powiększenie się składu grupy, dwie spośród kobiet poprzedzały grupę udając, że wracają poza Warszawę z odnalezionymi rzeczami z rodzinnego mieszkania. Zostały zresztą jako szabrowniczki, zatrzymane przez napotkanego po drodze żandarma. Szczęśliwie Maria Syłkiewicz, tak przekonująco oczarowała Niemca, że ten ostatecznie przepuścił całą grupę.

1. Cywia Lubetkin i Icchak Cukierman, z archiwum Ghetto Fighters House
2. Teodozja Goliborska-Gołąb | Wirtualny Sztetl
3. Tuwia Borzykowski, z archiwum Ghetto Fighters House
4. Alina Margolis i Marek Edelman, z archiwum Ghetto Fighters House
5. Stanisław Śwital, Yad Vashem
6. Janusz Osęka i Zbigniew Ściwiarski podczas ceremonii wręczenia im medali Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata w Yad Vashem. Na zdjęciu również Marek Edelman.

Droga powrotna nie była łatwa: jeden z niesionych na noszach ocalonych był wysokim, potężnie zbudowanym mężczyzną, ponadto jego oficerki zwróciły uwagę mijanej wachy. Gdyby nie błyskawiczna reakcja członków grupy, którzy ostrzegli Niemca, że niesiony człowiek umiera na tyfus, wyprawa zakończyłaby się niechybnie śmiercią zarówno ocalonych jak i ratowników. Paniczny lęk Niemców przed zarażeniem się „Fleckfieber” ocalił sytuację. Na Bielanach dźwiganie noszy przez gruzy stało się tak uciążliwe, że ratownicy postanowili poprosić o pomoc… Niemców. Ponownie zadziałał urok sióstr

Marii i Barbary i „patrol Czerwonego Krzyża” otrzymał do dyspozycji wóz konny z jednookim żołnierzem jako woźnicą. Aby odwrócić jego uwagę od pasażerów, pielęgniarki zagadywały go przez całą drogę na Boernerowo. Zapytany, w jakich okolicznościach odniósł ranę, woźnica odparł, że stracił oko podczas walk z żydowskimi powstańcami w czasie powstania w getcie warszawskim.
 

Po kilku godzinach wszystkich powitał w szpitaliku doktor Śwital. On także nie miał wątpliwości, kogo do niego przyniesiono i zajął się zapewnieniem przybyłym możliwie dyskretnych warunków, jak najdalej od odwiedzających niekiedy szpital Niemców. Nie było to proste, gdyż wieść o „ocalonych oficerach AK” szybko się rozniosła.
 

W taki właśnie sposób uratowano ostatnich pozostających przy życiu członków komendy i bojowców Żydowskiej Organizacji Bojowej –Icchaka „Antka” Cukiermana, Cywię „Celinę” Lubetkin, Marka Edelmana, Juliana Fiszgrunda, Tuwię Borzykowskiego, Zygmunta Warmana i Teodozję Goliborską-Gołąb. Przewodniczką była Alina Margolis, łączniczka ŻOB i pielęgniarka w powstańczym szpitalu na Miodowej 24, późniejsza żona Marka Edelmana. Wszyscy przeżyli wojnę.
 

Żydami ukrywającymi się pod fałszywymi tożsamościami byli także Kazimierz Sylkiewicz (Józef Żyłkiewicz) i jego żona Maria z zespołu ratowniczego – on był w rzeczywistości lekarzem, który ukrywał swoje wykształcenie i pracował jako zwykły pielęgniarz. Doktor Śwital nie zdawał sobie z tego sprawy, a tożsamość ocalonych powstańców poznał dopiero po wojnie.
 

1 stycznia 1981 roku izraelski instytut Jad Waszem odznaczył doktora Stanisława Świtala tytułem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”. Medale Sprawiedliwych otrzymali także Janusz Osęka i Zbigniew Ściwiarski, z nieznanych powodów nie została natomiast uhonorowana Barbara Kinkiel. Medali jako Żydzi nie mogli także otrzymać dr. Żyłkiewicz z żoną.
 

Bibliografia:

Cukierman I. „Antek” Nadmiar pamięci (Siedem owych lat). Wspomnienia 1939-1936.
Engelking B., Libionka D., Żydzi w powstańczej Warszawie, Warszawa 2009.
Lubetkin C., Zagłada i powstanie, Warszawa 1999.
Osęka J., Wyprawa na Promyka, „Kombatant” nr 3 (219)/2009.
Relacja Józefa Zyłkiewicza w archiwum Jad Waszem 03/2356.
Śwital S. Jak uratowano grupę bojowników warszawskiego getta, „Powstaniec Warszawski” nr 8/93.
Śwital S., Siedmioro z ulicy Promyka, „Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego” 1968, nr 65-66 (1968).