Szpital Bersohnów i Baumanów w pierwszych dniach II wojny światowej
Położony między ulicami Sienną a Śliską w Warszawie Szpital Dziecięcy Fundacji Bersohnów
i Baumanów wybudowany został w latach 1876–1878 dzięki donacjom żydowskich filantropów. Zgodnie
z testamentem pomysłodawcy, Majera Bersohna, szpital leczył dzieci wszystkich wyznań. W latach 1878–1915 przyjęto w nim łącznie ponad 20 tys. małych pacjentów, w tym trzecią część stanowiły dzieci z rodzin chrześcijańskich. Po zakończeniu pierwszej wojny światowej, w związku z wyczerpaniem środków fundacji Bersohnów i Baumanów i cofnięciem dofinansowań z kasy miejskiej, zarząd podjął decyzję o zamknięciu szpitala
w 1923 r.
Od lat trzydziestych na stanowisku lekarza naczelnego zatrudniona była dr Anna Braude-Hellerowa. To dzięki jej determinacji placówka, zamknięta po I wojnie światowej z powodu braku środków, została w latach 1924–1930 rozbudowana i unowocześniona. W przededniu kolejnej wojny dysponujący 250 łóżkami szpital był jedną z najnowocześniejszych placówek medycznych w stolicy: „Doskonały szpital z bezgranicznie oddanym personelem”, pisała Sabina Zenderman-Święcicka, jedna z wychowanek działającej przy placówce szkoły pielęgniarek. Kompleks szpitalny wyróżniał się spośród otaczającej go wielkomiejskiej zabudowy: „Starannie utrzymywany ogród, wielkie połacie dzikiego wina pokrywające mury dzielące od sąsiednich posesji, cudnie kwitnące na wiosnę bzy i jaśminy – wszystko to stanowi zieloną oazę na ponurej, ‘kocimi łbami’ brukowanej ulicy Śliskiej” pisała Judyta Braude, siostra dr Braude-Hellerowej, która jako wolontariuszka zajmowała się w placówce administracją. Kierownikiem administracyjnym był Henryk Kroszczor, który mieszkał na terenie wraz z rodziną. W sierpniu 1939 r. został mianowany komendantem obrony przeciwlotniczej placówki. W tym samym miesiącu szpital otrzymał rozkaz zabezpieczenia okien w suterenach workami z piaskiem, przygotowania masek przeciwgazowych i sprzętu przeciwpożarowego, gromadzono także zapasy żywności i leków. 24 sierpnia powołania mobilizacyjne otrzymało sześciu spośród tuzina lekarzy zatrudnionych w szpitalu.
1 września 1939 r. w godzinach porannych nad Warszawą pojawiły się pierwsze niemieckie bombowce. Bombardowano m.in. lotnisko na Okęciu oraz budynki mieszkalne na Ochocie i Kole. Ataki nie sięgnęły szpitala, jednak w obliczu wybuchu wojny został on wraz z innymi placówkami niepublicznymi przejęty przez miasto. Codzienne bombardowania trwały przez kolejne dni. Natychmiast po wybuchu wojny dr Braude-Hellerowa wraz
z siostrą przeniosła się na stałe do budynku szpitala. Znaczna część personelu zgłosiła się na wezwanie władz do masowego kopania rowów przeciwlotniczych, co zakłóciło funkcjonowanie placówki, jednak nie w tak wielkim stopniu, jak wezwanie płk Umiastowskiego z dnia 7 września do ewakuacji z Warszawy młodzieży i mężczyzn niepowołanych do służby. Szpital opuścili wówczas niemal wszyscy mężczyźni i część pielęgniarek. Ociągający się pracownicy byli ponaglani do wyjścia z miasta przez policję. Po kilku dniach bezsensownej i śmiertelnie niebezpiecznej tułaczki część z nich wróciła i ponownie podjęła pracę.
8 września niemieckie wojska pancerne po raz pierwszy wdarły się do miasta, a ich natarcie zostało zatrzymane
w rejonie Placu Narutowicza, zaledwie 2 km od Siennej. W kolejnych dniach Warszawa była już nie tylko bombardowana przez lotnictwo, ale i ostrzeliwana przez coraz liczniejsze baterie niemieckiej artylerii. Wśród najbardziej zagrożonych rejonów znalazła się okolica szpitala, w którego bezpośredniej bliskości znajdowały się ogromne składy łatwopalnego drewna na Siennej 47, 49 i 51. Podczas nocnego nalotu z 8 na 9 września stanęły one w płomieniach, a jedna z bomb wybuchła w bezpośrednim sąsiedztwie budynku szpitala, przewracając znajdujących się w jego holu ludzi i wybijając większość okien. Wobec zagrożenia rozprzestrzenieniem się pożaru, podjęto niełatwą decyzję o ewakuacji blisko setki małych pacjentów, wśród których znajdowały się zarówno dzieci chrześcijańskie jak i żydowskie. W wyniku desperackich prób znalezienia bezpiecznego miejsca, mieszkająca nieopodal na rogu Pańskiej i Twardej chrześcijańska rodzina o nazwisku Dąbrowscy zgodziła się przyjąć dzieci do swojego trzypokojowego mieszkania. W przenoszenie dzieci na rękach przez objęte płomieniami i zasypane gruzem ulice zaangażowany był cały obecny personel szpitala włącznie z dr Braude-Hellerową. Łóżeczka dla niemowląt i pościel dla starszych dzieci przewieziono na wózku. Trudno jest wyobrazić sobie, jak zdołano zmieścić w tych warunkach tak wielką liczbę osób w stosunkowo niewielkiej przestrzeni (w dodatku jeden z pokojów zarezerwowano dla dzieci zakaźnie chorych), jednak się to udało. Na szczęście rano można już było przeprowadzić operację powrotu do nieuszkodzonego budynku.
Nieustające bombardowanie i ostrzał artyleryjski powodowały ofiary wśród ludności Warszawy. Odtąd personel szpitalny pracował po kilkanaście godzin na dobę i pozostawał w stałej gotowości do gaszenia pożarów wzniecanych przez bomby zapalające. Wspomnienia lekarzy i pielęgniarek obrazują kolejne wyzwania, zniszczenia, ciągłe przemęczenie i mimo to, nieugiętą wolę niesienia pomocy wszystkim potrzebującym. Intensywność
i nagromadzenie wydarzeń powodowały zlewanie się wspomnień w jeden ciąg, z którego wybijały się tylko pojedyncze, wyjątkowe przypadki.
Stosunkowo dobre warunki panujące w placówce pogorszyły się gwałtownie po skierowaniu do niej ponad setki rannych dorosłych z prowizorycznego szpitala na Uniwersytecie Warszawskim. “Szpital został dosłownie zarzucony rannymi” – zanotowała Judyta Braude. Wobec braku łóżek we właściwym rozmiarze, dorosłych rannych kładziono bezpośrednio na podłodze, co bardzo utrudniało utrzymanie porządku. Pacjenci leżeli także na korytarzach,
a nawet na podestach klatki schodowej. „W szpitalu dotychczas utrzymywanym w nadzwyczajnej czystości cuchnęło zapachem zakrzepłej krwi i ropy”, jak wspominał Henryk Kroszczor. Panujący tłok powiększali okoliczni mieszkańcy, którzy zgłaszali się do szpitala po pomoc. Z tej sytuacji korzystali także złodzieje, którzy kradli odzież
i przedmioty osobiste należące do pacjentów. Personel pracował nieraz po 24 godziny bez przerwy, a zabiegi operacyjne były wykonywane przez lekarzy, którzy nieregularnie dochodzili z innych placówek, ponieważ
na miejscu nie było chirurgów.
Z czasem udało się rozwiązać i ten problem zatrudniając dr Gottesmana jako ordynatora oddziału chirurgicznego,
z dr Lenemanem jako starszym asystentem. W czasie bombardowań dzieci, które przemieszczono na parter budynku, przenoszono z jednej strony szpitala na drugą, w zależności od kierunku ostrzału. Ranni zdolni do poruszania robili to sami. Dr Braude-Hellerowa nawet w czasie największych ostrzałów dyżurowała na najwyższym piętrze budynku, uspokajając przerażonych pacjentów.
Dorośli chrześcijanie, najnowsi pacjenci szpitala, różnie reagowali na fakt znalezienia się w żydowskiej placówce, obsadzonej przez żydowski personel medyczny. Judyta Braude wspomina dwóch oficerów straży pożarnej, którzy nie mogli nachwalić się poświęcenia i odwagi opiekujących się nimi członków zespołu. Zdarzały się także incydenty antysemickie – leżący na podłodze w jednej z sal pacjenci protestowali przeciwko oddaniu jednego z łóżek ciężko rannemu Żydowi, zarzucając mu ponadto, że się z nich śmieje (tymczasem nieszczęśnik miał na twarzy grymas, tzw. uśmiech tężcowy).
Pewnej nocy do szpitala zgłosiła się jedna z pracujących w laboratorium analitycznym laborantek, nazwiskiem Finkelsztejn, wraz ze swoim ciężko rannym ojcem. Bomba spadła prosto do jego łóżka w mieszkaniu na Alejach Jerozolimskich, jednak nie wybuchła. Chirurg nie był akurat dostępny, zasugerowano więc przeniesienie poszkodowanego do szpitala Dzieciątka Jezus na Nowogrodzkiej. Tej samej nocy kolejna bomba zniszczyła całkowicie pawilon chirurgiczny placówki na Nowogrodzkiej, zabijając laborantkę i jej ojca.
Na Sienną zgłaszały się także kobiety w ciąży – porody przyjmowała dr Rachela Kroszczorowa.
Któregoś dnia pocisk trafił w kolejkę przed pobliską piekarnią, zabijając pięć osób. Ich ciała pochowano na terenie szpitalnego ogrodu przy Siennej, w wykopanym tam rowie przeciwlotniczym. W ogrodzie chowano także zmarłych pacjentów, po których ciała nie zgłosiły się rodziny.
Zwiększone zapotrzebowanie na żywność – zapasy, jakimi dysponował szpital, obliczone były na potrzeby pacjentów dziecięcych – spowodowało przedwczesne wyczerpanie prowiantu. „Dla dzieci jedzenie musiało się znaleźć, natomiast personel nie zawsze dojadał do syta. Nieraz czekało się
z utęsknieniem na talerz zupy” zapisała Judyta Braude.
Począwszy od 24 września niemieckie samoloty szczególnie zajadle bombardowały stolicę. Kulminacja nastąpiła
25 września, gdy w nalotach udział wzięło blisko 400 maszyn. Dzień ten na zawsze zapisał się w historii Warszawy jako Czarny Poniedziałek, lub dosadniej: Lany Poniedziałek. Tego dnia zginęło kilka tysięcy mieszkańców stolicy,
a kilkadziesiąt tysięcy odniosło rany. Niemieckie samoloty nie oszczędzały placówek medycznych. Spłonęły m.in. szpitale Przemienienia Pańskiego, św. Ducha i Dzieciątka Jezus, zbombardowany został szpital Ujazdowski. Wielokrotnie zagrożony był szpital Bersohnów i Baumanów, najgorszego udało się jednak uniknąć dzięki bohaterskiej postawie jego pracowników, którzy dyżurowali na strychu i gasili spadające na dach budynku bomby zapalające, nim te były w stanie wyrządzić większe szkody. Szczególnie zasłużył się w tej służbie długoletni pracownik szpitala, Władysław Runowiecki.
Kilka bomb spadło w bezpośrednim otoczeniu placówki, a odłamki jednej z nich zabiły mężczyznę ukrywającego się w rowie przeciwlotniczym w szpitalnym ogrodzie. Wśród tłumów osób poszukujących pomocy, w pamięci Judyty Braude zapisali się dwaj czteroletni bliźniacy, Jurek i Zbyś, którzy – mimo wysiłków dr Lenemana – zmarli następnego dnia.
Bezpośrednim skutkiem nalotów było odcięcie łączności, prądu i wody, oraz przerwanie dostaw gazu. Szczególnie dotkliwym ciosem był brak gazu, uniemożliwiający gotowanie potraw. Rozwiązanie znalazł szpitalny zdun nazwiskiem Lejbowicz, który w ciągu jednej nocy wybudował z zebranych na terenie szpitala kafli – opalaną drewnem kuchnię. Następnego dnia chorzy otrzymali śniadanie o zwykłej porze. Wodę pozyskiwano z dawnej studni znajdującej się na terenie szpitala, a światła koniecznego do przeprowadzania operacji dostarczyły lampy karbidowe.
Wśród dorosłych pacjentów znalazła się także Sabina Zenderman-Święcicka, która trafiła do szpitala ze strzaskaną ręką i ranną nogą. Ponieważ jednak była jedyną dostępną na terenie szpitala wyszkoloną pielęgniarką chirurgiczną, musiała pomagać przy operacjach. „Ja jedną ręką robiłam zastrzyk, dr Hellerowa trzymała dziecko” wspominała. Zadania pielęgniarskie wykonywały także najzdolniejsze salowe, a nawet przeszkolone naprędce pacjentki. Najzdolniejszą z nich okazała się 13-letnia Sabinka, która straciła rodziców podczas bombardowania miasta. Mimo złamanej stopy dziewczynka sprawnie wykonywała zabiegi pielęgniarskie i pozostała w zespole także po kapitulacji Warszawy.
Mimo przepracowania i ciągłego zagrożenia personel szpitala zachował podczas oblężenia pogodę ducha. „Na sali było bardzo przyjemnie, śpiewaliśmy, graliśmy – atmosfera była zupełnie domowa” wspominała Judyta Braude.
Jej siostra, Anna Braude-Hellerowa zaprosiła do pomocy w szpitalu znajomych i członków dalszej rodziny.
Po zawieszeniu broni w dniu 27 września dorośli pacjenci zostali przeniesieni do szpitala na Czystem. Personel natychmiast zabrał się do porządkowania i czyszczenia pomieszczeń i korytarzy.
28 września 1939 r. o godz. 13:15 na warszawskim Rakowcu podpisano akt kapitulacji Warszawy. Następnego dnia po południu do zrujnowanego, lecz nadal pełnego życia miasta wkroczyły pierwsze oddziały niemieckie. Dla patrzących z niepokojem w przyszłość mieszkańców stolicy rozpoczynała się długa noc okupacji. Warszawscy Żydzi nie przeczuwali jeszcze oczekującego ich losu. W szpitalu dziecięcym na Siennej 60 nieliczny i przemęczony po blisko miesiącu nadludzkiego wysiłku w stanie permanentnego zagrożenia personel dwoił się i troił, by zapewnić swoim małym pacjentom wyżywienie i opiekę na kolejny dzień. Nieoczekiwane wsparcie zapewniła grupa niemieckich lekarzy wojskowych, która 30 września odwiedziła szpital i rozpływała się w zachwytach nad jego nowoczesnym wyposażeniem. Tego samego dnia po południu dr Braude-Hellerowa otrzymała od nich dużą paczkę z lekami.
Nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy.
Marcin Bartosiewicz
Bibliografia
Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego, Zbiór relacji Żydów Ocalałych z Zagłady, Relacja nr 5588 (Sabina Zenderman-Święcicka).
Yad Vashem Archive, Relation 03/2360 (J. Braude).
Chmielewska-Jakubowicz M. B., Drugi Szpital Dziecięcy w Warszawie, Pamiętnik Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego, Warszawa 1998.
Drozdowski M. M., Alarm dla Warszawy. Ludność cywilna w obronie stolicy we wrześniu 1939 r., Warszawa 1975.
Kroszczor H., Szpital dla Dzieci im. Bersohnów i Baumanów (1939–1942). Szpital w czasie wojny, „Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego” 1970, nr 76.
Porwit M., Obrona Warszawy wrzesień 1939, Warszawa 1979.
Węgrzynek H., Zieliński K., Szpital Bersohnów i Baumanów w Warszawie, Warszawa, 2019.