O powstaniu w getcie warszawskim (19.04.1943 – 16.05.1943)

Tym, którzy przeżyli, pozostało pamiętać o tych, którzy przeżyć nie zdołali. Dla kolejnych pokoleń Żydów w Polsce i na świecie heroizm garstki bojowników w starciu z hitlerowską machiną wojenną stał się symbolem męstwa, bohaterstwa i poświęcenia w walce o przywrócenie godności i podmiotowości. Na trwałe zapisanym w świadomości żydowskiego narodu… Zapraszamy do przeczytania felietonu dr. Pawła Wieczorka poświęconego powstaniu w getcie warszawskim. W tym roku mija 76 lat od jego wybuchu.

18 kwietnia 2019

W połowie maja 1943 roku walki dobiegły końca. Pokłosie tego boju było tragiczne. Kropla w morzu krwi w dobie Holokaustu. Większość z walczących poniosła śmierć. Nieliczni z ocalałych – jak dowódcy Icchak Cukierman i Marek Edelman – zdołali przedrzeć się na stronę aryjską. Jürgen Stroop w „Raporcie” przebieg walk toczonych w getcie w dniach od 19 kwietnia do 16 maja 1943 podsumował statystycznie: Żydów w getcie warszawskim przebywało w tym okresie ok. 56 tysięcy, spośród stawiających opór śmierć poniosło ok. 6 tysięcy Żydów, ok. 7 tysięcy cywilów zostało zamordowanych na miejscu, wykrytych i zlikwidowanych zostało 631 bunkrów. Pozostała przy życiu ludność cywilna została przez władze hitlerowskie zesłana do obozów – zagłady i koncentracyjnych – rozrzuconych na terenie okupowanej Polski: 7 tysięcy do Treblinki, pozostałe 36 tysięcy do Majdanka, Auschwitz i innych. Wszystkie z cyfr – jednakowo te powyżej jak i poniżej – są względne. Strat własnych J. Stroop nie doszacował – zginąć miało tylko 16 żołnierzy, a 85 zostać rannymi. Konspiracyjna prasa polska („Dzień Warszawy”) prawdopodobnie zaś przeszacowała dane podając, że 86 Niemców zostało zabitych, a 420 rannych.

Na zdjęciach  Jürgen Stroop, Icchak Cukierman.

Za symboliczny koniec powstania dowództwo niemieckie uznało wysadzenie w powietrze symbolu żydowskiej dzielnicy – Wielkiej Synagogi na Tłomackiem. Oficjalnie uznano, że Warszawa stała się „Judenrein”. „Raport” J. Stroopa zamyka stwierdzenie: „Żydowska dzielnica mieszkaniowa w Warszawie przestała istnieć”. Nieoficjalnie jednak niemieckie oddziały przez wiele kolejnych tygodni likwidowały – dosłownie – resztki nieistniejącej już „żydowskiej dzielnicy”. Niemieckie władze zachęcały Polaków do udziału w polowaniach na tych, którzy zdołali – mimo wszystko – przetrwać w gruzach albo po stronie aryjskiej. Za schwytanego Żyda polskiemu „łowcy” (z szeregów granatowej policji, spośród kolaborantów, szmalcowników i „zwykłych” cywili) miało przysługiwać prawo zatrzymania połowy znalezionego przy Żydzie „majątku”. Stanisław Sznapman w swym dzienniku tak pisał o nadgorliwych policjantach: „Zaglądali przechodniom w oczy i legitymowali ich, wyciągali ludzi z dorożek i tramwajów. W wypadku najmniejszego podejrzenia zaciągano mężczyzn do bram, rozpinano spodnie i przeprowadzano doraźne badanie. Zabijano na miejscu, gdy były jakieś wątpliwości co do rasy. Wystarczyło, że kobieta była podobna do Żydówki, aby ją bez sprawdzania dokumentów z miejsca zastrzelić”.

O tym, że zbliża się kres warszawskiego getta świadczyły działania Niemców podjęte w pierwsze dni kwietnia 1943 r. Specjalne oddziały SS stały przed murami na kilka dni przed realizacją akcji likwidacyjnej: „Lufy karabinów maszynowych sterczały z balkonów, okien i dachów przylegających do muru domów po aryjskiej stronie. Niemieccy zwiadowcy obserwowali teren przez dziury wydrążone w murze getta. Ulice w pobliżu były wyłączone z ruchu, patrolowali je niemieccy policjanci na motocyklach”. Równolegle po przeciwnej stronie, w wigilię powstania, na ścianach budynków pojawiły się plakaty. ŻOB apelował, by nikt nie wierzył władzy okupacyjnej, bezwolnie stawiał się na wezwanie tejże i w miarę możliwości brał czynny udział w oporze. Za wszelką cenę zalecano trwać: w bunkrze, piwnicy, na strychu, w ruinach. Z nadzieją na przetrwanie…

Rozrachunek z wrogiem – żydowską masą uwięzioną w getcie – miał być krótki. Niemcy zakładali, że w przeciągu nie więcej niż trzech dni „żydowskie siedlisko” zostanie zlikwidowane, funkcjonujące na tym terenie szopy przeniesione na ziemię lubelską, a Żydzi wywiezieni. W razie potrzeby – zlikwidowani na miejscu. Tyle założenia. Siły zbrojne liczące nieco ponad 2 tysiące składały się z żołnierzy SS i Wehrmachtu. Ponadto w uśmiercaniu getta brali udział gestapowcy, żandarmeria, policja, Litwini, Łotysze i Ukraińcy. Po przeciwnej stronie stanęło niespełna 1,5 tysiąca bojowców, głównie wywodzących się z Żydowskiej Organizacji Bojowej (kobiety i mężczyźni) i Żydowskiego Związku Wojskowego (mężczyźni). Pięcioosobowe dowództwo ŻOB miało razem 110 lat, średnia więc każdego z osobna dowódcy wynosiła 22 lata. Najmłodszy z członków ŻOB, Lusiek Błones, przystępując do bojów miał lat zaledwie trzynaście. W skład poszczególnych oddziałów wchodziła przede wszystkim młodzież w wieku 17 – 21 lat. Nie zdążyła stać się akademicką. Okoliczności wojny, terror i masowe mordy powodowały, że pewnego jutra nie było dla nikogo. Dla wszystkich liczyło się wyłącznie dziś i tylko tutaj. Młodzież skazana na wydoroślenie…

Pierwsi z walczących – Niemcy i podległe im oddziały etniczne – mieli niewspółmierną przewagę nad Żydami pod względem wieku i doświadczeń nabytych na frontach czy podczas akcji ludobójczych. Głównodowodzący akcją Jürgen Stroop miał wówczas 48 lat. Dysproporcje w uzbrojeniu były porażające. W skład arsenału sił niemieckich wchodziły nowoczesne karabiny, pistolety i miotacze ognia. Niemcy demonstrowali swą przewagę przy użyciu dział, wozów pancernych i czołgów. Byli skazani na zwycięstwo. Nieznany jest stan posiadanego uzbrojenia strony żydowskiej w przededniu wybuchu powstania. Poza niedużą ilością broni palnej, granatów i ładunków wybuchowych (min), samodzielnie tworzyli tzw. koktajle Mołotowa. Żydom – skazanym na klęskę – pozostawało być odważnymi. Symcha Rotem (Kazik Ratajzer) 19 kwietnia, wczesnym rankiem, dostrzegł wkraczające do getta oddziały niemieckie. Do czuwającej wraz z nim kobiety powiedział: „Niemcy idą jak na wojnę”. Po latach tak wspominał ten dzień: „Poczułem jak bardzo jesteśmy słabi, jak nikłe są nasze siły”. Wybuchło powstanie…

Na zdjęciu Symcha Rotem (Kazik Ratajzer)

Żydzi. Wszyscy – walczący i cywile – mieli wspólny mianownik: nieuchronną śmierć. Lecz każdy umierał inaczej. Przypadek Mejłacha Perelmana.  Uczestniczył w potyczce z Niemcami. Ciężko ranny, nie zdołał dotrzeć do bunkra. Oddał broń współtowarzyszom. Niemcy nie odważyli się wkroczyć do budynku, w którym się schronił. Podpalili budynek, a bojowiec spłonął żywcem: „Jego krzyk było słychać nawet w bunkrze przez cały dzień”. Jedna z nielicznych ocalonych, która była świadkiem, wspominała: „Do dzisiaj – wieczorem, gdy słońce zachodzi – słyszę jego krzyk”. Przypadek Stasia Brilliansteina. Bronił bunkra. Bojowców było mało, brakowało broni. Liczyli się z każdym pociskiem. I ten bojowiec zginął. Do zwłok doczołgał się towarzysz. Przejął karabin i kontynuował walkę: „Niemcy odstąpili nie zdając sobie sprawy, że Żydzi zużyli całą swoją amunicję”. Starczyło im czasu na ucieczkę. Przypadek Szymona Hellera. Posiadał karabin, pozostali z oddziału tylko pistolety i koktajle Mołotowa: „Jak widzieliśmy Niemców to dawaliśmy mu znaki i wtedy on strzelał. Po każdym takim ataku przechodziliśmy do następnego budynku i Niemcy myśleli, że jest nas wielu i mamy dużo karabinów”. Niemcom udało się jednak otoczyć kolejny z budynków. Heller podjął próbę zejścia po linie. Ta się zerwała, on zginął. Przypadek Henacha Gutmana. Gdy wojska niemieckie wkraczały na teren szopu, dał sygnał Kazikowi Ratajzerowi, by odpalił minę: „Wybuchła we właściwym momencie”. Niemcy się wycofali. Kilkanaście dni później Gutman został ciężko ranny w walce o bunkier. Nieznany jest jego dalszy los… Prawdopodobnie spoczął w gruzach. Przypadek kolejny… Płonie budynek. Wszyscy w panice uciekają na ostatnie piętro. Nie ma już wyjścia. Bojowcy strzelają. Niektórzy skaczą z okna. Ostrzeliwani, giną w locie, lub są dobijani na ulicy. Inni spuszczają linę. Na dole czekali na nich Niemcy. Zaczęli strzelać. Zabili.

Wielu odbierało sobie życie. Bezimienni, niezdolni udźwignąć ciężaru otaczającej ich rzeczywistości. Niektórzy w samotności, inni publicznie, niektórzy zbiorowo. Pierwszy przypadek. Jakże odmienna była wartość decyzji o śmierci samobójczej, jaką podjął przewodniczący Adam Czerniaków, kiedy hitlerowskie władze – w ramach Wielkiej Akcji – właśnie uruchamiały proces likwidacji warszawskiego getta. Na życie setek tysięcy Żydów wydany został wyrok śmierci. Marek Edelman twierdził, że bezsilny Czerniaków popełnił błąd kardynalny: „Uczynił swoją śmierć własną, prywatną sprawą”. Edelmanowi szło o sposób umierania. „My wiedzieliśmy – mówił – że trzeba umierać publicznie, na oczach świata”. Drugi przypadek. Tak postąpił Szmul Zygielbojm. Choć przebywał i działał wówczas w Londynie, myślami był na pewno w płonącym getcie. Świadomy, że Zagłada była tajemnicą publiczną, w liście pożegnalnym do premiera Sikorskiego i prezydenta Raczkiewicza wyraził swoje oburzenie wobec bezczynności i obojętności sojuszników wiedzących o tej tragedii. Napisał też o swej ostatniej nadziei: „Może śmiercią swą przyczynię się do wyrwania z obojętności tych, którzy mogą i powinni działać, by teraz jeszcze, w ostatniej chwili, uratować od niechybnej zagłady tę garstkę Żydów polskich, jaka jeszcze żyje”. Trzeci przypadek. Jeszcze inna była postawa ludzi z ŻOB. Walki powstańcze dobiegały końca. Niemcom udało się znaleźć bunkier dowódczy na ulicy Miłej. Otoczyli go. Przebywająca w nim ludność cywilna usłuchała rozkazu, opuściła schron i poddała się Niemcom. Bojowcy pozostali. Cywia Lubetkin była świadkiem, jak Arie Wilner krzyknął: „Popełnimy samobójstwo! Nie damy się wziąć żywcem!”. I widziała, jak większość ze współbraci podporządkowała się temu zawołaniu. Odebrali sobie życie. W masie. Zbiorowo…

Na zdjęciach Cywia Lubetkin i Szmul Zygielbojm

Giną kobiety, giną dzieci… Pierwszy przypadek: „Na balkonie płonącego budynku stała kobieta. Po chwili wróciła z dzieckiem, ciągnąc za sobą łóżko, które zrzuciła na ziemię, żeby złagodzić swój upadek. Ściskając dziecko zaczęła się wspinać na balustradę. Wystrzały przerwały jej wpół drogi – dziecko upadło na ulicę, ciało kobiety zawisło martwe na balustradzie”. Drugi przypadek: „Ulica Szczęśliwa stanęła w płomieniach, strażacy pilnują, by ogień nie wydostał się za mury getta. Na trzecim piętrze ukazała się kobieta z dzieckiem w poduszce. Niemcy nie pozwolili strażakom ratować. Matka wyrzuciła dziecko z okna i skoczyła za nim”. Zginęli oboje…

Wszystko działo się na granicy życia i śmierci. Nie było żadnej alternatywy. Im dłużej trwał żydowski opór, tym trudniej było cywilom wytrzymać w bunkrach. Wlekące się godziny spędzali w upokarzających godności ludzkiej, skrajnych warunkach: wyczerpani nerwowo i fizycznie, w milczeniu, bez możliwości wykonywania jakichkolwiek czynności. „Nerwy były napięte do ostatnich granic – stwierdził Leon Najberg – byle szmer przyprawiał ludzi o ataki histerii”. Przypadek pierwszy. Stella Fidelseid tak wspominała swoje przeżycia „pod ziemią”: „Ludzie wpatrywali się w siebie z jakimś obłędem w oczach. Nie było się nawet głodnym. Było to uczucie zupełnej bezradności i zwierzęcia szamotającego się w potrzasku. To było już powolne konanie, w pełni świadomości tego, co się dzieje”. Przypadek drugi. Każdy odgłos, jakikolwiek dźwięk groził odkryciem przez Niemców kryjówki i wymordowaniem przebywających w niej ludzi. Chcący trwać, zdeterminowany człowiek musiał podjąć walkę z samym sobą – słabościami, sumieniem i moralnością. A jednocześnie być odpowiedzialnym za jednostkę i za zbiorowość. Jak w przypadku dziecka Freda Orleana: „Słychać kwilenie niemowlęcia, widocznie jest bardzo głodne lub mokre. Padają szeptem przekleństwa. Dziecko nas zgubi. »Trzeba je udusić«. Jakieś szuranie, szamotanie. Po paru minutach jest już zupełnie cicho…”. Przypadek trzeci. Zaistniała sytuacja była bez wyjścia – konieczność zadecydowania o losie „współwięźniów” ze schronu: „Jest kobieta z dwojgiem dzieci. Chłopczyk jest obłąkany. Dostaje ataków szału i krzyczy przeraźliwie. Może zwabić Niemców. »Prezydium« schronu decyduje się usunąć kobietę wraz z chłopczykiem. Przez jedno dziecko nie może zginąć 40 ludzi. Chcą jednak zatrzymać dziewczynkę jako gwarancję, że matka nie wyda schronu za to, że ją wydalono”. Ilu ludzi było przez Niemców skazanych na śmierć, tyle było jej przypadków…

Niemcy. Wbrew założeniom, że „akcja likwidacyjna” będzie miała przebieg błyskawiczny, już drugiego dnia walk Joseph Goebbels w swoim „Dzienniku” odnotował z niesmakiem: „Walka w getcie warszawskim toczy się nadal i to środkami wojskowymi”. Bo Żydzi – stwierdził – „stawiają rozpaczliwy opór”. Nie miał jednak wątpliwości, że zostanie on ostatecznie złamany. Zaistniały stan rzeczy tak uzasadniał: „Przyczyną rozpaczliwej obrony jest zapewne i to, że Żydzi zdają sobie doskonale sprawę, co ich czeka. Pozbawieni są możliwości kapitulacji”. Takiej narracji wtórował Stroop. Świadomy, że jednym ze środków pozwalających Żydom trwać i stawiać opór była sieć podziemnych schronów, uznał, że jedynym rozwiązaniem będzie zrównanie getta z ziemią, zaś środkiem do tego wiodącym – ogień. Takie założenia realizował bezlitośnie i z całą bezwzględnością mówiąc: „[Podpalanie to] jedyna i ostateczna metoda, aby tę hołotę i podludzi zmusić do ukazania się na powierzchni”.

Od pierwszych dni powstania terror i – jak odnotował w swym dzienniku Beniamin Horowitz, niedoszła ofiara – „szał mordu” miały swoje przerywniki. Stanowiły je rozkazy, groźby, polecenia i obietnice podawane „na przyszłość” uwięzionym Żydom. Z jednej więc strony tym, którzy z własnej woli zgłoszą się na Umschlagplatz, gwarantowano wyjazd do obozu pracy. Z drugiej zaś upubliczniono rozkaz Friedricha Wilhelma Krugera, którego sens zamykał się w twierdzeniu o konieczności „całkowitego oczyszczania getta z największą i niesłabnącą surowością”. Żydzi mieli się bać i być świadomymi, jaka czeka ich przyszłość…

Polacy. Głos świadków rozgrywającej się w Warszawie zbrodni nie był jednolity. Autorzy podziemnej prasy, niezależnie od opcji politycznych i światopoglądowych, wyrażali jednakowo podziw w parze z oburzeniem. Byli zdolni okazać szacunek wobec ofiar zbrodni, Żydów – współobywateli. Zachowali godność jako Polacy. W „Biuletynie Informacyjnym” Armii Krajowej pod koniec kwietnia pisano: „Śmierć z bronią w ręku wnieść może nowe wartości w życie narodu żydowskiego, nadając męce Żydów w Polsce blask orężnej walki o prawo do życia”. Na przełomie kwietnia/maja na łamach katolickiego pisma Frontu Odrodzenia Polski „Prawda” mowa była o moralnym zwycięstwie przegranych: „Żydzi walczą. Walczą nie o życie, gdyż walka z Niemcami jest nadto nierówna i beznadziejna – lecz o cenę życia. Nie o uratowanie się od śmierci, lecz o rodzaj śmierci. O to, by ginąć jak ludzie, nie jak robactwo”. W tym wywodzie była też zawarta nutka nadziei, że heroizm Żydów wniesie w epokę powojenną jeszcze jedną wartość: „Warszawskie getto może stać się nie końcem, lecz początkiem, gdyż nic, co ginie po ludzku – nie ginie na darmo…”. Gdy powstanie już dogorywało, w pepeesowskim piśmie „Wolność” wyrażona została bardzo krytyczna opinia wobec postawy tych, którzy mniej lub bardziej otwarcie wyrażali przychylność zbrodniom dokonywanym przez Niemców na Żydach. Bo czerpali z tego korzyści: „Naszym obowiązkiem jest napiętnować wszystkich tych, którzy w swym upodleniu między innymi posuwają się do szantażu w stosunku do ukrywających się Żydów”. Dalej była mowa o bierności pozostałych, stanowiących większość: „Duży odłam naszego społeczeństwa zachowuje się w tej sprawie jak obojętny widz, nie odczuwa całego ogromu upodlenia, jakim jest szczucie i tak już dość prześladowanych Żydów”. W prasie z tego okresu można się też natknąć na inny jeszcze typ treści, swego rodzaju głos ludu warszawskiego, jak w artykule „Wokół płonącego getta”, opublikowanym z ramienia FOP. Cytowany dialog Polki i Polaka posłużył zapewne wskazaniu, że Polacy – mimo wszystko – bardziej są za swymi niedawnymi sąsiadami, znajomymi czy żydowskimi rzemieślnikami, niż Niemcami: „[on] Podnosząc głowę do góry, stwierdza obiektywnie: No, no, dziś znowu gorzej się pali… Moja pani Kowalska, czy pani widziała w nocy…? Łuna sięgała pół nieba… [ona] Morowo się bronią, choć Żydy… [on] Żydy jak Żydy, paniusiu, ale warszawskie Żydy”. W pierwszych dniach powstania uwagi nierzadko wynikały z niewiedzy lub naiwności polskich widzów. Władka Meed, będąca świadkiem walk, w swych wspomnieniach tak to ujęła: „Widzowie są poruszeni, zachwyceni, przejęci. Komentują, że to »nasi« zorganizowali powstanie, »nasi« oficerowie muszą być tam, wewnątrz”. Polacy też potrzebowali nadziei i wiary…

Na zdjęciu Władka Meed i Marek Edelman

Postawa Polaków też nie była jednolita. Janina David, która czas rzezi w warszawskim getcie przeżyła po aryjskiej stronie wyłącznie dzięki wsparciu ze strony polskiej rodziny, w swoim pamiętniku pod datą 19 kwietnia zacytowała powtarzaną przez niektórych rodaków jej opiekunów sentencję: „Jeśli Hitler zrobił choć jedną dobrą rzecz, to na pewno pozbycie się Żydów”. Inna z ocalonych – Helena Merenholc – też przebywała po stronie aryjskiej. Okres świąt wielkanocnych w Warszawie tak relacjonowała: „Tłumy na ulicach idą pieszo. Wśród przechodniów słyszę – »Żydki się smażą, święta nam psują, musimy przez nich chodzić piechotą«”. Spośród walczących byli i tacy, którzy jako „łącznicy” na przemian przebywali w piekle na ziemi – getcie i po stronie aryjskiej. Z przymusu stawali się widzami. W ich narracji poza tragizmem występował jeszcze jeden wątek – oczu mogących zdradzić Żydów. I był dowodem na poczucie związku z tymi, którym nie pisane było „jeszcze żyć”. Maria Lewi-Kurowska opowiadała: „Wśród tłumów obserwujących bezbłędnie mogłam wskazać takich jak ja – ukrywających się Żydów. Ucharakteryzowani jak najlepiej – tak samo jak ja. Ale… twarze! Wyraz oczu! To byli obserwatorzy widowiska, to byli – tak jak ja – ludzie, którym serca krwawiły”. Marek Edelman powtórzył słowa łączniczki ze stroną aryjską, Inki. Ta miała powiedzieć: „Bałyśmy się pokazać oczy, to były takie oczy, które zdradzały”. Władka Meed w swych relacjach wspominała o grupie kilkudziesięciu Żydów ujętych po stronie aryjskiej – mężczyzn, kobiet i dzieci – stojących pod ścianą, otoczonych przez strażników z wycelowanymi karabinami: „Nieszczęśnicy, łącznie z bardzo małymi dziećmi, wyglądali na wycieńczonych, przestraszonych, obszarpanych, ich spojrzenia były dzikie. Dzieci były wyczerpane i od czasu do czasu opadały im ręce, uderzał je wtedy niemiecki bagnet, dopóki rąk nie podniosły. Mimo to żadne z nich nie płakało”. Nie zabrakło widzów chwalących sprawność okupanta. Meed opowiadała też o przebiegu polowania na uciekinierów z getta: „[Żydzi] schowali się na strychu polskiego domu. Niemcy ich znaleźli i zaatakowali. Żydzi odpowiedzieli ogniem i próbowali uciekać przez sąsiednie dachy. Wkrótce potem przyjechał niemiecki czołg, wszystkich wystrzelał. Gapie podziwiali rzadki widok: ręce i nogi zabitych jak girlandy zwisały z dachu”. Maria Czapska, aktywna działaczka Żegoty, z nieskrywanym oburzeniem pisała o zachowaniu wielu Polaków w przededniu Świąt Wielkanocnych: „W kościołach warszawskich trwają nabożeństwa Wielkiego Tygodnia. W Wielki Piątek po adoracji krzyża wierni modlą się za więźniów, podróżnych, chorych, heretyków, Żydów i pogan. Po modlitwie za Żydów (aby Bóg oświecił wiarołomnych) nie klękano”.

Na zdjęciu Maria Czapska

Żydzi i Polacy. W podziemnej prasie, dyskusjach i raportach, gdy powstanie wciąż trwało, przewijał się jeszcze jeden temat. Z jednej strony wskazywał na solidaryzm, z drugiej zaś na obawy i przeczucie, że likwidacja getta stawia przed hitlerowskim okupantem kolejny problem – Polaków: „Tragedia, którą przeżywają Żydzi, jest częścią tragedii całego państwa polskiego” – napisano pod koniec kwietnia w „Iskrze”, periodyku Związku Syndykalistów Polskich – „Dlatego też w każdej chwili musimy być gotowi do takiej samej obrony, jakiej dziś chwycili się Żydzi”. Szef działającego w konspiracji Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa w raporcie do Rządu RP w Londynie donosił: „Obawy przed powstaniem polskim wśród władz niemieckich stale wzrastają”. O symbolu związków łączących narody polski i żydowski – flagach powiewających na dachu jednego z budynków przy ulicy Muranowskiej w pierwszych dniach powstania – pisał świadek, Leon Najberg. Niemcy fakt ten potraktowali jako prowokację. Było to – jednoznacznie stwierdził Stroop – „wezwanie do walki przeciwko nam”. Jednak dla wielu postronnych widzów mógł to być także dowód słabości Niemców, czy wręcz strachu przed niekończącymi się walkami z żydowską partyzantką miejską. Co potwierdza jeszcze jedna uwaga dowódcy wojsk niemieckich: „Już drugiego dnia udało się specjalnej jednostce zdobyć te dwie chorągwie”. W ocenie żydowskich bojowców i jednakowo polskich obserwatorów odbiór był zapewne inny: dopiero po dwóch dniach…

Na zdjęciu Leon Najberg

Zamiast zakończenia. W październiku 1943 r. podziemne wydawnictwo opublikowało kilkudziesięciostronicową książkę pt. „Na oczach świata”. Mowa w niej o ostatecznej Zagładzie warszawskiego getta. Autorka, Maria Kann, zamknęła opracowanie znakomitą, wzruszającą refleksją: „Na oczach świata, w naszych oczach, w oczach naszej młodzieży – mordowano naród. Patrzyliśmy na to bezczynnie. Pomimo całego oburzenia oswajamy się z myślą, że można mordować, można budować krematoria dla żywych ludzi. W umysłach dziecięcych zaczyna kiełkować pojęcie, że są różne rodzaje narodów: »panów, »pachołków« i wreszcie »psów«, które wolno zabijać bezkarnie. Minie Hitler jak zły sen, padnie z rąk własnego upodlonego narodu. Świat przestanie być rzeźnią. Wróci ład i spokój. A w wiele lat potem dziecko zapyta: »Czy zabito człowieka, czy Żyda mamo ?«. Tego lęka się serce polskich matek”. Otwartym pozostaje pytanie: czy z treści wynikła właściwa nauka ?

Na zdjęciu Maria Kann

Czas powinien leczyć rany, uczyć otwartości i refleksyjnego myślenia. Czy więc w społeczeństwie polskim i obywatelskim uległy zmianie względy mentalnościowe lub moralne? Historii powstania w Getcie Warszawskim „od zawsze” towarzyszyły różne formy jego interpretacji i reinterpretacji. W powojniu często była środkiem wykorzystywanym do walki politycznej, w zależności od potrzeb ludzi władzy i partii. Do tego więc dopasowywana była intonacja przemówień, treści artykułów i opracowań poświęconych powstaniu w getcie. Służących w dużej mierze również przemilczeniu jeszcze jednego powstania: warszawskiego. Od 1989 r. epoka realnego socjalizmu stała się rozdziałem zamkniętym w dziejach państwa polskiego i obywateli polskich. Stąd wniosek, że wraz z tym w niepamięć powinny pójść hochsztaplerskie działania władzy. I nadzieja, że inżynieria społeczna będzie wyłącznie odmianą political fiction. Miejsce walki o pamięć zajmie już tylko pamięć o tej walce. Postawy niektórych osób publicznych, dziennikarzy i komentatorów życia publicznego wywołują – niestety – zwątpienie…

dr Paweł Wieczorek

Paweł Wieczorek- doktor nauk humanistycznych. Specjalność: historia najnowsza. Współpraca: United States Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie, Żydowski Instytut Historyczny oraz Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce. Laureat konkursu Żydowskiego Instytutu Historycznego na najlepszą pracę doktorską im. M.Bałabana (2014). Uczestnik międzynarodowego projektu badawczego „Pogromy Żydów na ziemiach polskich w XIX i XX wieku” (2013- 2016). Autor artykułów i książek. Zainteresowania badawcze: stosunki polsko – żydowskie po 1945 r., żydowskie ruchy społeczne i polityczne, mniejszości narodowe i etniczne w Polsce, zimna wojna, totalitaryzm.

Opr. Anna Kilian

image_print
2019-05-10T12:15:01+00:00
Font Resize