Ku chwale bohaterom wolności

Ku chwale bohaterom wolności

20 sierpnia 1944 roku powstańcy zdobyli gmach Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej, tzw. PAST-y, który był drugim najwyższym budynkiem w Warszawie. Jego przejęcie było nie tylko jednym z największych sukcesów powstańców, ale również jednym z najlepiej udokumentowanych wydarzeń Powstania Warszawskiego. 20 sierpnia o godzinie 13, przed budynkiem PAST-y, siedziby także Muzeum Getta Warszawskiego, rozpoczęły się uroczystości rocznicowe.

20 sierpnia 2019

Budynek PAST-y stojący przy ulicy Zielnej 37/39 miał strategiczne znaczenie dla Niemców. Ówczesna wieża Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej – największej centrali telefonicznej w tej części Europy – górowała nad okolicą, co pozwalało na wgląd w pozycje powstańcze i możliwość ich ostrzału.

W nocy z 19 na 20 sierpnia 1944 roku oddziały powstańców pod dowództwem rotmistrza Henryka Roycewicza „Leliwy” zaatakowały ośmiopiętrowy gmach PAST-y. Powstańcy, by zdobyć budynek, musieli go wcześniej podpalić. Do szturmu użyto strażackiej motopompy – przy jej pomocy do budynku wtłoczono mieszankę paliw. Szalejący w gmachu pożar przesądził o zwycięstwie Polaków. Budynek pozostał w polskich rękach do końca zbrojnego zrywu.

O tworzeniu łatwopalnej mieszanki – takiej samej, jaką wlewano do butelek zapalających – opowiedział podczas uroczystości Stanisław Brzosko „Socha” z batalionu AK „Kiliński”, którego żołnierze oblegali gmach.

Uroczystości poświęcone kolejnym rocznicom zdobycia PAST-y przez powstańców odbywają się od 2000 r. „9 listopada 2000 r. premier Rzeczpospolitej, prof. Jerzy Buzek przekazał symboliczne klucze do gmachu PAST-y specjalnie powołanej przez zarząd Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej Fundacji Polskiego Państwa Podziemnego. Obydwie nasze organizacje – ŚZŻAK i Fundacja Polskiego Państwa Podziemnego – starają się w swojej działalności przekazywać te wartości następnym pokoleniom, które w czasie naszej walki uznawaliśmy za ważne” – powiedziała Hanna Stadnik, wiceprezes Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej.

Polskiego instynktu wolności nie można zabijać i zabić się nie da” – stwierdził w swojej przemowie Jan Józef Kasprzyk, Szef Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, cytując marszałka Józefa Piłsudskiego. Głos zabrali także m.in. Ewa Malinowska-Grupińska – przewodnicząca Rady m.st. Warszawy i Paweł Rabiej – zastępca prezydenta m.st. Warszawy. Złożono wieńce.

Powstanie Warszawskie, podobnie jak powstanie w getcie warszawskim rok wcześniej, daje współczesnym szanse na odniesienie się do ponadczasowych wartości – prawa do wolności, poszanowania drugiego człowieka i troski o to, by przyszłe pokolenia żyły w niepodległym kraju – powiedział dyrektor MGW, Albert Stankowski. – Kierując się misją Muzeum Getta Warszawskiego, którego organizację mi powierzono, jestem głęboko przekonany, że tamten tragiczny czas, łączący cierpienia narodów polskiego i żydowskiego, nakłada na nas obowiązek pamięci o uczestnikach walk. Byli wśród nich także polscy obywatele pochodzenia żydowskiego. Z uznaniem i szacunkiem odnoszę się do dzieł Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej oraz Fundacji Polskiego Państwa Podziemnego, dotyczących upamiętniania tragicznych losów powstańców, Armii Krajowej i stolicy. 20 sierpnia 1944 roku to data ważna dla Muzeum Getta Warszawskiego – podsumował Albert Stankowski.

Anna Kilian

GALERIA




Smak gettowego życia 13

Smak gettowego życia 13. Piekarnia – Leszno 56

Zapraszamy do lektury kolejnego felietonu Agnieszki Witkowskiej-Krych z cyklu zatytułowanego „Z życia w getcie”, w którym autorka przybliża m.in. kwestie wyżywienia mieszkańców getta, działalność doraźnie organizowanych punktów dożywiania przeznaczonych dla głodujących mieszkańców oraz kuchni dedykowanych dzieciom i niemowlętom, Transferstelle.

14 sierpnia 2019

Autorka opowiada o gmachach Sądów, będących punktem przerzutowym dla szmuglujących żywność, zabiegach Janusza Korczaka o pomoc dla Głównego Domu Schronienia, tzw. komitetach domowych, o ludziach i instytucjach, które musiały zmierzyć się z zadaniem niemal niewykonalnym: wykarmienia i uchronienia od śmierci głodowej. Felietony publikujemy na naszej stronie internetowej co tydzień. Zapraszamy do tej niełatwej, opartej na różnorodnej i solidnej bazie źródłowej, lektury.

Urodzony w Warszawie Bogdan (Dawid) Wojdowski, który jako nastolatek trafił do warszawskiego getta, w przejmującej, opartej na faktach i własnych przeżyciach powieści Chleb rzucony umarłym kreśli obraz głodu towarzyszący mieszkańcom dzielnicy zamkniętej: „Pierwsze dni głodu najgorsze, potem już można wytrzymać. Najpierw przychodzi znużenie, ciążą ręce i nogi, każde słowo urasta do bolesnego zgiełku w uszach. Barwy nie cieszą oczu, a światło je rani. (…) Ciągle pić się chce, schną spękane usta. Szczęki zaciskają się same i odzywa się ból za uszami na widok cynowej łyżki porzuconej na stole. Wtedy zaczynają się myśli o jedzeniu, straszne, wyczerpujące rojenia. Żołądek pracuje jak syfon. Wystarczy mu myśl o kawałku brukwi i już zęby rozdzierają z chrzęstem włóknistą miazgę, a sok słabo przypominający czarną rzepę, łagodniejszy w smaku i słodkawy, spływa do gardła i zwilża spuchnięty język, zostawiając w ustach cierpki osad. (…) Od brukwi myśl się odrywa i buja wysoko. — Kiedy przywiozą ten chleb?” (1971, s. 24-25).

Chleb – obiekt pożądania dziesiątek, setek tysięcy ludzi stłoczonych na niewielkim obszarze wydzielonym z tzw. Dzielnicy Północnej. Ludzi, których ogromna większość zmarła z głodu, chorób, wycieńczenia, w trakcie akcji wysiedleńczych i w obozie zagłady w Treblince. Żywność: w getcie obok pożądających chleba i marzących o brukwi byli i tacy, którzy stołowali się w kawiarni „L’Ourse”, a w „Gazecie Żydowskiej” z 1 sierpnia 1941 informowano, że w kuchni przy ulicy Leszno 11 „rozprowadzone zostaną cukierki dla dorosłych oraz dodatkowo dla dzieci o masie 50 gram”. Nie zmienia to jednak ogólnego obrazu miejsca, w którym zdobycie żywności było sprawą ogromnej wagi – warunkującą, choć nie gwarantującą przetrwania.

W cyklu felietonów Agnieszki Witkowskiej-Krych zatytułowanych „Smak gettowego życia” chcemy przybliżyć kwestie wyżywienia mieszkańców getta: działalność doraźnie organizowanych punktów dożywiania przeznaczonych dla głodujących mieszkańców oraz kuchni dedykowanych dzieciom i niemowlętom, Transferstelle. Autorka opowiada o gmachach Sądów, będących punktem przerzutowym dla szmuglujących żywność, zabiegach Janusza Korczaka o pomoc dla Głównego Domu Schronienia, tzw. komitetach domowych, o ludziach i instytucjach, które musiały zmierzyć się z zadaniem niemal niewykonalnym: wykarmienia i uchronienia od śmierci głodowej.

Felietony publikujemy na naszej stronie internetowej co tydzień. Zapraszamy do tej niełatwej, opartej na różnorodnej i solidnej bazie źródłowej, lektury.

Prof. Konrad Zieliński, kierownik działu naukowo-badawczego Muzeum Getta Warszawskiego

Piekarnia – Leszno 56

Zdecydowanie jednym z najbardziej pożądanych produktów w getcie był dobrej jakości chleb. Oficjalne racje żywnościowe były dalece niewystarczające, zaś to, co było dostępne na wolnym rynku, choć też nie dla wszystkich, daleko odbiegało od przedwojennych wspomnień, czy nawet wyobrażeń. Tak zwany chleb kartkowy, mimo że podlegał oficjalnym kontrolom, nierzadko nie spełniał jakichkolwiek norm. Wypiekany metodą oszczędnościową, z przedziwnych czasem składników, nie miał ani smaku, ani wartości odżywczej. W jednym z numerów „Gazety Żydowskiej” można było przeczytać, że „piekarze, zamiast starać się, żeby konsument otrzymywał zdrowy, dobrze wypieczony chleb o uczciwej wadze, dostarczają niejednokrotnie chleb z domieszką, wypieczony z odsiewanej mąki i o nieuczciwej wadze” („Gazeta Żydowska” 1941, nr 74, s. 2).

O tym, jak niskiej jakości bywało gettowe pieczywo, pisał między innymi Henryk Bryskier, wspominając toczącą się w Urzędzie do Walki z Lichwą i Spekulacją sprawę: „Piekarz oskarżony o wypiek chleba z domieszką piasku. Dowód rzeczowy w aktach sprawy. Sędzia dla ustalenia podstawy oskarżenia bierze próbkę starego chleba do ust. Słyszy się trzeszczenie rozcieranego piasku w zębach. Następuje druga analiza: kawałek chleba wędruje do szklanki z wodą, w której z rozmiękczonego chleba ma opaść piasek na dno szklanki. Piekarz oponuje. Twierdzi, że trzeszczący w zębach przewodniczącego piasek jest w granicach normy i pochodzi od młyńskich kamieni, że taką mąkę otrzymał z przydziału do wypieku, a ewentualny osad w szklance nie może być miarodajnym do oceny. Sędzia i ławnicy nie są rzeczoznawcami. Na naradzie wszyscy są zdania, że chleb zawiera dużo piasku, a nawet inne domieszki. Prokurator obstawał za dotkliwym wymiarem kary” (Henryk Bryskier, „Żydzi pod swastyką czyli getto w Warszawie w XX wieku”, Warszawa 2006, s. 112-113).

Ten nie zawsze smaczny gettowy chleb, jeśli trafił do sprzedaży, był i tak obiektem pożądania wielu mieszkańców. Żebrzący na ulicy ludzie uparcie prosili przechodniów choćby o jego kawałek. Pisał o tym po wojnie Bogdan Wojdowski, w getcie przebywający jako nastolatek: „Ulicą zbliżała się banda żebraków. Zbliżał się miarowy szum, brzęk potrząsanych rozpaczliwie blaszanek. Zbliżało się wołanie, krzyk głodnego tłumu: <<Ludzie, dobrzy ludzie, ludzie, miejcie litość. Dajcie nam kawałek chleba, ludzie>>. Grzechotały wściekle miski, łyżki jałmużników” (Bogdan Wojdowski, „Chleb rzucony umarłym”, dostęp on-line: https://wolnelektury.pl/media/book/pdf/wojdowski-chleb-rzucony-umarlym.pdf, tamże: s. 15).

Pod adresem Leszno 56 mieściła się jedna z piekarni należących do Daniela Blajmana, który był szefem Związku Piekarzy w getcie. Pochodził on z rodziny piekarzy, jego ojciec już w latach dwudziestych prowadził znaną piekarnię na Gęsiej 19, która to na łamach „Naszego Przeglądu” reklamowała się wówczas jako pierwsza w Polsce automatyczna wytwórnia macy (Nasz Przegląd 1926, nr 90 (1150), s. 1). O Danielu Blajmanie mówiono w getcie, że z jednej strony jest potentatem finansowym („Archiwum Ringelbluma. Getto warszawskie”. Cz. 2, t. 34, Warszawa 2016, s. 269), z drugiej zaś, że wspiera działalność podziemia, ale przede wszystkim, że bezpłatnie dostarcza chleb i inną żywność potrzebującym dzieciom. Jest prawdopodobne, że to właśnie do jego żony Felicji, znanej również z działalności pomocowej, skierowany miał być list Korczaka, w którym ten prosił o wsparcie dla największego gettowego domu dziecka, czyli Głównego Domu Schronienia. Projekt treści listu zachował się i brzmi następująco: „Dobra i miła Pani. Czy słyszała Pani o nieszczęsnym sierocińcu na ulicy Dzielnej 39? W styczniu zmarło dziewięćdziesięcioro sześcioro dzieci. Dziś Śliska, dawniej Chłodna, jeszcze dawniej Krochmalna ma 200 kilo sucharków z tych, które Szanowna Pani ofiarowała. Ileż one dobrego przyniosły, gdy nie bywało chleba. Pozwolę sobie odwiedzić Panią, by poprosić o radę (próba chleba) – by poprosić o ofiarę dla dzieci z niedomaganiami przewodu pokarmowego” („Janusz Korczak w getcie. Nowe źródła”, oprac. Aleksander Lewin, Warszawa 1992, s. 131). Nie wiadomo, niestety, czy list ten ostatecznie został wysłany, nie wiadomo też, czy wywołał jakąkolwiek reakcję adresatki.

Agnieszka Witkowska-Krych – antropolożka kultury, hebraistka, socjolożka, w ostatnich latach kustoszka w Muzeum Warszawy, badaczka życia i spuścizny Janusza Korczaka, współpracowniczka Fundacji Forum Dialogu i Centrum Kultury Jidysz, autorka tekstów o „sprawach ostatnich” – ostatniej drodze Korczaka i jego podopiecznych, ostatnim przedstawieniu wychowanków żydowskiego Domu Sierot i ostatnich zapiskach w Korczakowskim Pamiętniku.

Opr. Anna Kilian




Żydzi w Powstaniu Warszawskim

Żydzi w Powstaniu Warszawskim

Jesteście wolni!” – zabrzmiały pierwsze słowa wypowiedziane późnym popołudniem w dniu 1 sierpnia 1944 r. przez młodego Polaka z „biało-czerwoną opaską na ramieniu i z karabinem w ręku”. Niewiele wcześniej Kedyw Kollegium „A” Armii Krajowej przejął teren Umschlagplatz. Przebywało tam wówczas kilkudziesięciu Żydów z różnych państw Europy.” Zapraszamy do lektury felietonu dr. Pawła Wieczorka.

13 sierpnia 2019

Najliczniejsza grupa pochodziła z Węgier, obecni byli także Żydzi polscy. Wykonywali niewolniczą pracę pod nadzorem SS-manów. Ci ostatni, gdy tylko do ulicy Stawki zaczął się zbliżać oddział powstańczy, w panice uciekli. „Czy naprawdę jestem wolny?” – zadał sobie pytanie jeden z obecnych tam więźniów, Chaim Icel Goldstein. Nie zdawał sobie jeszcze sprawy z charakteru wydarzeń. Jednego mógł być pewien – był świadkiem polskiego zrywu przeciw Niemcom. Dowódca Kedywu tak wspominał reakcję „młodych ludzi w pasiakach”: „Uwolnieni zaczęli okazywać nam wdzięczność wszystkimi możliwymi sposobami”. Członkiem elitarnej jednostki AK wyzwalającej tego dnia Umschlagplatz był młody podoficer żydowskiego pochodzenia, Stanisław Witold Aronson ps. „Rysiek”.

Na zdjęciach Chaim Icel Goldstein i Stanisław Witold Aronson

Od początku walk powstańczych dowództwo AK dążyło do przejęcia kontroli nad kluczowymi obszarami Warszawy. Jednym z celów działań było dotarcie do Starego Miasta. Na drodze do Starówki, na obszarze od ulicy Gęsiej i Zamenhofa do ulicy Okopowej – na gruzach getta – znajdował się obóz koncentracyjny KL Warschau. W połowie pierwszej dekady sierpnia na „Gęsiówce” więzionych było około tysiąca osób. Wśród nich liczną grupę stanowili Żydzi z Francji, Węgier, Grecji i Polski. Tego dnia – 5 sierpnia – batalion „Zośka”, w którego skład wchodziła młodzież związana z „Szarymi Szeregami” (konspiracyjny Związek Harcerstwa Polskiego), zdobył dwa niemieckie czołgi. Posiadając taki sprzęt powstańcy przebili mury otaczające dawne tereny getta. Więźniowie obozu zostali wyzwoleni. Dowodzący „Zośką” kpt. Ryszard Białous ps. „Jerzy” wspominał, co działo się w pierwszych minutach od chwili przejęcia obozu: „Drzwi baraków rozwierają się pod naporem, a całe przedpole zapełnia masa pasiastych postaci biegnących w naszą stronę z niebywałym krzykiem i wymachiwaniem rąk. Przez moment poczułem, jak gardło moje ściska skurcz radości – zdążyliśmy na czas”. Jednym spośród wyzwolonych tego dnia 348 Żydów był podoficer Wojska Polskiego, Henryk Lederman ps. „Heniek”. Natychmiast po wyzwoleniu podjął się stworzenia kilkuosobowego oddziału, w skład którego weszli Żydzi. Niewiele później spotkał się z por. Wacławem Micutą ps. „Wacek”, zasalutował mu i złożył meldunek: „Poruczniku, młodszy oficer Henryk Lederman przedstawia żydowski batalion gotów do walki”.

Na drugim zdjęciu grupa Żydów oswobodzona przez żołnierzy z plutonu „Alek” kompanii „Rudy” Batalionu „Zośka”

Wraz z wybiciem Godziny „W” ulice Warszawy przepełniła euforia. „Maszerowaliśmy z Umschlagplatz” – wspominał Aronson – „Tysiące ludzi stały wzdłuż ulic, rzucając kwiaty i płacząc”. Michael Zylberberg w swoim „Warszawskim pamiętniku” o tym, co działo się po wybuchu powstania napisał: „Na ulicach było tłoczno. Na balkonach i w oknach powiewały polskie flagi, symbol radości z wolności, która miała trwać na dobre”. Najlepiej nastrój, jaki zapanował wśród Żydów, oddają słowa Goldsteina: „Żydzi odnajdywali na nowo swoją ludzką dumę”. Taka wartość, jak nadzieja, w pierwszych dniach sierpnia 1944 r. nakłoniły wielu do czynnego udziału w walkach. Także Żydów, choć przeżyli nieliczni. Na liczbę około 750 tys. mieszkańców ówczesnej Warszawy, „niewidzialni” Żydzi – trwający w ukryciu, w ruinach getta czy po „stronie aryjskiej” – stanowili nikłą grupę, liczącą (szacunkowo) od kilkunastu do nie więcej niż 40 tys. ludzi. Nie byli więc w stanie odegrać jakiejkolwiek roli w powstańczych zmaganiach. Lecz równie emocjonalnie, jak Polacy, przyjęli wiadomość o zrywie powstańczym. Icchak Cukierman ps. „Antek” przyznał wprost: „Oczekiwaliśmy powstania”.

Na zdjęciu Icchak Cukierman

W dniu 3 sierpnia w powstańczym „Biuletynie Informacyjnym” ukazała się wydana przez ŻOB odezwa do ludności żydowskiej: „Stoimy dziś wespół z całym narodem polskim w walce o wolność. Wzywamy wszystkich pozostałych jeszcze przy życiu z ŻOB oraz całą zdolną do walki młodzież żydowską do walki, od której nikomu nie wolno stać z daleka. (…) Przez bój do zwycięstwa, do Polski wolnej, niepodległej, silnej i sprawiedliwej”. Dwa tygodnie później walczący bundowcy skierowali do dr. Emanuela Szerera, przedstawiciela partii przy Rządzie RP w Londynie pismo, w którym mowa była o powstaniu: „Od 18 dni lud Warszawy prowadzi nierówny bój z barbarzyńskim najeźdźcą, a wraz z całą Warszawą walczy pozostały przy życiu młody element żydowski. Walczymy o naszą wspólną sprawę polską z wrogiem”. Z jednej strony taki stosunek Żydów do polskiego zrywu świadczył o głęboko zakorzenionym patriotyzmie i oddaniu sprawie także ich ojczyzny – Polski, z drugiej zaś był dowodem determinacji wszystkich, którzy byli w stanie i chcieli wszelkimi sposobami wziąć bezpośredni udział w walce z niemieckim okupantem.

Przynajmniej po części była to forma „wyrównania rachunków” za wszystkie dotychczasowe krzywdy. Niektórzy wstępowali więc w szeregi Armii Krajowej, inni Armii Ludowej. Bojowcy ŻOB uczestniczyli w bezpośrednich starciach, inni pracowali w służbach pomocniczych. Wszystkich łączyła wspólna idea. Cukierman tak ją uzasadniał: „Nie byliśmy siłą decydującą. Nie byliśmy nawet siłą ważną. Było nas tylko kilkadziesiąt osób. Ale z moralnego punktu widzenia było to dla nas ważne: byliśmy dumni z samego faktu, że przyłączyliśmy się do powstania”.

Jakub Celemenski chciał walczyć: „Nadszedł czas, żeby przekuć tłumioną nienawiść na działanie”. Bundowiec Bernard Goldstein, świadek wydarzeń, o czynach współbraci napisał: „Dawali z siebie wszystko w walce za miasto. Walczyli zażarcie, bojąc się, że chwila odpoczynku pozbawi ich możliwości uderzenia we wroga. Mieli tyle porachunków do wyrównania. Podejmowali się desperackich czynów narażając na szwank swoje życie, aby móc jeszcze bardziej zbliżyć się do Niemców”. Marian Igra, snajper służący w szeregach AK najbardziej dosadnie uzasadniał swój udział w bojach tłumacząc: „Kiedy zabijałem, mówiłem: »to za ojca, to za matkę, to za brata«. Czy w momencie, kiedy miałem taką możliwość, ktoś mógłby mi powiedzieć: »nie masz prawa zabijać człowieka« ? Miałem do tego pełne prawo. Był to dla mnie nie tylko obowiązek jako żołnierza wobec kraju, ale też obowiązek jako Żyda, żeby zniszczyć… wrogów cywilizacji”.

Na zdjęciu Bernard Goldstein

Minna Aspler i Lusia Hornstein były kurierkami. Ta pierwsza wspominała: „Czułam, że nie mam nic do stracenia. Straciłam rodzinę, byłam sama i nie miałam przed sobą przyszłości”. Ta druga ponadto opiekowała się rannymi. Alicja Zipper służyła jako łączniczka u gen. Antoniego Chruściela ps. „Monter”. Taką funkcję pełniła Maria Censor: „Przenosiłam broń – w koszyku na zakupy, pod ubraniem, nawet zdarzyło mi się ukrywać mały pistolet w słomkowym kapeluszu. Gdyby ktoś mnie złapał, byłam gotowa walczyć”. Dawid Fogielman, uwolniony więzień „Gęsiówki”, służbę traktował jako osobisty obowiązek: „Zaciągnęliśmy się do AK. Broni nam nie dali bo nie mieli. Pracowaliśmy przy robotach pomocniczych”. Benjamin Mandelkern wznosił barykady: „Rozbijaliśmy chodniki gołymi rękami i stawialiśmy bloki cementowe wzdłuż chodników. Niesamowite było to, jak bardzo każdy się starał”.

Na pierwszym zdjęciu żołnierze kompanii „Giewont” Batalionu „Zośka”, pośrodku Stanisław Kozicki, z prawej Michał Światopełk Mirski

Wszyscy z tych, którzy byli zdolni brać udział w walce, czynili to na miarę swoich możliwości i obiektywnych warunków. W „Biuletynie Informacyjnym” pod datą 18 sierpnia pisano: „W szeregach AK walczą też żołnierze – Żydzi. Liczba ich jest stosunkowo niewielka wobec całkowitego prawie wyniszczenia Żydów polskich przez Niemców”. Cukierman –raczej subiektywnie – wspominał, jak walczący Polacy postrzegają udział Żydów w powstaniu: „AL nas podziwiała, AK odnosiła się do nas po koleżeńsku. Byliśmy z nimi na barykadach”. O ile słowa zawarte w „BI” można potraktować jako potwierdzenie faktu, o tyle słowa dowódcy ŻOB budzą wątpliwości.

Wielu Żydów biorących udział w walkach powstańczych inaczej postrzegało rzeczywistość. To, że szanse powstańców są nikłe, a sam zryw narodowowyzwoleńczy skazany na klęskę, wiadomym było już po kilku dniach od wybuchu powstania. Bezpośredniej pomocy z zewnątrz – ze strony wojsk radzieckich i jednakowo alianckich – zabrakło. Siły powstańcze z dnia na dzień słabły. Ginęły setki powstańców, w tysiącach śmierć ponosili – przede wszystkim – cywile. Szczególnie ci ostatni – wbrew własnej woli – stali się ofiarami heroizmu rodaków. Przebieg działań był bardzo dynamiczny. Niewiele czasu było potrzeba, by nastroje zaczęły ulegać radykalnym zmianom. Wszyscy – powstańcy i cywile, Polacy i Żydzi – poddali się zwątpieniu. Proporcjonalnie do tego miejsce euforii zastąpiły lęk o najbliższą przyszłość i rozgoryczenie. Polska odwaga i poświęcenie przegrywały z lepiej zorganizowanym i doskonale uzbrojonym przeciwnikiem. Dlatego po tygodniu jednym z wątków występujących w publicznym obiegu były – szczególnie wśród polskiej ludności cywilnej – oskarżenia o błędne decyzje w parze ze wskazywaniem winnych tragedii rozgrywającej się na oczach świadków i ofiar jednocześnie.

Żyd stał się kozłem ofiarnym”, stwierdził Celemenski i cytował zasłyszane wypowiedzi Polaków: „Żydzi sprowadzili wojnę”, „Żydzi rozpoczęli powstanie”, „Żydzi powstrzymali bolszewików przed nadejściem z pomocą”. W licznych żydowskich relacjach mowa była o zarzutach, jakie Polacy kierowali wobec Żydów. Począwszy od twierdzenia, że są „agentami gestapo” lub „niemieckimi szpiegami” (o takim „głosie ulicy” wspominają m.in. Marek Edelman, Pnina Grynszpan-Frymer, Władka Meed, Marian Berland, Samuel Willenberg, Bernard Goldstein), aż po tak absurdalne stwierdzenie: „Skoro [Żydzi] przeżyli, musieli współpracować”. Takie pogłoski przynajmniej po części były pochodną traktowania Żydów przez powstańców – jakże odmiennego od tego, o którym mówił Cukierman. Dowództwo Armii Krajowej od początku zachowywało duży dystans do „sprawy żydowskiej”. Z jednej strony było świadome zagrożeń, jakie mogą wystąpić na skutek ujawniania się ocalonych Żydów i starało się ich chronić: „Kwestia stosunku ludności polskiej do Żydów może przybrać szersze i drażliwe formy” (korespondencja delegatury cywilnej z Okręgową AK). Gen. Tadeusz Pełczyński ps. „Grzegorz” prosił dowódcę okręgu warszawskiego AK, płk. A. Chruściela, o wskazówki postępowania wobec uwolnionych Żydów – obywateli nie tylko Polski, ale też innych państw: „Oddziały winny dostać wskazówki, które wykluczałyby ewentualne ekscesy w stosunku do Żydów”. Z drugiej strony w postępowaniu dowództwa nie brakowało obojętności, jeżeli nie niechęci do Żydów. Świadczą o tym uwagi żydowskich działaczy. Przedstawicielka ŻOB, Cywia Lubetkin, w imieniu swych towarzyszy złożyła propozycję udziału Żydów w walkach: „Przyjęto nas obojętnie, chłodno. Oświadczono, że dowództwo się zastanowi, zbada sprawę, porozumie się z nami”. Symcha Rotem wspominał: „Wiedzieliśmy, że AK źle się odnosi do Żydów”. Żydowscy bojowcy zostali „zepchnięci” w ramiona Armii Ludowej – nie z powodu (rzekomej) sympatii do komunistycznej ideologii, lecz stosunku do nich ze strony dowództwa Armii Krajowej.

Na zdjęciu Cywia Lubetkin

Wielu Żydów w swych wspomnieniach podkreślało, że podczas powstania nie spotkali się z wrogą postawą ze strony polskich towarzyszy broni (m.in. Moszka Gajsta, Gerszon Edelman, Artur Ney, Efraim Krasucki). Nieliczni z tych, którzy walczyli, przyznawali się do swego pochodzenia. Jednak większość z wstępujących do AK – dla własnego bezpieczeństwa – czyniła to pod przybranymi nazwiskami. Zipper widziała „w AK wiele żydowskich twarzy” tych, którzy podawali się za Polaków. Mandelkern zaś przyznawał: „Wyczuwaliśmy się jako Żydzi, ale nigdy o tym ze sobą ani z osobami trzecimi nie rozmawialiśmy”.

Bali się przyznawać do swego pochodzenia, a obawy były uzasadnione. Pod powstańczym sztandarem kryły się jednostki mniej lub bardziej jawnie okazujące swoją niechęć, wręcz wrogość wobec Żydów. Znane są przypadki pobić i rabunku resztek mienia ocalałym żydowskim cywilom. Celemenski widział, jak „polscy chuligani bili nędznie ubraną dziewczynę” i religijnego starca. Niektórym żydowskim powstańcom, gdy wydało się ich pochodzenie, grożono śmiercią. Tak było w przypadku Goldsteina, któremu wyłącznie interwencja dowódcy oddziału ocaliła życie. Willenbergowi czy Igrze też udało się przeżyć. Ten pierwszy wspominał: „Nie mogłem uwierzyć, że moi koledzy, którzy wraz ze mną przelewają krew, po tym wszystkim cośmy razem przeżyli, po wszystkich walkach, któreśmy razem stoczyli, chcą mnie zabić za to, że jestem Żydem”. Ocalał dzięki ostrzeżeniu ze strony znajomej Żydówki. Podobnie było w przypadku drugiego. Gdy dotarła do niego informacja o zagrożeniu, porzucił oddział, w którym dotąd służył.

Odnotowano kilka przypadków mordów na Żydach dokonanych przez polskich powstańców. Najtragiczniejszy w swym wymiarze był masowy mord dokonany 11 września na ul. Prostej 4. Wówczas to żołnierze AK podlegli kpt. Wacławowi Stykowskiemu ps. „Hal” pozbawili życia kilkunastu żydowskich cywili, głównie kobiety i dzieci. Nieznane pozostają motywy tej zbrodni. Jedno było pewne – żydowskie pochodzenie bezbronnych ofiar. O innym mordzie, dokonanym w szeregach AK, pisał Mandelkern: „Jeden z członków grupy, w której poprzedniego dnia był Żyd, z satysfakcją oznajmił: »Mojsze nie pójdzie dzisiaj z nami, ani już nigdy. Zajęliśmy się nim. Jest niezwykle łatwopalny«. Jak ci »patrioci« w okrutny sposób zamordowali człowieka, którego jedyną winą było to, że był Żydem”. Ofiarami padali żydowscy więźniowie: „Na Gęsiówce zdarzył się tragiczny incydent – odnotował Anlen – powstańcy rozstrzelali trzech Żydów niemieckich, których wzięto za przebranych w pasiaki esesmanów”. O tym wydarzeniu pisał Goldstein ukazując odmienne uzasadnienie czynów dokonanych przez powstańców. W jego relacji sprawcy mieli krzyczeć: „Wystrzelać ich! Nie chcemy tu Żydów”. Czy takie czyny dokonywane przez polskich żołnierzy można generalizować? Zdecydowanie nie. Bo dokonywały ich zdemoralizowane jednostki. Zaś Polacy jako masa – powstańcy i cywile – zajęci byli czymś innym: bojem o wyzwolenie ojczyzny. Nie powinno więc dziwić, że choć wielu Żydów walczyło o tę ojczyznę, to przede wszystkim jako Polacy. I jako Polacy – jak Krzysztof Kamil Baczyński – ginęli…

Po 63 dniach, 3 października 1944 r. Powstanie Warszawskie – zbrojne wystąpienie zorganizowane przez Armię Krajową w ramach Akcji „Burza” – dobiegło końca. Zakończyło się klęską. Była to tragedia dla narodów polskiego i żydowskiego, stawiających opór niemieckiemu okupantowi. Dla garstki Żydów była to tragedia podwójna, oznaczała bowiem powtórne zagrożenie. Powrót okupanta oznaczał nieuniknioną śmierć. Walczący Polacy – zgodnie z prawem wojennym – zostali jeńcami, cywili skierowano do obozu przejściowego w Piotrkowie. Nie wszyscy mieli takie szanse – takie prawa nie obejmowały Żydów: „Zapadły już decyzje, że poddamy się i powstańcy pójdą do niewoli – napisał Goldstein – Ale nie Żydzi. Bo Żydów Niemcy zabijali na miejscu”. Nieliczni – jako polscy powstańcy – poszli w niewolę. Wielu udało się do obozu. O wyborze i szansie na przetrwanie decydowały wygląd, dokumenty, przybrane nazwisko i znajomość języka polskiego. Oraz świadomość, że mogą zostać rozpoznani i wydani w ręce okupanta. Stąd większość Żydów zdecydowała się pozostać w Warszawie – „powrócić” do kryjówek, piwnic, bunkrów. Tam czuli się bezpieczniej. I żywili nadzieję, że przetrwają.

W podziemnej prasie tylko dwukrotnie ukazały się informacje o udziale Żydów w powstańczych walkach. Zabrakło wzmianki o tym, że kilkanaście miesięcy wcześniej wybuchło powstanie w getcie warszawskim, że to właśnie Żydzi jako pierwsi zdobyli się na odwagę i podjęli walkę z Niemcami. I ginęli. Tylko że oni byli świadomi tego, że są skazani na śmierć. Wybrali więc śmierć godną – z własnej woli. Czy taki los musiał spotkać dwieście tysięcy Polaków? Pytanie pozostaje otwarte. Tak jak otwarta powinna być pamięć o historii Polaków – tej godnej pochwały, jak i tej niechlubnej. I o udziale Żydów w Powstaniu Warszawskim.

dr Paweł Wieczorek

Paweł Wieczorek- doktor nauk humanistycznych. Specjalność: historia najnowsza. Współpraca: United States Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie, Żydowski Instytut Historyczny oraz Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce. Laureat konkursu Żydowskiego Instytutu Historycznego na najlepszą pracę doktorską im. M.Bałabana (2014). Uczestnik międzynarodowego projektu badawczego „Pogromy Żydów na ziemiach polskich w XIX i XX wieku” (2013- 2016). Autor artykułów i książek. Zainteresowania badawcze: stosunki polsko – żydowskie po 1945 r., żydowskie ruchy społeczne i polityczne, mniejszości narodowe i etniczne w Polsce, zimna wojna, totalitaryzm.

Opr. Anna Kilian




Fotorelacja ze spaceru varsavianistycznego „Warszawa jest moja i ja jestem jej”

Fotorelacja ze spaceru varsavianistycznego „Warszawa jest moja i ja jestem jej”

Śladami Janusza Korczaka – taki był temat trzeciego spaceru varsavianistycznego, organizowanego przez Muzeum Getta Warszawskiego 11 sierpnia.

12 sierpnia 2019

Spacery varsavianistyczne to cykliczny projekt edukacyjny Muzeum Getta Warszawskiego. Czerwcowy poświęcony był ulicy Siennej, przy której znajduje się Szpital Bersohnów i Baumanów, gdzie w 2023 roku muzeum planuje otworzyć swoją stałą ekspozycję. Na jego ogrodzeniu wiszą plansze otwartej 14 maja wystawy plenerowej muzeum – „Pocztówki z naszej okolicy. Historia ulic Siennej i Śliskiej”. Lipcowy spacer odbyliśmy przy ulicy Okopowej, gdzie znajduje się jeden z największych cmentarzy żydowskich w Europie. Spoczywa na nim około 200 tysięcy osób, m.in. działacze społeczni i polityczni oraz filantropi.

W niedzielę 11 sierpnia wyruszyliśmy w samo południe z ulicy Jaktorowskiej 6 (dawniej Krochmalnej 92), sprzed Pracowni Muzeum Warszawy-Korczakianum, dawnego budynku Domu Sierot, na trzygodzinną przechadzkę po miejscach związanych z postacią Janusza Korczaka – pisarza, pedagoga, zwolennika poszanowania praw dziecka i jego emancypacji, lekarza. Przeszliśmy ulicą Chłodną 33 – gdzie mieściła się pierwsza lokalizacja Domu Sierot w getcie – Chłodną 20 (dom Adama Czerniakowa), obok skrzyżowania Chłodnej z Żelazną (dziś jest tam instalacja Kładka Pamięci), na ulicę Waliców 14. Spacer zakończyliśmy przed Szpitalem Bersohnów i Baumanów na Siennej 60. Janusz Korczak pracował w nim jako lekarz.

O warszawskich śladach autora „Króla Maciusia Pierwszego” opowiedziała socjolog i edukatorka MGW, Jagna Kofta z działu edukacyjnego.

Zapraszamy do obejrzenia galerii zdjęć dokumentujących spacer.

Kolejny spacer varsavianistyczny już 8 września o godz. 13.30. Będzie towarzyszył wystawie „Warszawa w trzech odsłonach”.

Anna Kilian

GALERIA




Delegacja z Centrum Mashmaut w MGW

Delegacja z Centrum Mashmaut w MGW

Z inicjatywy Instytutu Polskiego w Tel Awiwie i Centrum Mashmaut w Kirjat Motzkin grupa nauczycielek, które ukończyły dwuletni kurs studiów o Holokauście, przyjechała do Polski, aby spotkać się z polskimi kolegami i podjąć dialog na temat wspólnej historii oraz omówić różnice w nauczaniu o Zagładzie w Polsce i Izraelu.

5 sierpnia 2019

Program wizyty umożliwił im odwiedzenie muzeów i innych miejsc związanych z życie żydowskim w Polsce przed II wojną światową, podczas wojny i po jej zakończeniu. Nauczycielki z Centrum Mashmaut miały okazję spotkać się z ocalałymi z Zagłady i świadkami historii, ale także przedstawicielami współczesnego życia żydowskiego w Polsce.

Grupa odwiedziła także Pałac Prezydencki, gdzie przyjął ją Sekretarz Stanu Kancelarii Polskiej Wojciech Kolarski. Złożyła także wizytę w przyszłej siedzibie Muzeum Getta Warszawskiego – dawnym Szpitalu Dziecięcym Bersohnów i Baumanów oraz w biurze MGW, w którym spotkała się z dyrektorem Muzeum, Albertem Stankowskim, rabinem Dawidem Bermanem z działu naukowego i dr Haliną Postek, kierownikiem działu edukacji.

Grupą, która odwiedziła Polskę, kierowali Lea Piterman Ganor – dyrektor Centrum Mashmaut i Julia Mackiewicz-Saban z Instytutu Polskiego.

Dr Halina Postek




„Warszawa jest moja i ja jestem jej” – spacer varsavianistyczny śladami Janusza Korczaka

„Warszawa jest moja i ja jestem jej” – spacer varsavianistyczny śladami Janusza Korczaka

Muzeum Getta Warszawskiego zaprasza na trzecią przechadzkę z cyklu comiesięcznych, edukacyjnych spacerów varsavianistycznych. W niedzielę 11 sierpnia spotykamy się na ul. Jaktorowskiej

1 sierpnia 2019

„…kocham Wisłę warszawską i oderwany od Warszawy odczuwam żrącą tęsknotę. Warszawa jest moja i ja jestem jej. Powiem więcej: jestem nią”. Tak pisał o swoim ukochanym mieście Janusz Korczak w 1942 roku, w „Pamiętniku” pisanym w getcie warszawskim w ciągu ostatnich trzech miesięcy życia.

Ten wybitny pedagog, zwolennik poszanowania praw dziecka i jego emancypacji, lekarz i pisarz, pracował i poszerzał swoją wiedzę na Dalekim Wschodzie, w Berlinie, Londynie, Paryżu, Palestynie, Szwajcarii, ale nigdy nie zdecydował się zamieszkać poza granicami Polski.

Życie Janusza Korczaka związane było głównie z Warszawą – to tu urodził się, zdobywał doświadczenia szkolne, studiował medycynę na Wydziale Lekarskim Cesarskiego Uniwersytetu w Warszawie. Pracował jako pediatra w Szpitalu Dziecięcym Bersohnów i Baumanów przy ulicy Siennej 60 – docelowej siedzibie Muzeum Getta Warszawskiego. Pisał do warszawskich czasopism – „Kolców”, „Czytelni dla wszystkich”, „Głosów”, tu były wydawane jego książki, m.in. „Król Maciuś Pierwszy”, „Bankructwo małego Dżeka”, „Kajtuś Czarodziej”. W siedzibie Polskiego Radia przy ul. Zielnej 25 miał audycje dla dzieci – „Gadaninki”. W latach 1912 – 42 prowadził nowatorski program wychowawczy, w założonym razem ze Stefanią Wilczyńską, Domu Sierot dla dzieci żydowskich przy ul. Krochmalnej 92 (dziś ul. Jaktorowska), przeniesionym do getta na ul. Chłodną 33, a w końcu na Sienną 16. To stamtąd wyruszył razem z dziećmi – podczas Wielkiej Akcji – 5 sierpnia na Umschlagplatz, skąd wraz z innymi został wywieziony do obozu zagłady w Treblince.

Podczas spaceru odwiedzimy miejsca związane z warszawskimi losami Janusza Korczaka.

Swoją wiedzą na temat wybitnego pedagoga podzieli się Jagna Kofta – pracowniczka działu edukacji Muzeum Getta Warszawskiego i przewodniczka po Warszawie.

Miejsce zbiórki uczestników spaceru to dawny budynek Domu Sierot, a współcześnie Pracownia Muzeum Warszawy-Korczakianum, przy ul. Jaktorowskiej 6 – 11 sierpnia o godzinie 12.00.

Anna Kilian




Film upamiętnia, utrwala, opowiada historie i staje się ich świadkiem

Film upamiętnia, utrwala, opowiada historie i staje się ich świadkiem

O znalezionym na strychu bezcennym materiale filmowym nakręconym w warszawskim getcie przez mistrza motocyklowego, byciu „słoikiem” z Kanady i poczuciu, że ma się pod stopami cały świat rozmawiamy z Erikiem Bednarskim, autorem dokumentu „Warszawa: miasto podzielone”

31 lipca 2019

Odnalezienie przez pana materiałów archiwalnych o wielkim znaczeniu – nieznanego wcześniej filmu nakręconego w warszawskim getcie przez Alfonsa Ziółkowskiego – to marzenie każdego historyka, zwłaszcza historyka dzielnicy zamkniętej w Warszawie. Bez szczęśliwego splotu okoliczności i posiadanych przez pana kontaktów nie byłoby to możliwe – nadal spoczywałyby zapomniane na strychu…

To prawda. Akurat wtedy ukończyłem szkołę filmową i zacząłem się interesować okupacyjną historią Polski, Warszawy, a także wspólnymi losami Polaków i Żydów. Byłem bardzo zaskoczony, kiedy dotarłem do materiałów Ziółkowskiego. Zastanawiałem się: dlaczego ja? Chyba tak właśnie miało być.

Czy sam dokonał pan rekonstrukcji filmu, nakręconego na taśmie 8 mm?

Tak. Był bardzo zniszczony. Musiałem go wyczyścić i zrekonstruować cyfrowo. Jak dobrze się to udało, widać gdy porównamy obie wersje. Na oczyszczonej nie ma rys i brudu, widać więcej szczegółów.

Odnoszę wrażenie, że kiedy mamy do czynienia ze zrekonstruowaną wersją obrazu, to zmniejsza się nasz dystans do opowiadanej historii. Wszystko wygląda wówczas tak, jakby wydarzyło się niedawno, a nie w odległych czasach… Zwłaszcza kiedy taśma jest kolorowa.

Zgadzam się.

Na zdjęciu kadr z filmu

Jakie odczucia towarzyszyły panu podczas oglądania taśmy Ziółkowskiego po raz pierwszy?

Nie wiedziałam wówczas zbyt wiele o warszawskim getcie. Nie znałem historii cmentarza żydowskiego na ulicy Okopowej. Sądziłem, że uległ kompletnemu zniszczeniu. Byłem zdziwiony, że jest on właściwie w nienaruszonym stanie – tyle że bardzo zarośnięty. Po spotkaniach z ekspertami i Ocalonymi z Holokaustu zorientowałem się, że materiał filmowy Ziółkowskiego jest bardzo cenny, unikalny. Gdy oglądałem go po raz pierwszy, byłem bardzo przejęty. Tak jak inni, którzy go potem obejrzeli razem ze mną. Czułem, że spoczywa na mnie ogromna odpowiedzialność.

Taki materiał to spełnienie marzeń dla dokumentalisty.

Tak. Oczywiście, jego tematyka jest bardzo tragiczna, bolesna. Cały czas noszę ją w sobie. Wyjątkowość materiału Ziółkowskiego bierze się stąd, że nie został on nakręcony przez niemieckich nazistów do celów propagandowych. Powstał on pomiędzy marcem a listopadem 1941 roku, o czym zaświadcza numer i trasa tramwaju, który widzimy w jednej ze scen.

Na zdjęciu kadr z filmu

To, co zazwyczaj zadziwia ludzi nieobeznanych ze zdjęciami czy materiałami propagandowymi z getta, to jego zatłoczenie. W granicach tego największego w Europie więzienia zostało zamkniętych niemal pół miliona ludzi. Na taśmie Ziółkowskiego widzimy te maszerujące w różnych kierunkach ludzkie masy.

Tak. To robi ogromne wrażenie.

Na taśmie Ziółkowskiego widzimy, okładane przez policjanta, dzieci szmuglujące – chyba – pory do getta…

To prawdopodobnie rabarbar. Dla mnie ta scena była najtrudniejsza do oglądania, najmocniejsza, najbardziej poruszająca i szokująca. Niewinne dziecko bite przez brutalnego, granatowego policjanta za to, że chce pomóc swojej głodującej rodzinie, widok krwi płynącej mu po twarzy… Dziecięcy szmugiel stanowił, oczywiście, niewielki procent całego szmuglu, który odbywał się w getcie. Pod nosem często odpowiednio opłacanej policji.

Na zdjęciu kadr z filmu

Kiedy przyjechał pan do Warszawy po obejrzeniu filmu, czy był pan zaszokowany widząc, że przedwojennej i wojennej stolicy już nie ma? Współczesna Warszawa w ogóle nie przypomina tej sprzed, powiedzmy, 80 lat. To zupełnie inne miasto…

Muszę powiedzieć, że wielokrotnie przyjeżdżałem do Warszawy wcześniej. Przeprowadziłem się tutaj w związku z filmem, ale tu, już przed wojną, żyła moja rodzina. Nie byłem więc aż tak bardzo zaskoczony współczesnym obrazem miasta. Wiedziałem, że teren getta został zrównany z ziemią, więc to, co było dla mnie niespodzianką to ślady, które jeszcze po nim zostały – fragment muru, kamienica na ulicy Waliców, czy cmentarz przy Okopowej z dziesiątkami tysięcy grobów. Będąc tam ma się wrażenie, że mamy pod stopami cały świat. Wszyscy pochowani tam ludzie mieli rodziny, wykonywali różne zawody i przede wszystkim byli warszawiakami. Kiedy jest się na Muranowie, można próbować sobie wyobrazić, co tam było wcześniej, ale tego już nie ma. Poszedłem na skrzyżowanie Chłodnej z Żelazną i przeżyłem szok widząc, że wszystko wygląda niemal tak, jak na archiwalnym filmie. Duże wrażenie robią na mnie także, ilekroć je widzę, pomniki granic getta wbudowane w chodniki, przypominające, którędy biegły gettowe mury. Połowę filmu zmontowaliśmy w kamienicy, w której mieszkał Adam Czerniaków. Podsumowując, największe wrażenie zrobiły na mnie resztki getta – które w swojej początkowej fazie było tak rozległe – pozostałości dawnej Warszawy. To wzrusza mnie najbardziej.

Zainteresowanie architekturą ma pan w genach. Pana ojciec jest architektem.

Tak i dlatego mój film tak bardzo się do niej odnosi. To dokument składający się z warstw. Jedną stanowi materiał archiwalny, drugą wypowiedzi Ocalonych, trzecią sama Warszawa. To film o mieście i decyzjach podejmowanych o nim w dramatycznych okolicznościach. Mam tu na myśli administrację i biurokrację nazistowską i jej działania, pozostające bez precedensu w historii. Weźmy na przykład „Gęsiówkę” (Waffen-SS Konzentrationslager Warschau – przyp. red.), która była obozem koncentracyjnym, obozem pracy w sercu miasta, założonym po stłumieniu powstania w getcie. To nie zdarzyło się nigdzie indziej na świecie.

Warszawa była przed wojną miastem zamieszkałym w jednej trzeciej przez Polaków żydowskiego pochodzenia. Ta kultura była tak żywotna, tak barwna, tyle wniosła do wspólnego, polsko-żydowskiego życia… A teraz tak wiele ludzi o tym nie pamięta, nie interesuje ich to, nie obchodzi…

Nie obchodzi ich to, a może o tym nie wiedzą? Myślę, że winna jest temu stanowi rzeczy niewiedza. Wielu ludzi mieszkających w Warszawie nie jest warszawiakami. Kiedy zamieszkałem w Warszawie, nic o niej nie wiedziałem. Dostrzegam dużą różnicę pod względem wiedzy o tym mieście między ludźmi z rodzin, mieszkających w Warszawie od pokoleń, a przyjezdnymi. Sam jestem „słoikiem” z Kanady. Na szczęście, niektórzy z takich ludzi mają ogromną ochotę, aby poznać historię, by czegoś się dowiedzieć.

Czy trudno było panu znaleźć Ocalonych, by wzięli udział w filmie? Czy najpierw skontaktował się pan z gminą żydowską?

Tak. Na świecie żyje już niewielu Ocalonych. Udało mi się nawiązać kontakt z niektórymi z nich i spotkać się z tymi niezwykłymi ludźmi osobiście. Jedna osoba, którą widzimy w filmie, Israel Gutman, już nie żyje (historyk, bojownik ŻOB, uczestnik powstania w getcie, świadek w procesie Adolfa Eichmanna – przyp. red.). Przeprowadziłem z nim w Warszawie niesamowitą rozmowę. Po wojnie wyjechał z Polski do Izraela. Najważniejsze były dla mnie osoby wciąż mieszkające w Warszawie – jak Krystyna Budnicka i Agata Bołdok – urodzone i wychowane tutaj, które przetrwały getto, II wojnę światową i rok 1968 i których przodkowie spoczywają na cmentarzu przy ulicy Okopowej. To dla mnie bardzo ważne, nawet jeśli ich losy to tylko kropla w morzu żydowskiej historii.

Jak upamiętniać ludzi, którzy tak niemal całkowicie zniknęli z mapy miasta? Kiedy nie ma już nawet budynków, w których mieszkali, nie ma ich ścian, nie zostało prawie nic…

To dobre pytanie. Myślę, że ludzie wciąż głowią się nad odpowiedzią.

Sądzę, że takiemu zadaniu mogą próbować sprostać filmowcy.

Film sam w sobie upamiętnia, utrwala, opowiada historie, staje się ich świadkiem. Dziesięciominutowy materiał Ziółkowskiego sprawia, że zaczynamy myśleć o czasach, które utrwalił, o ludziach, których na nim widzimy.

Czy wróci pan do tematyki związanej z II wojną światową w którymś z pana najbliższych projektów?

Mieszkam w Warszawie, więc myślę o II wojnie światowej codziennie. Wystarczy, że rano odsłonię okno, a widzę w murze kamienicy naprzeciwko dziury po kulach z powstania warszawskiego. Dlatego w mojej pracy dokumentalisty potrzebuję odpoczynku od tej tematyki.

Rozmawiała Anna Kilian




Smak gettowego życia 12

Smak gettowego życia 12. Cukiernia Adama Bojmowicza – Leszno 54

Zapraszamy do lektury kolejnego felietonu Agnieszki Witkowskiej-Krych z cyklu zatytułowanego „Z życia w getcie”, w którym autorka przybliża m.in. kwestie wyżywienia mieszkańców getta, działalność doraźnie organizowanych punktów dożywiania przeznaczonych dla głodujących mieszkańców oraz kuchni dedykowanych dzieciom i niemowlętom, Transferstelle.

26 lipca 2019

Autorka opowiada o gmachach Sądów, będących punktem przerzutowym dla szmuglujących żywność, zabiegach Janusza Korczaka o pomoc dla Głównego Domu Schronienia, tzw. komitetach domowych, o ludziach i instytucjach, które musiały zmierzyć się z zadaniem niemal niewykonalnym: wykarmienia i uchronienia od śmierci głodowej. Felietony publikujemy na naszej stronie internetowej co tydzień. Zapraszamy do tej niełatwej, opartej na różnorodnej i solidnej bazie źródłowej, lektury.

Urodzony w Warszawie Bogdan (Dawid) Wojdowski, który jako nastolatek trafił do warszawskiego getta, w przejmującej, opartej na faktach i własnych przeżyciach powieści Chleb rzucony umarłym kreśli obraz głodu towarzyszący mieszkańcom dzielnicy zamkniętej: „Pierwsze dni głodu najgorsze, potem już można wytrzymać. Najpierw przychodzi znużenie, ciążą ręce i nogi, każde słowo urasta do bolesnego zgiełku w uszach. Barwy nie cieszą oczu, a światło je rani. (…) Ciągle pić się chce, schną spękane usta. Szczęki zaciskają się same i odzywa się ból za uszami na widok cynowej łyżki porzuconej na stole. Wtedy zaczynają się myśli o jedzeniu, straszne, wyczerpujące rojenia. Żołądek pracuje jak syfon. Wystarczy mu myśl o kawałku brukwi i już zęby rozdzierają z chrzęstem włóknistą miazgę, a sok słabo przypominający czarną rzepę, łagodniejszy w smaku i słodkawy, spływa do gardła i zwilża spuchnięty język, zostawiając w ustach cierpki osad. (…) Od brukwi myśl się odrywa i buja wysoko. — Kiedy przywiozą ten chleb?” (1971, s. 24-25).

Chleb – obiekt pożądania dziesiątek, setek tysięcy ludzi stłoczonych na niewielkim obszarze wydzielonym z tzw. Dzielnicy Północnej. Ludzi, których ogromna większość zmarła z głodu, chorób, wycieńczenia, w trakcie akcji wysiedleńczych i w obozie zagłady w Treblince. Żywność: w getcie obok pożądających chleba i marzących o brukwi byli i tacy, którzy stołowali się w kawiarni „L’Ourse”, a w „Gazecie Żydowskiej” z 1 sierpnia 1941 informowano, że w kuchni przy ulicy Leszno 11 „rozprowadzone zostaną cukierki dla dorosłych oraz dodatkowo dla dzieci o masie 50 gram”. Nie zmienia to jednak ogólnego obrazu miejsca, w którym zdobycie żywności było sprawą ogromnej wagi – warunkującą, choć nie gwarantującą przetrwania.

W cyklu felietonów Agnieszki Witkowskiej-Krych zatytułowanych „Z życia w getcie” chcemy przybliżyć kwestie wyżywienia mieszkańców getta: działalność doraźnie organizowanych punktów dożywiania przeznaczonych dla głodujących mieszkańców oraz kuchni dedykowanych dzieciom i niemowlętom, Transferstelle. Autorka opowiada o gmachach Sądów, będących punktem przerzutowym dla szmuglujących żywność, zabiegach Janusza Korczaka o pomoc dla Głównego Domu Schronienia, tzw. komitetach domowych, o ludziach i instytucjach, które musiały zmierzyć się z zadaniem niemal niewykonalnym: wykarmienia i uchronienia od śmierci głodowej.

Felietony publikujemy na naszej stronie internetowej co tydzień. Zapraszamy do tej niełatwej, opartej na różnorodnej i solidnej bazie źródłowej, lektury.

Prof. Konrad Zieliński, kierownik działu naukowo-badawczego Muzeum Getta Warszawskiego

Cukiernia Adama Bojmowicza – Leszno 54

Poza najbardziej znanymi kawiarniami i restauracjami, przy ulicy Leszno działała również kawiarnia Adama Bojmowicza. Przed wojną jej główna siedziba znajdowała się przy Placu Żelaznej Bramy 3, jej filia zaś przy ulicy Długiej 50, w pasażu Simonsa. W getcie otworzyła swoją siedzibę pod adresem Leszno 54, co zostało nawet publicznie ogłoszone na łamach koncesjonowanej przez Niemców „Gazety Żydowskiej” w lutym 1941 roku. Znane ze swojej jakości wyroby Bojmowicza prawdopodobnie szybko znalazły nabywców. Niestety, ta ciągnąca się jeszcze od przed wojny sława bywała zgubna. Pisał o tym Stanisław Różycki, wspominając istniejące w getcie warszawskim mniej lub bardziej udane próby podrabiania żywności: „Chleb fałszują talkiem, aby był biały, bułki sacharyną, aby były słodkie. Ciastka <<Bomowicza>> dyskontują popularność firmy <<Bojmowicz>>. Tytoń to krajane liście domowego wyrobu, nierzadko zmieszane z sianem. Niedawno wypuszczono serki żółte w żółtym, trójkątnym opakowaniu. Dosyć smaczne. Po tygodniu ukazały się falsyfikaty tych samych serków, imitujące pod względem zewnętrznym, a ordynarne w smaku i szkodliwe dla zdrowia” (Stanisław Różycki, Zbiór relacji pt. „Obrazki uliczne getta”, w: Archiwum Ringelbluma. Getto warszawskie, t. V, Warszawa 2011, s. 26).

Być może do tej właśnie cukierni trafiła znajoma Różyckiego, Frania, która otrzymawszy od matki pieniądze, postanowiła wydać je na jakiś słodki drobiazg. Różycki pisze o niej: „Już dwie godziny kręci się po Lesznie, przytyka nos do każdej wystawy sklepu spożywczego, nie może zdecydować się, co sobie kupić [….] Wreszcie śmiałym krokiem decyduje się, wchodzi do sklepu i kupuje maślaną słodką bułeczkę. Na tę rezolutną decyzję wpłynęło rozumowanie, iż taka bułeczka jest i słodka, i duża. Frania jest głodna i zmęczona, wychodzi ze sklepu i w drzwiach już przykłada łapczywie bułeczkę do ust. Wtem dobiega do niej wygłodniały obdartus, żebrak kilkunastoletni, cień człowieka, pożądliwie i bestialsko wytrąca jej bułkę, ledwo nadkąsaną i natychmiast ją pochłania. Nie dba o to, że już tworzy się dookoła niego zbiegowisko, że już padają na niego pociski pięści i lasek, zakrywa tylko usta, jakby się bał, że ktoś może mu wydrzeć bułkę z ust czy z zachłannego, wiecznie głodnego żołądka. Upada na ziemię, razy padają na niego ze wszystkich stron, chłopiec już ma całą twarz zalaną krwią, ale nie stęknie, nie krzyknie z bólu, w milczeniu, bez walki, bez obrony poddaje się mściwym ciosom ulicy, odprawiającej instynktownie i żywiołowo samosąd nad obdartym, wynędzniałym, bezdomnym i umierającym z głodu chłopakiem. A Frania, zalana łzami, patrzy trwożliwie na ten codzienny i powszechny obrazek uliczny. Nie płacze z powodu utraty bułki, zapomniała już o swoich marzeniach, choć słodki posmak sacharynowej bułki miesza się z goryczą łez. Nie, nie żałuje wcale tej bułki. Ale jej krzywdziciel – nie od razu poznała – to dawny, przedwojenny znajomy i sąsiad z Nowolipek. Pamięta dobrze jego piękne wielkie oczy, łagodny uśmiech i melodyjny głos, który zawsze ją fascynował. Był piękny, dobrze się uczył w szkole, zawsze jej wszystkim imponował. Tak, to Josek Kapusta, jej największa sympatia, o której nigdy nie zapomniała, a teraz biedny leży na ziemi zdeptany, skopany, opluty, sponiewierany, obrzucony obelgami i wyzwiskami” (Stanisław Różycki, Zbiór relacji pt. „Obrazki uliczne z getta warszawskiego”, w: Archiwum Ringelbluma. Getto warszawskie, t. V, Warszawa 2011, s. 35).

Obecność chaperów, zwanych też łapaczami lub chapaczami, czyli ulicznych złodziei specjalizujących się w wyrywaniu przechodniom paczek z jedzeniem, była w getcie na porządku dziennym. Zdeklasowani, wygłodniali ludzie szukali wszelkich sposobów zdobycia jakichkolwiek rzeczy nadających się do spożycia. Ich desperacja dotykała tak indywidualnych przechodniów niosących przy sobie jakieś paczki, jak i ulicznych sprzedawców, czy nawet właścicieli sklepów, na których wystawach prezentowany był asortyment spożywczy. Chcąc uchronić się przed atakiem chapera, przyciskano zakupiony towar do ciała, zaś uliczne stragany zabezpieczano na przykład metalową siatką.

Agnieszka Witkowska-Krych – antropolożka kultury, hebraistka, socjolożka, w ostatnich latach kustoszka w Muzeum Warszawy, badaczka życia i spuścizny Janusza Korczaka, współpracowniczka Fundacji Forum Dialogu i Centrum Kultury Jidysz, autorka tekstów o „sprawach ostatnich” – ostatniej drodze Korczaka i jego podopiecznych, ostatnim przedstawieniu wychowanków żydowskiego Domu Sierot i ostatnich zapiskach w Korczakowskim Pamiętniku.

Opr. Anna Kilian




„Wielka Akcja” (22 lipca 1942 – 21 września 1942) – część trzecia

„Wielka Akcja” (22 lipca 1942 – 21 września 1942) – część trzecia felietonu

„Władze hitlerowskie plany wyniszczenia europejskich Żydów zaczęły realizować od połowy 1941 roku, wraz z wkroczeniem wojsk niemieckich na tereny ZSRR. Jeżeli działania podjęte wówczas przez Einsatzgruppen uznać za pierwszy etap eksterminacji, zaś wszczęte dziewięć miesięcy później („Akcja Reinhardt”) potraktować jako jego eskalację, to likwidację getta warszawskiego – realizowaną od 22 lipca do 21 września 1942 roku pod nazwą „Wielka Akcja” – należy uznać za dopełnienie ludobójczych planów. Wszystkie w ramach „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Zapraszamy do lektury trzeciej i ostatniej części felietonu dr. Pawła Wieczorka, poświęconego 77. rocznicy Wielkiej Akcji.

24 lipca 2019

(…) Ofiarami Wielkiej Akcji – symbolicznie ostatnimi – stali się żydowscy policjanci. W czasie gdy ruszyła, cztery grupy Żydów – rikszarze, woźnice, grabarze i policjanci – uchodziły za nietykalne. Ze względów praktycznych: bezpośredniego zaangażowania. Wszyscy musieli wykonywać czynności narzucone przez niemieckie władze. Wielu w swej nadgorliwości wykraczało poza obowiązki. Najaktywniejsi byli żydowscy policjanci. Prawie wszyscy służący wówczas w ŻSP (ok. 1,5 tysiąca osób) zostali skierowani bezpośrednio do realizacji niemieckich planów. Oskarżani o służalczość, w swych działaniach szybko upodabniali się do Niemców. Byli bezlitośni wobec obcych i tak samo znajomych. Odporni na widok mordów dokonywanych na ich oczach. Być może wierzyli w swoją wyjątkowość. Czy częsta bezduszność, nierzadka chciwość i na trwałe wpisana w ich rolę przekupność były pochodną wyrachowania, determinacji czy nadziei, nie wiadomo. Jedno było pewne: do samego końca wierzyli i oczekiwali, że za służbę oni i ich najbliżsi przetrwają najgorsze czasy. Za najwyższą cenę: życie innych.

Szczególną aktywnością wyróżniali się ci z nich, którzy nabrali doświadczenia w trakcie łapanek ludzi wysyłanych do obozów pracy lub blokad sanitarnych. Przez pierwszy tydzień (22-28 lipca) samodzielnie przeprowadzali blokady, a po nich odprowadzali na Umschlagplatz ofiary – swoich współbraci. Ze względu na słabą skuteczność, dowództwo SS – odgórnie nadzorujące akcję likwidacyjną – zadecydowało przejąć inicjatywę. Podział ról w nowym „rozdaniu” był proporcjonalnie odwrotny od liczby zaangażowanych. Od końca lipca – zarejestrowano w dokumencie „Likwidacja żydowskiej Warszawy” – każdą akcją z osobna dowodziły najmniejsze (liczące od dziesięciu do dwudziestu osób), za to wszechwładne grupy SS-manów. Poniżej w hierarchii mieściły się oddziały etniczne, w skład których wchodziło od 50 do 100 żołnierzy (Ukraińcy, Litwini i Łotysze). Na najniższym poziomie mieściła się grupa 250-350 żydowskich policjantów. Jako że wywodzili się z tego samego środowiska, tym łatwiej mogli odkryć kryjówkę. Powszechna była „opinia getta”, że byli wszechobecni. Po przeciwnej stronie była prawie półmilionowa „żydowska masa”: „Ulice getta były miejscem polowań – zeznawał jeden z rikszarzy – a ludzie zwierzyną”. Abraham Lewin stwierdził, że ludzi służących w ŻSP uznawano za największe zagrożenie: „Słyszę gwizd żydowskich policjantów i odgłosy Żydów biegnących w poszukiwaniu kryjówek”. Szymon Huberband przebywał wówczas w kryjówce: „Byliśmy tu bezpieczni przed polskimi i niemieckimi policjantami, ale nie przed żydowskimi”.

Ludzie z konspiracyjnego Oneg Szabat kilka tygodni po zakończeniu Wielkiej Akcji opisali przebieg blokad. Wybrany budynek, fragment ulicy, kwartał był otaczany przez uzbrojone oddziały etniczne. Do gmachu, do każdego pomieszczenia wdzierali się służbiści ŻSP. Za pomocą gumowych pałek spędzali wszystkich ludzi na podwórze: „Przy domach stały zbiornice – wozy ogrodzone ze wszystkich stron deskami. Na te wozy załadowywano zarówno ofiary opierające się, jak i zrezygnowane”. Żydowscy policjanci bardzo często „szli środkiem ulicy w postaci szeroko rozwartej litery V, która otwartym kątem była zwrócona w kierunku ruchu. Poszczególne człony litery powiązane zostały pałkami, tak, żeby nie można się było wydostać” (Henryk Makower).

Od 6 sierpnia – dnia przymusowej przeprowadzki żydowskich policjantów wraz z najbliższymi krewnymi – funkcjonować zaczął tzw. „blok policyjny”, miejsce skupiające „wybrańców”. O ile ci pierwsi byli świadomi współudziału w zbrodni, o tyle ich krewni, przynajmniej tymczasowo, mogli funkcjonować w alternatywnej rzeczywistości. Jedną z takich osób była Janina David: „Blokady wciąż trwały a ja stanowczo odcięłam się mentalnie od wszystkiego, co widziało się na zewnątrz”. Podobnie tą jakże umowną „strefę bezpieczeństwa” traktowała Halina Birenbaum, mówiąc o mechanizmie samoobrony: „Przestało nas obchodzić to, co działo się poza obrębem bloku policyjnego, stał się nam obojętny los dziesiątków tysięcy ludzi. [Pomimo, że] dochodziły do nas stale krew w żyłach mrożące opowieści przynoszone przez naocznych świadków: policjantów żydowskich, którzy parali się tam brudną robotą”.

Nierzadko „brudna robota” dawała licznym żydowskim policjantom wymierne korzyści. Albo inaczej: nielicznym spośród zapędzonych na Umschlagplatz udawało się – niekiedy wielokrotnie – wykupić swoje życie. U policjantów właśnie. Zresztą nie była to jedyna – choćby tymczasowa – forma bogacenia się. Choć do obowiązków funkcjonariuszy ŻSP należało pilnowanie „majątków” pozostawionych przez Żydów deportowanych do Treblinki, zaś za szabrownictwo groziła kara śmierci, to wielu i tak podejmowało to ryzyko. Geipel, którego rozkazy wykonywali policjanci, często lubił zadawać im ironiczne w tonie pytanie: „Ile dzisiaj zarobiliście na łapankach?”. Żydowskim policjantom zdarzało się niekiedy zapłacić najwyższą cenę. Czy za zachłanność, czy za darowanie współbraciom życia, ich samych czekała kara. Szef ŻSP, Józef Szmerling, miał zwyczaj wyrzucać z „pracy” tych, którzy zwalniali Żydów z Umschlagplatzu. Niewiele później więc oni sami – już „byli” policjanci – wracali na Umschlag, tylko w diametralnie innej roli.

Na przełomie 5 i 6 września akcja likwidacyjna warszawskiego getta dobiegała już końca, tym samym tracił sens dalszy byt ŻSP. Tak jak przez ostatnie siedem tygodni traktowana była żydowska ludność cywilna, tak samo tej nocy przeprowadzony został „kocioł” w rewirze policyjnym. Niemcy przyznali ŻSP pięćset „numerków życia”, z czego połowa przeznaczona była dla funkcjonariuszy, reszta – dla ich krewnych. Puterman wspominał: „Jakiś głos wołał bez przerwy funkcjonariuszy z numerami życia. Lejkin szedł środkiem ulicy, z boków atakowali go policjanci błagając o numery dla żon, dla dzieci. Lejkin opędzał się pałką jak od sfory psów. Policjanci przyjmowali razy, ale nie ustawali w zabiegach”. Ringelblum tak podsumował efekty łapanki na niedawnych „łowcach”: „Pozostało trzystu, najgorsi łapownicy”. Niektórym ekspolicjantom udało się przetrwać – zostali robotnikami w Warszawie. Niektórzy zostali zesłani na Majdanek. Zdecydowana większość nie miała takiego „szczęścia”. Zostali wywiezieni do Treblinki.

Czy cena, jaką zapłacili funkcjonariusze ŻSP za współpracę z Niemcami była wysoka? Do połowy 1942 roku żydowskie społeczeństwo traktowało ich z niechęcią, która w trakcie Wielkiej Akcji przerodziła się w nienawiść. Świadkowie wrześniowej łapanki z satysfakcją potraktowali ich nieszczęście: „[Była] to zapłata za ich straszne postępowanie z warszawskimi Żydami” (Abraham Lewin). Inny nie szczędził pogardy podpartej emocjami, opowiadając o ostatecznym kresie ŻSP: „Trzeba było widzieć, jak też ci »bohaterowie« wyglądali goniąc wraz z pozostałymi nieszczęśnikami. Były to przestraszone psy, żałosne, brudne – nie psy w zasadzie, ale gnidy, które pełzają na czworaka, kryją się na strychach i w piwnicach – w rozgrabionych wcześniej przez samych siebie mieszkaniach” (Jehoszua Perle). A Niemcy? Gardzili dotychczasowymi współpracownikami – wpierw za to, że nie podlegali wysiedleniu, a potem – bo byli tylko Żydami. Tym samym bezwzględnie trzeba było ich wysiedlić i zlikwidować.

Dzielnica żydowska po Wielkiej Akcji przestała pełnić swe dotychczasowe (bardzo umowne) funkcje – miejsca zamieszkania i pracy. Przestała „trwać”. Po Wielkiej Akcji obszar getta stał się opustoszałym gruzowiskiem. Dla tych, którzy pozostali, miejscem egzystencji, a jednocześnie niewolniczej pracy. „Pozostały domy wymarłe lub konające, ulice pełne zasieków z drutu kolczastego, parkany drewniane oddzielające poszczególne bloki mieszkalne, obryzgane krwią kamienie bruku, dym unoszący się z tlejących i dogorywających ognisk ulicznych, ostra woń spalenizny – nadają właściwy koloryt temu miastu śmierci” (Oneg Szabat). Przede wszystkim jednak – podkreślono – cechą charakterystyczną tej części Warszawy był… brak ludzi. O takich wrażeniach napisał Natan Żelichower: „Wychodzę na ulicę. Niezapomniana to chwila i niezapomniany, nie dający się niczym zatrzeć widok. Przerażone, wychudzone, zmasakrowane twarze pomordowanych – i równie ciche, równie przerażone twarze żywych, przemykających pod ścianami domów”.

Wśród Żydów, którzy żyli w warszawskim getcie i mimo wszystko przetrwali, w nieskończoność zadawano jedno tylko pytanie: dlaczego? Bez żadnego oporu ze strony Żydów udało się garstce Niemców aktywnie wspieranych przez Ukraińców, Litwinów i Łotyszy, tak łatwo i gładko, bez bodaj ani jednej ofiary, posłać ponad 300 tysięcy Żydów jak owce na rzeź. Dlaczego? „Nie przychodził z zewnątrz żaden ratunek, nikt nie protestował. Żaden głos oburzenia nie przedarł się przez fale eteru do nasłuchującego getta warszawskiego, ani z Londynu, ani z Waszyngtonu, ani z Watykanu?”. Ile pytań, tyle było odpowiedzi. Bo byliśmy – odpowiadali na nie ci, którzy przetrwali – zbyt słabi, absolutnie nieprzygotowani, niespodziewanie zaskoczeni, aż nadto ulegli, tak oszukani, zbyt chorzy, zbyt starzy, zbyt młodzi, bo były dzieci, bo kobiety… Wszyscy bezsilni. Wszyscy skazani: „Bo byliśmy Żydami”.

Polacy, szczególnie mieszkańcy Warszawy, byli w pełni świadomi tego, co się działo latem 1942 roku za murami, w getcie. Gdy Wielka Akcja dobiegała końca, w „Biuletynie” AK donoszono: „Obok tragedii przeżywanej przez społeczeństwo polskie, dziesiątkowane przez wroga, trwa na naszych ziemiach od roku blisko potworna planowa rzeź Żydów. Masowy ten mord nie znajduje przykładu w dziejach świata, bledną przy nim wszelkie znane z historii okrucieństwa”. Działacze Frontu Odrodzenia Polski bardzo surowo ocenili obojętność – częstą postawę wielu Polaków – uznając, że przez to stali się „Piłatami umywającymi ręce”. Takie brzmienie dowodziło, że przynajmniej część Polaków zdawała sobie sprawę z tragedii, jaka dotykała ich współobywateli – Żydów polskich.

W polemikę wdawali się także zwolennicy antyżydowskich działań niemieckich. W treściach niektórych prawicowych pism polskiego podziemia zarzucano okupantowi zbyt łagodne traktowanie Żydów. Za jeden z przykładów takiej postawy posłużyć mogą treści artykułu wytworzonego przez aktywistów „Antykomunistycznej Agencji” (organizacji wywiadowczej związanej z Delegaturą Rządu RP na Kraj). Z oburzeniem stwierdzono, że Polacy nie powinni ratować »bachorów żydowskich« i »kudłatych Beniaminków«. Otwarcie uzasadniano, że likwidacja getta to interes ważny dla przyszłej Polski: wymaga fizycznego zniszczenia żydowskiego komunizmu, żydowskiego ruchu oporu i żydowskiego proletariatu. Dlatego zagładę Żydów potraktowali jako »zjawisko pozytywne«. Otwartym więc – przy jakże odmiennych poglądach i postawie Polaków – pozostaje pytanie: dlaczego… ?

dr Paweł Wieczorek

Paweł Wieczorek- doktor nauk humanistycznych. Specjalność: historia najnowsza. Współpraca: United States Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie, Żydowski Instytut Historyczny oraz Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce. Laureat konkursu Żydowskiego Instytutu Historycznego na najlepszą pracę doktorską im. M.Bałabana (2014). Uczestnik międzynarodowego projektu badawczego „Pogromy Żydów na ziemiach polskich w XIX i XX wieku” (2013- 2016). Autor artykułów i książek. Zainteresowania badawcze: stosunki polsko – żydowskie po 1945 r., żydowskie ruchy społeczne i polityczne, mniejszości narodowe i etniczne w Polsce, zimna wojna, totalitaryzm.

Opr. Anna Kilian




„Wielka Akcja” (22 lipca 1942 – 21 września 1942) – część 2

„Wielka Akcja” (22 lipca 1942 – 21 września 1942) – część druga felietonu

„Władze hitlerowskie plany wyniszczenia europejskich Żydów zaczęły realizować od połowy 1941 roku, wraz z wkroczeniem wojsk niemieckich na tereny ZSRR. Jeżeli działania podjęte wówczas przez Einsatzgruppen uznać za pierwszy etap eksterminacji, zaś wszczęte dziewięć miesięcy później („Akcja Reinhardt”) potraktować jako jego eskalację, to likwidację getta warszawskiego – realizowaną od 22 lipca do 21 września 1942 roku pod nazwą „Wielka Akcja” – należy uznać za dopełnienie ludobójczych planów. Wszystkie w ramach „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Zapraszamy do lektury drugiej części felietonu dr. Pawła Wieczorka, poświęconego 77. rocznicy Wielkiej Akcji.

23 lipca 2019

(…) Potem ofiarą Wielkiej Akcji mógł stać się prawie każdy. Czyli większość. Do warszawskich Żydów docierały – choćby cząstkowe – wiadomości o faktycznym celu działań okupanta. Czy w samoobronie…?, starali się nie dopuszczać myśli, by to oni właśnie zostali – zaocznie – skazani na zagładę. W „przeddzień” nadchodzącej tragedii Niemcy starali się podtrzymywać ofiary w poczuciu niepewności. Na przemian więc demonstrowali swą siłę: organizowali łapanki i dokonywali mordów na przedstawicielach wybranych grup żydowskich, czy też demonstrowali – jakże pozorną – przychylność wobec Żydów, zezwolili na uruchomienie szkół, pochlebnie wyrażali się o pracy robotników żydowskich, zaś Judenrat zapewniali, że gettu nie grozi likwidacja.

Im większa była niepewność jutra, tym łatwiej okupantowi było manipulować tą zamkniętą, odizolowaną od świata zewnętrznego zbiorowością. Głos osób, które mówiły, że jedyną alternatywę stanowić powinno otwarte przeciwstawienie się okupantowi, przeplatał się z kontrargumentami tych, którzy informacje o masowych zbrodniach odrzucali. Tak rozchwiane nastroje pozwalały podtrzymywać napięcie, lęki i dezorientację, a w konsekwencji łatwiej władać zniewolonym społeczeństwem. Tylko nieliczni postulowali zorganizowanie czynnego oporu: atak na gettową policję, szturm na bramy getta i przedarcie się na „stronę aryjską”. Ludzie z Ha Szomer Ha Cair rozpowszechniali ulotki apelujące do Żydów, by nie wierzyli Niemcom i przeciwstawiali się poczynaniom Służby Porządkowej. Nawoływali do sabotowania zarządzeń okupanta. Tłumaczyli: „Droga z Umschlagplatz prowadzi na śmierć”. Ten głos jednak nie miał takiej siły przebicia jak wola przetrwania. I wiara, że to jest możliwe.

Jednak w pierwszej dekadzie sierpnia w getcie zaczęło narastać zrozumienie, jaki jest prawdziwy cel wywózek. Z Treblinki uciekł Dawid Nowodworski: „Jego słowa jeszcze raz potwierdzają to, o czym już wiemy – przyznawał jeden ze świadków – Ludzie ze wszystkich transportów zostali zgładzeni i nikt z nich nie mógł ocaleć. A więc zarówno ci, których złapali, jak i ci, którzy stawili się dobrowolnie. Taka jest naga prawda”. Pomimo że w świadomości mieszkańców getta coraz wyraźniej rysował się obraz bliskiej przyszłości, wielu nie dopuszczało myśli o nieuniknionej śmierci. Być może podświadomie, lub przez przekonanie, że to niemożliwe, by to ich właśnie miało spotkać. Uzasadniali, że to tylko pogłoski, celowa prowokacja ze strony okupanta. Emanuel Ringelblum tak o tym pisał: „Normalnie myślącym ludziom trudno było przyswoić sobie myśl, że może znaleźć się na kuli ziemskiej rząd mieniący się europejskim, który będzie mordował miliony niewinnych ludzi”. Wtórował mu Jan Górnicki (Ber Oszer Weisbaum): „Nikt nie chciał myśli dopuścić, żeby Niemcy odważyli się na taki czyn. Przecież to historyczna odpowiedzialność, wytracić naród”.

Niektórzy z aktywnych działaczy podziemnych ruchów politycznych (jak Zysze Frydman z Agudas Israel czy Icchak Szyper z Poalej Syjon) wyrażali wiarę, że naród żydowski przetrwa, zaś czynne wystąpienie doprowadzi wyłącznie do likwidacji getta. W opinii publicznej – zanotował w pamiętniku Jan Mawulta (Stanisław Gombiński) – przewijało się stanowcze: „Nie ma na to zgody”. Brak działań w tak skrajnych warunkach – pisał – miał być dowodem nie bezsilności lecz – jakże przewrotnej – kalkulacji: „Jeśli można ocalić całość, poświęcając pewną, nawet dość znaczną część, nie należy, nie wolno się wahać ! Chodzi o losy kilkuset tysięcy głów liczącego skupienia. Nawet gdyby ponure krakanie najgorszych pesymistów miało być prawdą, nawet gdyby miało zginąć STO TYSIĘCY LUDZI, to wtedy pozostanie ćwierć miliona, pozostanie, choć okaleczona, całość!”. Mawulta starał się zrozumieć i uzasadnić taką postawę: „Ten zespół ludzki zebrany zupełnie przypadkowo, nie był przygotowany do żadnego bohaterskiego kroku. Jedni przywykli do uległości wobec Niemców, drudzy nie zdawali sobie sprawy z prawdziwych rozmiarów groźby, inni wreszcie – a ci byli najliczniejsi – wierzyli, że uda im się uchować część warszawskich Żydów, przede wszystkim zaś własne osoby, swych krewnych i bliskich”. Ich zapewne miała na myśli nieznana z nazwiska autorka pamiętnika, gdy pod koniec lipca pisała: „Jak długo porządkowi grasują po zaułkach nędzy, jak długo akcja trzyma się jeszcze z daleka od centrum, całkiem inne są oceny i inne wypowiada się zdania”.

Próby. Były różne. Nawet ci, którzy pierwotnie nie dopuszczali myśli, jakoby getto, a więc i oni przeznaczeni zostali do likwidacji, szukali sposobów, by taką wiarę i los wesprzeć. Niemcy początkowo obiecywali, że warunkiem pozostania w getcie jest praca. „Probierzem życia i śmierci stała się sprawa zatrudnienia – pisał Ernest – punkt ciężkości przeniósł się do budynku, gdzie urzędował Arbeitsamt”. Szopy zaczęły się na niespotykaną dotąd skalę rozrastać, przybierając rozmiary kombinatów. Dla przedsiębiorczych kierowników potrzeby szukających pracy stwarzały okazję. Podstawę zatrudnienia stanowiły nie fachowość czy posiadane umiejętności, lecz pieniądze. „Żądano »wpisowego« po kilka lub kilkanaście tysięcy złotych od »łebka« – notował Henryk Bryskier – Było [to] jakoby potrzebne do poczynienia koniecznych inwestycji, do rozszerzenia już istniejących lub uruchomienia nowych działów produkcji”. Ci, którzy mieli szczęście (i gotówkę), otrzymywali dokument poświadczający przydział stanowiska. Skoszarowani na terenie szopu, nazywani byli »placówkarzami«. Równie szybko okazywało się, że szanse na przetrwanie dzięki pracy (często fikcyjnej) i poświadczającym ją dokumentom jest (jak wszystko w getcie) tymczasowe i pozorne. Kronikarz getta, Ringelblum, pisał o pozorowanej pracy szopów w czasie blokad: „Powstały szybko, nie miały zamówień, nie miały surowców, puszczają więc w ruch fabryki tylko wtedy, gdy przychodzą Niemcy”.

Szopy okazywały się pułapkami. W nich, jak w całym getcie, bezustannie przeprowadzano selekcje. Wpierw więc Niemcy dokonywali nalotu na wybrany szop. Wszystkich spędzano na plac na wielogodzinny apel. Potem robotników dzielono na tych, którzy (przynajmniej tymczasowo) są przydatni, i – dosłownie – na zbędnych. Patrzono na dłonie. Dawni pracownicy biurowi musieli opuścić »placówkę«. Padał rozkaz: „Pokaż mięśnie”. Słabych i chorych jednakowo kierowano na Umschlagplatz. „Powiew śmierci – odnotował Bryskier – zawładnął szopem: [Wydarzenie] sparaliżowało tego dnia pracę w warsztatach. Ledwo echo bólu umilkło, nastąpił drugi najazd. I znów przerzedzone szeregi zakołysały się i wróciły do warsztatów. Wszyscy chodzili jak obłąkani. Nawet ten, którego bezpośrednio nieszczęście nie dotknęło, był oszołomiony i złamany przez przeżycia, strach, niepewność o własne i najbliższych życie w czasie wystawania przed siepaczami”. Nie pomagały zapewnienia niemieckiego oficera dane właścicielowi szopu, niepisane układy i nieoficjalne interesy SS-manów z kierownikiem szopu-Żydem: „Niemieckie słowo oficerskie i słowo honoru obowiązywało, ale nie [w stosunku] do Żydów”. Często były przypadki, gdy zabierano tych, którzy Niemcom zaufali, natomiast zaniechano wyszukiwania ukrytych.

Na przełomie lipca i sierpnia zatrudnienie w szopach traktowano jako warunek przetrwania. Wielu z pracujących wierzyło, że zbliża się koniec Wielkiej Akcji. To wówczas rozpowszechniany miał być pogląd, że działania Niemców ograniczą się do grupy najuboższych. I na tej właśnie grupie zakończą: „Centrum nie ruszają, operują wyłącznie w spelunkach nędzy. Wygonią żebraków, nędzarzy, uchodźców. Starzy, dzieci nie wytrzymają trudów wędrówki, trudu budowania egzystencji tam daleko” (Jan Mawulta). Dający wiarę pogłoskom byli zarazem świadomi, że spotkać ich może wysiedlenie. Myśląc o swoim losie podkreślali: „Reszta pójdzie do obozów pracy w Rosji, będą budować drogi, regulować rzeki”. Długo takie poglądy nie przetrwały, gdyż od drugiej połowy sierpnia radykalnej zmianie uległa taktyka okupantów. Tereny położone w obrębie granic getta zostały „od Żydów uwolnione”. Akcja jednak trwała nieprzerwanie. Dynamicznie zbliżała się do centrum. Postępował proces kolejnych przesiedleń wewnętrznych w parze z selekcjami: „Podchodzi szereg do ss-owca – pisała nieznana autorka – jeden rzut oka na dokumenty, na twarz i dotknięcie pejcza. Na lewo – to wolność, na prawo – to Umschlagplatz. Już selekcja zakończona”. Wkrótce była kolejna: „Grzecznie wysyła Niemiec rodziców na Umschlagplatz, a córkę na wolność, grzecznie podchodzi córka i prosi o pozwolenie pójścia za rodzicami, grzecznie on jej na to pozwala. Grzecznie, spokojnie, cicho, ani jednego jęku, krzyku czy spazmu” (Mawulta).

Spośród ludzkiej masy wielu padło ofiarą jeszcze przed „doprowadzeniem” na Umschlagplatz – bo nie byli zdolni samodzielnie dojść, bo buntowali się, bo stawiali opór, bo nie mogli nadzorującym ich zapłacić haraczu za rzekome uwolnienie (Samuel Zylbersztajn). Lub gdy wpychani do wagonów, ginęli od kul: „Gdy nie było już miejsca, żandarm strzelał nieraz w tłum. Tłum cofał się odruchowo i wpychano wówczas jeszcze kilkadziesiąt osób” (wspomnienia nieznanej autorki). Bo tego typu „incydenty” nie mogły zakłócić przebiegu akcji likwidacyjnej.

Okoliczności zmuszały do szukania lub tworzenia kryjówek. W getcie popularność zyskało hasło „DS” – „Dobrze się schować”. Próbowano wszędzie: w izbach, piwnicach, na strychach, w gruzach. W pośpiechu budowano podwójne ściany, zamurowane alkowy, zamaskowane poddasza. Szafy przysuwano do ścian zasłaniając ostanie pomieszczenie w domu. Sklepy zamykano z zewnątrz. Pod ziemią budowano pierwsze schrony: „Doświadczenie na prowincji uczy, że trzeba się ukryć”. Niektórzy rozważali ucieczkę na „stronę aryjską: „Zapatrywaliśmy się na to jak na fantazję – napisał Stok o propozycji sąsiada – Do kogo iść? Z czego będziemy żyć? Jak długo można się ukrywać?”. Inni jednak – świadomie – decydowali się na takie ryzyko. Wiedzieli, że niebezpieczeństwo jest podwójne. W biuletynie AK donoszono: „W dzielnicy aryjskiej mnożą się wypadki osób zbiegłych z ghetta. Obok zawodowych szpiclów działających tu dla zarobku (szantaże) wielu amatorów”. Nie wiadomo ilu, zapewne nielicznym, ucieczka się powiodła. Większość – uciekająca przez dziury w murach, tunele kanalizacyjne, dachy budynków sąsiadujących ze „stroną aryjską” lub przebijając ściany, za podjętą próbę zapłaciła najwyższą cenę: śmierć przez rozstrzelanie. Próbowano też inaczej – przy wsparciu bliskich, przyjaciół czy współtowarzyszy. Edelman wspominał o oswobadzaniu wybrańców w przebraniu lekarzy lub sióstr szpitalnych: „Kitle uratowały setki [ludzi]”. Byli tacy, którzy jako miejsce ukrycia potraktowali transformatory. W źródłach mowa też o innej jeszcze metodzie: „Znane choć rzadkie były wypadki zabierania ludzi żyjących przez karawany. Żyjącego człowieka kładziono pod trupy i wywożono z placu” (pamiętnik nieznanej autorki).

Spowszedniała jeszcze jedna forma ucieczki, odmiana biernego oporu: samobójstwo. Na przełomie lipca i sierpnia 1942 roku, gdy cele Wielkiej Akcji stały się tajemnicą publiczną, nastroje panujące w getcie bardzo rzeczowo przedstawił Adolf Berman: „Stan naprężenia i podniecenia nerwowego osiągnął punkt kulminacyjny. Wyczerpanie fizyczne i nerwowe widziało się na twarzy każdego spotykanego człowieka. Mówiono wówczas, że każdy »ma śmierć w oczach«. Liczba ludzi gorączkowo dopytujących się o truciznę zaczęła szybko rosnąć”. Nieliczni mieli szczęście wejść w jej posiadanie. Tych ludzi miała na myśli świadek wydarzeń z początku sierpnia: „Ci, którzy liczyli na zwolnienie, a którym to się nie udawało, zażywali niekiedy w ostatnim momencie, przed udaniem się do wagonów, cyjanku”. We wspomnieniach nierzadko była mowa o przypadkach ostatniej pomocy niesionej przez medyków: „Pielęgniarki wyszukują w tym tłumie swoich ojców i matki i z dzikim jakimś błyskiem w oczach wstrzykują im dobrą śmierć, którą daje morfina”.

Zniszczeni, bezsilni, szli olbrzymim pochodem. Jak nakazywano: z postojem, przykucając, szybko, wolno. Z ostatnią szansą na ratunek ze strony znajomego z ŻSP: „Ratują krewnych, przyjaciół, sąsiadów ratują dla sportu, ratują dla pieniędzy” (Mawulta). Równolegle z kurczeniem się getta, jakąkolwiek wartość traciły dokumenty poświadczające, że ich posiadacz jest, albo był zatrudniony. Zostawał potraktowany jako „zbędny”. Nie dlatego, że był niewydajny w pracy, lecz ze względu na „zapotrzebowanie kolejnych żyć żydowskich” (Ringelblum). Eskortowane kolumny ludzi szły spokojnie. Przecież niektórym wielokrotnie udawało się uniknąć wywózki: „Każdy trzymał dokumenty w ręku, wypatrując momentu selekcji, która często odbywała się paręset metrów przed Umschlagplatzem, potem wypatrywali selekcji samym wejściem, potem w każdej chwili mogła się odbyć na miejscu, potem na krótko przed marszem do wagonów, po drodze do wagonów, przed samym wejściem do wagonów. Wchodzili już do wagonów ściskając kurczowo bezwiednie cenny dokument. Jeszcze wewnątrz wagonów zadzierali poprzez siebie głowy, czy ktoś nie wywoła ich firmy”. O tym, że właśnie następuje kres takich szans uświadamiali sobie wraz z zasunięciem wrót wagonowych. Pociąg ruszał do Treblinki.

Pod koniec sierpnia blokady i łapanki wstrzymano. Wielu ocalałych liczyło, że wreszcie nastał kres Wielkiej Akcji. W pierwszych dniach września okazało się jednak, że było to tylko „przetasowanie” sił przed jej ostatnim etapem. Niemcy zadecydowali o przyznaniu niewielkiej grupie ludzi niezbędnych do dalszej produkcji szopów tzw. „numerków na życie”. W przeciągu tylko sześciu dni (6-11 września) przeprowadzono tzw. „Wielki Kocioł”. Pozostałych przy życiu mieszkańców getta zgromadzono pomiędzy czterema zamkniętymi ulicami (Smocza, Gęsia, Zamenhofa, Szczęśliwa). O dalszym trwaniu lub zsyłce na niechybną śmierć decydowali właściciele szopów. Spośród przebywających wówczas w getcie Żydów taki akt łaski spotkał ok. 35 tysięcy osób. Pozostałych zapędzono na Umschlagplatz. Setki zwłok zamordowanych wówczas ludzi pozostawało na ulicach. Uczestnik działań, oficer SS Wittosek tak to podsumował: „Aleśmy zrobili ładny kociołek”.

dr Paweł Wieczorek

Paweł Wieczorek- doktor nauk humanistycznych. Specjalność: historia najnowsza. Współpraca: United States Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie, Żydowski Instytut Historyczny oraz Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce. Laureat konkursu Żydowskiego Instytutu Historycznego na najlepszą pracę doktorską im. M.Bałabana (2014). Uczestnik międzynarodowego projektu badawczego „Pogromy Żydów na ziemiach polskich w XIX i XX wieku” (2013- 2016). Autor artykułów i książek. Zainteresowania badawcze: stosunki polsko – żydowskie po 1945 r., żydowskie ruchy społeczne i polityczne, mniejszości narodowe i etniczne w Polsce, zimna wojna, totalitaryzm.

Opr. Anna Kilian