Będziemy się kierować estetyką prac i poziomem portfolio

Będziemy się kierować estetyką prac i poziomem portfolio

O zainteresowaniu, z jakim spotkało się ogłoszenie konkursu na identyfikację wizualną MGW oraz wyborze studiów i projektantów podczas I etapu rozmawiamy z Leną Mitkową, strategiem i członkinią zarządu Stowarzyszenia Twórców Grafiki Użytkowej, współprowadzącą leniva studio

16 października 2019

Muzeum Getta Warszawskiego przeprowadza we współpracy z Państwem – Stowarzyszeniem Twórców Grafiki Użytkowej – międzynarodowy konkurs na logotyp. Jakie STGU ma doświadczenie na tym polu? Czy mają Państwo na koncie wiele takich konkursów?

Stowarzyszenie istnieje od 2004 roku – organizujemy od kilku do nawet kilkunastu takich konkursów rocznie. Nie mogę więc powiedzieć, którym z kolei jest ten, współorganizowany z Państwem, ale to już czwarty, przeprowadzany z nowym zarządem STGU, po wprowadzonych zmianach dotyczących organizowania konkursów, z nowymi, zaostrzonymi zasadami i wytycznymi.

Jak ocenia Pani liczbę prac, jakie napłynęły? Czy jest ich więcej, czy mniej, niż zazwyczaj, na tle innych przeprowadzanych przez STGU konkursów?

Ku naszemu zaskoczeniu ten konkurs cieszy się większym zainteresowaniem, niż dotychczasowe. Już tłumaczę, skąd wzięło się owo zaskoczenie… Dla projektantów i dla szeroko pojętej branży wrzesień i październik są najtrudniejszymi miesiącami. Wszyscy mamy wtedy najwięcej pracy. Poza tym w tym konkretnym przypadku były tylko trzy tygodnie na złożenie portfolio, a nie cztery. Biorąc pod uwagę te dwie zmienne dostaliśmy wyraźnie więcej prac, niż na inne konkursy. Konkurs na identyfikację wizualną Muzeum Getta Warszawskiego cieszył się dużym zainteresowaniem.

Ile, procentowo, prac wpłynęło z zagranicy?

Około 25 procent wszystkich zgłoszeń – mogę więc powiedzieć, że zainteresowanie zagranicznych grafików było naprawdę duże. Wspieraliśmy komunikację na temat konkursu, informując inne stowarzyszenia grafików na świecie i informując o nim na portalach internetowych. W poprzednich konkursach aż tak duże zainteresowanie zagranicznych twórców było incydentalne. Byliśmy zaskoczeni, że portfolio zostały do nas nadesłane nie tylko z Europy.

Jakie były najdalsze zakątki świata, z których artyści nadesłali prace?

Ameryka Południowa – dostaliśmy portfolio z Brazylii.

Czym będą się Państwo kierować, wybierając autorów do kolejnego etapu?

To kilkuetapowy konkurs. W pierwszym etapie wybieramy studia, których projekty dopiero będziemy mieli ochotę zobaczyć. Różnica między jednoetapowymi a dwuetapowymi projektami jest taka, że w przypadku tych ostatnich traktujemy projektantów naprawdę fair i nie oczekujemy od nich pracy za darmo. Przy wyborze portfolio artystów, z którymi będziemy chcieli współpracować w drugim etapie, będziemy się kierować estetyką prac i poziomem portfolio – czasami bowiem zawierają one, incydentalnie, dobre i złe prace. Przy współpracy nie z jednym artystą, ale z zespołem, zależy nam na tym, by były na równym, oczywiście wysokim, poziomie. Musimy też pamiętać, że wybieramy nie tylko samo logo, ale całą identyfikację wizualną, cały system. Musimy więc mieć pewność, że ten, kogo wybierzemy, „udźwignie” cały system. Będziemy więc kierować się głównie estetyką, ale i tym, czy wybrany projektant podoła tak dużemu przedsięwzięciu, w którym jest dużo elementów technicznych, rzemieślniczych, by nie okazało się, że jest to za duża żaba do połknięcia.

Rozmawiała Anna Kilian

Zdj. MGW




Nie istnieje coś takiego, jak miejsce właściwie upamiętniające ofiary Holokaustu

Nie istnieje coś takiego, jak miejsce właściwie upamiętniające ofiary Holokaustu

O pomnikach Zagłady, artystach upamiętniających Holokaust, multidyscyplinarnym podejściu do nauczania o Szoa i pierwszej wystawie na temat przemocy wobec kobiet podczas ludobójstw – rozmawiamy z dr Batyą Brutin, izraelską historyczką sztuki i kuratorką

14 października, 2019

Co zainspirowało Panią, jako historyka sztuki, do zainteresowania się miejscami pamięci ofiar Holokaustu?

Postanowiłam zająć się Holokaustem jako głównym tematem moich badań pod wpływem wspólnego seminarium naukowców izraelskich i niemieckich z kolegium Bet Berl – uczyłam tam niegdyś przez wiele lat – oraz z Wiesbaden i jego okolic, z Niemiec i z Polski, które odbyło się w 1993 roku. Każdy z nas miał za zadanie wygłosić wykład lub przygotować warsztaty na temat Zagłady. Jako historyk sztuki wybrałam przygotowanie warsztatów na temat sztuki Holokaustu. Seminarium było ekscytujące, wzbogacające, a dla mnie przede wszystkim oznaczało wiele emocji. Miało decydujący wpływ na moje dalsze zainteresowanie Holokaustem. Zrozumiałam, że jest to temat, którym chcę się zająć w swoich badaniach i pracy dydaktycznej i którym chcę wpłynąć na przyszłych nauczycieli. Aby „zanurzyć się” w różne zagadnienia dotyczące Holokaustu, zainwestowałam wiele czasu, przemyśleń i energii w naukę oraz poszerzenie swojej wiedzy w tym temacie. Jednocześnie, jeszcze przed moją pracą doktorską, w latach 1996-1998 rozpoczęłam badania nad upamiętnianiem Holokaustu poprzez pomniki pamięci w Izraelu. W 2005 roku badania te zostały opublikowane w formie książki pod tytułem Living with the Memory: Monuments in Israel Commemorating the Holocaust („Życie ze wspomnieniem: pomniki w Izraelu upamiętniające Holokaust”), w języku hebrajskim.

Jakie cechy powinno mieć miejsce właściwie upamiętniające ofiary Holokaustu, będąc jednocześnie dziełem sztuki?

Według mnie nie istnieje coś takiego, jak miejsce właściwie upamiętniające ofiary Holokaustu. Pomnik składa się z dwóch części: elementu w postaci rzeźby oraz placu zgromadzeń, odróżniających go od „environmental statue”, czyli rzeźby, której główną cechą jest wprowadzenie widza do swojego wnętrza. Element rzeźby komunikuje wydarzenie historyczne środkami artystycznymi, natomiast plac zgromadzeń umożliwia zgromadzenie się w celu uczestniczenia w ceremonii upamiętniającej. Ponieważ pomnik jest wyrażeniem formalnym, należy do obszaru sztuk wizualnych, jednak zasadniczo odróżnia się od dzieł sztuki poprzez to, że związany jest z wydarzeniem historycznym oraz dlatego, że zbudowany jest w celu jego uczczenia, zaś jego kształt i styl wywodzą się z orientacji dydaktycznej. Pomnik nie jest zatem wyłącznie wyrażeniem artystycznym, które daje pierwszeństwo formie nad treścią. Jest raczej odwrotnie: tutaj najważniejsza jest treść, zaś forma estetyczna jest jej całkowicie podporządkowana. Siła pomnika mierzona jest jego zdolnością do utrwalenia pamięci historycznej. Pomnik to dzieło sztuki, którego celem jest uwiecznienie wydarzenia i zawsze, kiedy odbywa się przy nim uroczystość upamiętniająca, historyczne zdarzenie jest wspominane i w ten sposób jest uwieczniane w pamięci zbiorowej.

Które miejsca pamięci ofiar Holokaustu na świecie są najbardziej interesujące z punktu widzenia sztuki?

Najciekawszym w kontekście sztuki jest pomnik, który natychmiast „łapie” uwagę widza, którego formę on rozumie i który natychmiast łączy go z Holokaustem. Ponadto jego forma musi przekazywać prawdę historyczną. Na przykład pomnik Umschlagplatz w Warszawie stworzony przez Hannę Szmalenberg i Władysława Klamerusa, Korczak i Dzieci Getta – rzeźba Borisa Saktsiera w Jerozolimie, w Jad Waszem, Buty na brzegu Dunaju w Budapeszcie, autorstwa Gyuli Pauera itp.

Czego artysta wizualny nie powinien robić upamiętniając ofiary Holokaustu?

Wprowadzać widza w błąd nieprawdziwymi informacjami.

Co cechuje sztukę Nathana Rapoporta, który stanowi przedmiot Pani akademickiego zainteresowania, od innych artystów jego epoki?

Sztuka Nathana Rapoporta jest figuratywna, ekspresyjna, monumentalna i oparta na zdarzeniach historycznych. Jako taka jest zrozumiała dla każdego widza bez względu na narodowość.

Pani pole zainteresowań obejmuje także powiązania między sztuką a psychoanalizą. Czy artyści upamiętniający Holokaust mają ze sobą coś wspólnego?

Ponieważ jestem historykiem sztuki, wszystkie moje badania podkreślają wizualne wyrażenie tematów i obrazów w dziełach sztuki różnych artystów. Metoda ta łączy podejście artystyczno-biograficzne, podkreślające wewnętrzny świat artystów i kontekst społeczno-historyczny w celu stworzenia powiązania między ikonograficzną i stylistyczną debatą artystyczną a czasem historycznym oraz kontekstem społeczno-kulturowym, w którym te dzieła powstają. W ten sposób możemy jednocześnie dostrzec osobisty punkt widzenia każdego artysty i poznać ogólne trendy i procesy wskazujące stosunek artystów do wydarzeń odnoszących się do Zagłady. W moich wspomnianych powyżej badaniach dotyczących pomników Holokaustu – i w moich studiach nad sztuką dzieci urodzonych już po II wojnie światowej rodziców, którzy mieszkali w Europie okupowanej przez nazistów i doznawali od nich krzywd w gettach i obozach, a także ukrywając się, uciekając lub walcząc jako partyzanci – opublikowanych w 2015 roku w formie książki zatytułowanej The Inheritance, The Holocaust in the Artworks of Second Generation Israeli Artists [Dziedzictwo, Zagłada w dziełach sztuki artystów izraelskich drugiego pokolenia], Jerozolima: Magnes i Yad Vashem (w wersji hebrajskiej) oraz w moich poszukiwaniach Holocaust Icons in Art: The Warsaw Ghetto Boy and Anne Frank [Ikony Zagłady w sztuce: Chłopiec z getta warszawskiego i Anna Frank – mam nadzieję, że zostaną wkrótce opublikowane przez Jerozolima: Magnes i Berlin: De Gruyter (w wersji angielskiej) odkryłam, że artyści związani z Holokaustem na poziomie osobistym (Ocaleni lub ich dzieci) są bardziej oddani, w niektórych przypadkach wręcz obsesyjnie, temu tematowi. Odkryłam, że wnikają oni w swój wewnętrzny świat, aby znaleźć własne emocje, uczucia, myśli i obrazy Zagłady. Dlatego wykorzystuję inne dyscypliny, takie jak psychologia, psychoanaliza, socjologia i teologia, aby lepiej i głębiej zrozumieć pochodzenie, motywy, emocje i cele artystów.

Dlaczego jedynym właściwym podejściem do nauczania o Holokauście jest podejście multidyscyplinarne?

Holokaust to zjawisko w sferze ludzkiej, które uzewnętrzniło się we wszystkich aspektach życia. Istoty ludzkie zostały zmuszone do stawienia czoła ciężkim warunkom, złu i śmierci spowodowanemu przez inne istoty ludzkie. Holokaust jest nie tylko wydarzeniem historycznym wywołującym pytania o przyczynę, ale również wydarzeniem rozpatrywanym z punktu widzenia humanizmu, odnoszącym się do kwestii fundamentalnych, budzącym refleksje nad ludzką moralnością. Z tego względu można analizować i zajmować się Holokaustem na różne sposoby – pod względem historycznym, filozoficznym, teologicznym, psychologicznym, socjologicznym i wieloma innymi. Wszelka dyskusja na temat Zagłady, w każdym aspekcie, musi opierać się przede wszystkim na wiedzy o tym okresie, o warunkach i problemach, jakie wówczas się pojawiały. Wierzę, że podejście multidyscyplinarne, które kładzie nacisk na historię i integruje ją z literaturą, kinem, sztuką wizualną itp., jest najbardziej skuteczne, ponieważ jest bogate, ciekawe i odpowiednie dla różnych widzów.

Dlaczego wystawa w Ronald Feldman Gallery w Nowym Jorku, otwarta w kwietniu 2018 roku, której była Pani kuratorką, o nazwie: Violated: Women in Holocaust and Genocide („Zniewolone: kobiety w czasie Holokaustu i ludobójstw”) – była uważana za kontrowersyjną? I kto ją jako taką postrzegał? Jakie grupy osób – widzowie, czy recenzenci?

Wystawa Violated: Women in Holocaust and Genocide była kontrowersyjna, ponieważ była pierwszą, która zajmowała się przemocą seksualną wobec kobiet w czasie Holokaustu i późniejszych ludobójstw. Chociaż istnieją na ten temat dokumenty i zeznania, przemoc seksualna w czasie Zagłady przez dekady była w większości ukrywana, ignorowana, zaprzeczano jej. Wyrażenie jej za pomocą sztuki poszerza świadomość o tym haniebnym elemencie Holokaustu oraz późniejszych ludobójstw. Dzieła wchodzące w skład tej wystawy utrwalają wiedzę o tej przemocy i stanowią nad nią refleksję, a także informują widzów o brakującym fragmencie historii, wywołując współczucie i rzucając światło na ten odrażający element ludobójstw. Wystawa odsłania wydarzenia z przeszłości i konfrontuje je ze współczesnością w celu włączenia historii kobiet w edukację przyszłych pokoleń. Ekspozycja przyciągnęła różnorodną widownię: przedstawicieli ogółu społeczeństwa, studentów, organizacje kobiece, dyplomatów, przedstawicieli ONZ itp. i była pokazywana w mediach. Wszelkie artykuły i dodatkowe informacje można znaleźć na stronie nowojorskiego Remember the Women Institutehttps://www.rememberwomen.org

Rozmawiała Anna Kilian

Zdj. Batya Brutin ze studentami Bet Berl Academic College (Batya Brutin)




Trzeba wybaczać i zapominać

Trzeba wybaczać i zapominać

O odnalezionym poczuciu przynależności do polskiego dziedzictwa kulturowego, następujących po sobie zagładzie i odrodzeniu oraz cyklu rzeźb, które powstaną specjalnie dla Muzeum Getta Warszawskiego rozmawiamy z Artystką UNESCO na Rzecz Pokoju, Hedvą Ser

11 października, 2019

Muzeum Getta Warszawskiego to nowa instytucja kultury na mapie Polski, pani zaś jest wybitną artystką o ugruntowanej renomie. Dlaczego zdecydowała się pani na stworzenie cyklu rzeźb właśnie dla naszej instytucji?

Dla mnie to zupełnie naturalne działanie. Przede wszystkim dlatego, że z pochodzenia jestem Polką. Moja mama urodziła się w Warszawie. Odwiedziłam to miasto po raz pierwszy dziesięć lat temu i na cmentarzu żydowskim odnalazłam nagrobki czterech pokoleń mojej rodziny. Mama zmarła 23 lata temu i nigdy ich nie widziała. Oboje rodzice zmarli i ich nie widzieli, nigdy nie przyjechali tutaj po wojnie. Jestem ostatnią osobą pozostałą ze „starej” części mojej rodziny.

Mieszka pani we Francji?

Obecnie mieszkam we Francji, a urodziłam się w Izraelu. Oboje rodzice byli w obozie zagłady w Auschwitz, a po wojnie wyjechali do Izraela, taka była decyzja mojej mamy.

Nie myślała pani o tym, by wcześniej poznać ojczyznę rodziców?

Nie było okazji. Kiedy rodzice zmarli, spotkałam w Nowym Jorku przyjaciela, z którym od razu zaczęliśmy rozmowę w języku polskim. To było tak naturalne… a polszczyznę słyszałam tylko w domu. Piętnaście lat temu zmieniłam swoje życie i przeprowadziłam się do Paryża i proszę sobie wyobrazić, że w budynku dokładnie obok mojego domu ma swoją siedzibę Stałe Przedstawicielstwo Rzeczypospolitej Polskiej przy OECD (w budynku w XVI dzielnicy Paryża, przy 136 rue Longchamp – przyp. red.). Utrzymuję kontakt z panem ambasadorem Janem Bielawskim. Goście Przedstawicielstwa znają moje prace – gobeliny, rzeźby – ponieważ stanowią one część polskiego dziedzictwa kultury. To pomogło mi w odzyskaniu poczucia przynależności. Kiedy więc mój nowojorski przyjaciel powiedział mi, że powinnam pojechać do Polski, tak właśnie zrobiłam.

Gdzie w Polsce urodził się pani tata?

Tata urodził się w Łodzi, mama natomiast była warszawianką.

W jakiej części Warszawy mieszkała?

Na Marszałkowskiej. Zawsze opowiadała mi o Warszawie, o jej architekturze, o tym, jak miasto zostało zniszczone podczas wojny, o getcie.

Czy sama miała pani jakieś związki z architekturą?

Mój pierwszy mąż, ojciec moich dzieci, był architektem.

Ile rzeźb stworzy pani specjalnie dla Muzeum Getta Warszawskiego?

To będą cztery rzeźby.

Dwa lata temu w Krakowie miała Pani wystawę indywidualną – pani rzeźby stanęły w „Ogrodzie nadziei”, na Bulwarze Kurlandzkim nad Wisłą. Co symbolizują te prace?

Mój cykl czterech rzeźb jest symboliczną interpretacją losów żydowskiej społeczności w Polsce, stanowiąc zarazem przykład dla innych zbiorowości. To opowieść częściowo inspirowana myślą kabalistyczną, o zniszczeniu, rozdarciu, pęknięciu i rozłamie, która kończy się nadzieją i ponownym zjednoczeniem. Taka jest kolej rzeczy – po zagładzie następuje odrodzenie. Bez destrukcji nie ma odbudowy. Świat zawsze się odradza, w takiej czy innej formie istnienia. Moją rolą artystki jest sprawienie, by moje rzeźby z brązu przemówiły do widza – taka jest rola sztuki – i opowiedziały o więzi zgładzonych żydowskich pokoleń z polską ziemią. Sztuka przemawia bez słów, widz czuje, co artysta chce mu przekazać.

Tytuł krakowskiej wystawy brzmiał „Destrukcja i odrodzenie”. Jak odrodzić się po strasznych wydarzeniach, jakie nas spotkały w życiu? Jak patrzy na to pani jako artystka?

W życiu wszystko znajduje się na krawędzi – stoi na niej, ale jednak się nie wywraca. Oznacza to, że zawsze jest nadzieja. Trzeba wybaczać i zapominać. To moje motto.

Pani prace przekazują ideę pokoju, jego bezwzględną potrzebę. Czy uważa pani, że politycy słuchają artystów? Gdyby tak było, świat wyglądałby inaczej…

Jeśli dzieło artysty przemawia do widza, to równie dobrze może przemówić do polityka. Sztuka naucza, daje lekcję, dlatego jest tak ważna zwłaszcza w kontekście edukacji dzieci.

Rozmawiała Anna Kilian

Zdj.: „Ogród nadziei” w Krakowie – https://www.hedva-ser.com/ (za zgodą Autora)




Kwestia rytualnego uboju zwierząt podczas okupacji niemieckiej

Kwestia rytualnego uboju zwierząt podczas okupacji niemieckiej

6 października 1939 r. żydowski ubój rytualny został oficjalnie zakazany przez niemieckie siły okupacyjne. Rabin David Berman – specjalista ds. naukowych w MGW – pisze o trudnościach, z jakimi zaczęli borykać się Żydzi w związku z wprowadzeniem przez Niemców nowego, dyskryminującego prawa

10 października, 2019

Znaczny procent mieszkańców getta przestrzegał, w taki lub w inny sposób, żydowskich praw religijnych i tradycji związanych z żywnością. Jednym z ich głównych problemów było pozyskanie mięsa koszernego, które zostało przygotowane zgodnie z halacha – żydowskim prawem religijnym.

W latach poprzedzających wojnę w Warszawie było dwudziestu sześciu rzeźników drobiu, którzy działali przy ulicy Zamenhofa 44, Twardej 1 i w kilku innych miejscach. Dodatkowo istniały ubojnie na Pradze, Woli i w innych podmiejskich lokalizacjach.

Wraz z nadejściem wojny i bombardowaniem Warszawy wielkość produkcji koszernej dramatycznie spadła, a do końca drugiego tygodnia wojny udało się przygotować tylko dwadzieścia procent zwyczajowej ilości. W przeddzień żydowskiego Nowego Roku w 1939 r. ubito jedynie pięćset ptaków, w przeciwieństwie do zwyczajowych dziesięciu tysięcy gęsi, dwudziestu tysięcy kurcząt itd.

6 października 1939 r. żydowski ubój rytualny został oficjalnie zakazany przez niemieckie siły okupacyjne. Początkowo zakaz dotyczył jedynie bydła, ale szocheci (rzeźnicy) drobiu bali się kontynuować handel. Obawiano się nie tyle Niemców, nieświadomych lokalizacji rzeźni i tożsamości osób zaangażowanych w handel, ile raczej tego, że miejscowa policja zgłosi ich działalność władzom okupacyjnym. Opracowano zorganizowany system przekupstwa, w ramach którego płacono szefowi każdego rewiru policyjnego w celu nawiązania współpracy. Ogromna część dochodu z różnych rzeźni została pochłonięta przez owe łapówki, czasem od siedemdziesięciu do osiemdziesięciu procent. Dodatkowo ukrywali swoje działania za pomocą znaków umieszczonych na ścianach rzeźni stwierdzających, że nie dochodzi w nich do uboju rytualnego, a różne narzędzia używane przez niekoszernych rzeźników były strategicznie rozmieszczane w przypadku kontroli przez władze.

Ta sytuacja trwała przez całą zimę 1939-1940, ale do lata 1940 r. produkcja spadła do około jednego procenta w porównaniu do poziomu sprzed wojny. Po zamknięciu getta nie można było importować żywych ptaków i cała produkcja ustała. Jak można przeczytać w listach rabina Szymona Huberbanda, który zapisywał wydarzenia w getcie, religijni Żydzi powstrzymywali się od jedzenia drobiu, a jedynie jedli mięso przemycane.

W przypadku uboju bydła, podobnie jak w przypadku drobiu, produkcja została poważnie zakłócona przez wybuch działań wojennych. Wraz z wkroczeniem Niemców produkcja została wznowiona w różnych lokalizacjach. Po ogłoszeniu zakazu uboju rytualnego w prasie niemieckiej i Kurierze Warszawskim 6 października 1939 r. wielu szochetów przestało pracować. Praca ta była wykonywana potajemnie przez młodszych pracowników, m.in. pośród ruin ulic Niskiej, Miłej i Stawki oraz ulic Grzybowskiej, Waliców i Krochmalnej, na Pradze i Woli. Mięso na sprzedaż było ukrywane przez sprzedawców wśród warzyw itp. i wyjmowane na życzenie klientów. Rygorystyczny przedwojenny nadzór rabinacki i certyfikacja zostały zaniechane powodując, że osoby ściśle przestrzegające zasad religijnych powstrzymały się od jedzenia mięsa, chyba że pozyskano je z wiarygodnego źródła. Lokalna policja zdała sobie sprawę, że nadal przeprowadzany był ubój rytualny i została przekupiona w celu uzyskania jej przychylności. Przekupieni policjanci przenosili noże szochetów z miejsca na miejsce i eskortowali pracowników do domu po godzinie policyjnej twierdząc, że zabierają ich na komisariat policji. Garbarze nieżydowscy pracowali razem z żydowskimi. Około pięćdziesięciu do sześćdziesięciu dużych sztuk bydła i podobna liczba małych zwierząt była ubijana co tydzień, a prace wykonywano głównie wieczorami.

Kiedy getto zostało zamknięte, ubój bydła stał się niemożliwy. Wielu ludziom udało się przekupić kilku strażników, aby umożliwić jego przemyt. Jednakże jego ilość była na tyle znikoma, że rzeźnicy zaczęli organizować ubój rytualny poza gettem i przemycać przygotowaną wołowinę na sprzedaż dla jego mieszkańców. Aby to osiągnąć, szocheci musieli zostać wyprowadzeni z getta w przebraniu, goląc brodę i zakładając nieżydowskie odzienie. Szochet zazwyczaj przebywał przez okres około dwóch tygodni poza gettem, w domu nie-Żyda, gdzie wykonywał swoją pracę.

Ten rodzaj działalności prowadzono m.in. w Pelcowiźnie, Ochocie, Bródnie i Maliczach. Mięso było sukcesywnie przemycane do getta w pojazdach świadczących usługi elektryczne, gazowe, medyczne i sanitarne. Strażnicy i volksdeutsche byli przekupieni, co umożliwiało kontynuowanie produkcji bez przeszkód.

Ortodoksyjni Żydzi z różnych powodów nie byli zadowoleni z jakości rytualnego uboju dokonywanego przez szochetów i ostatecznie przestali kupować mięso z takich źródeł, co doprowadziło do tego, że handlarze całkowicie porzucili praktykę korzystania z szochetów i sprzedawali mięso, które było koszerne tylko z nazwy.

Koszerne mięso z Otwocka, uważane za produkt o wyższej jakości, a przez to akceptowane przez wszystkich stanowiło poważną konkurencję dla warszawskich handlarzy. Miejscowi sprzedawcy zareagowali przemytem żywego bydła do getta kilka razy w tygodniu, które następnie było ubijane i przygotowywane specjalnie dla żydów ortodoksyjnych. Działalność szochetów groziła karą śmierci.

Kwestia rabinackiego zezwolenia na jedzenie mięsa niekoszernego zostanie omówiona w innym artykule.

David Berman

Źródła: relacje rabina Szymona Huberbanda (1909-1942)

Zdj.: rozporządzenie Hansa Franka z dnia 26 października 1939 r. o zakazie uboju rytualnego (Wikipedia: B. Engelking, J. Leociak, D. Libionka, Prowincja noc. Życie i zagłada Żydów w dystrykcie warszawskim, Wydawnictwo IFiS PAN, Warszawa 2007)

David Berman – urodzony w Sydney w Australii. Po ukończeniu uczelni Gateshead Yeshiva w Wielkiej Brytanii i uzyskaniu ordynacji rabinackiej, przeprowadził się do Izraela, gdzie był wykładowcą m.in. w Sanz Talmudic Academy i zajmował się pogłębionymi studiami nad klasycznymi tekstami hebrajskiej literatury rabinicznej. Mieszka na stałe w Warszawie.




„Warszawa w trzech odsłonach” – spacer varsavianistyczny

„Warszawa w trzech odsłonach” – spacer varsavianistyczny

Muzeum Getta Warszawskiego zaprasza na piątą przechadzkę z cyklu comiesięcznych, edukacyjnych spacerów varsavianistycznych. W niedzielę 20 października spotykamy się na placu Grzybowskim

8 października 2019

Trasa spaceru została zaplanowana tak, by uczestnicy dowiedzieli się jak najwięcej na temat dwunastu miejsc opisanych i pokazanych na zdjęciach wystawy plenerowej „Warszawa w trzech odsłonach”, zainaugurowanej 8 września na placu Grzybowskim. Czwarta ekspozycja Muzeum Getta Warszawskiego przedstawia stolicę ujętą na fotografiach wykonanych przed II wojną światową, podczas niej i w okresie powojennej odbudowy.

Dwugodzinny spacer rozpocznie się w południe na placu Grzybowskim. Uczestnicy przejdą ulicą Próżną i zobaczą budynek PAST-y na ulicy Zielnej. Następnie pójdą ulicą Królewską i stamtąd ulicą Graniczną do placu Żelaznej Bramy i Hal Mirowskich. Potem udadzą się na plac Bankowy, by zobaczyć miejsce, gdzie stała Wielka Synagoga na Tłomackiem i pozostałości dawnych ulic Leszno oraz Nalewki, a także nieistniejącej Gęsiej. Spacer zakończy się przy wejściu do Ogrodu Krasińskich od strony ulicy Bohaterów Getta. Z daleka zostaną pokazane i pokrótce omówione ulice Złota i Chłodna.

Swoją wiedzą na temat żydowskiej Warszawy podzieli się Jagna Kofta – pracowniczka działu edukacji Muzeum Getta Warszawskiego i przewodniczka po Warszawie.

Anna Kilian

Zdj. u góry: plac Grzybowski przed 1910 r. (Biblioteka Narodowa)




Rebe z Radomska

Rebe z Radomska

Był niezwykłym rabinem – nie tylko charyzmatycznym przywódcą tysięcy chasydów, ale także biznesmenem. Rabin David Berman – specjalista ds. naukowych w MGW – pisze o Salomonie Henochu Rabinowiczu, zamordowanym 1 sierpnia 1942 r. w getcie warszawskim

7 października 2019

Rabin Salomon Henoch Rabinowicz (Szlomo Chanoch ha-Kohen Rabinowicz), urodzony w 1882 roku, był czwartym i ostatnim rabinem chasydzkiej dynastii Radomsk. Urodził się w Radomsku, w Polsce, jako starszy z dwóch synów. Ożenił się z córką rabina Ahrona Twerskiego z Krasand i miał jedną córkę, Reizel. Wyszła ona za mąż za kuzyna swojego ojca, rabina Dawida Mosze Rabinowicza (1906-1942), w 1929 roku. Rabin Dawid Mosze był synem rabina Nossona Nachuma Hakohen Rabinowicza – rabina z Kromołowa.

Po śmierci ojca w 1910 roku zastąpił go jako rabina i był dynamicznym i charyzmatycznym przywódcą. Tysiące chasydów pojawiało się w jego dworze w szabat i święta żydowskie. W przededniu II wojny światowej Radomsko było trzecim co do wielkości ośrodkiem chasydyzmu, po Ger (Góra Kalwaria) i Aleksandrowie.

Rabin Salomon Henoch Rabinowicz był pod wieloma względami niezwykłym rabinem. Był zarówno rabinem, jak i biznesmenem – największym milionerem pośród polskich rabinów. Dla innych biznesmenów był nie tylko partnerem, ale także sam kierował dużymi przedsiębiorstwami, w tym hutą szkła. Był właścicielem wielu domów w Polsce – w Warszawie i w Sosnowcu – a od 1933 roku, zanim Hitler doszedł do władzy, był także właścicielem wielu domów w Berlinie i Lipsku.

Rabin z Radomska przesiadywał dzień i noc ucząc się Tory w służbie Bogu. W różnych miastach Polski i Galicji zbudował jesziwy, a interesami kierowali lojalni wobec niego chasydzi. Nawet gdy był przywódcą tysięcy chasydów, podróżował do innych rabinów jako chasyd, w szczególności do Rebe Chortkowera i Rabina Yisroela Freidmana.

Kiedy mając dwadzieścia dziewięć lat został Rebe, był już odnoszącym sukcesy biznesmenem prowadzącym interesy w Berlinie, Łodzi, Warszawie i Krakowie. Zamiast przyjmować darowizny, jak to było w zwyczaju, przy wielu okazjach pomagał finansowo swoim chasydom. Chociaż był wielkim uczonym, powstrzymał się od okazywania tego w otwarty sposób. Pomimo swojego bogactwa, mało wydawał na swoje potrzeby, przeznaczając znaczną część środków finansowych na utrzymanie trzydziestu sześciu jesziw na terenie Polski.

Był bardzo podziwiany przez chasydów w całej Polsce i Galicji, trzymał się z dala od sporów i kłótni (do dziś chasydzi rozróżniają Polskę i Galicję jako osobne byty ze względu na różnice żydowskich zwyczajów i języka). Mówi się, że był jedynym Rebe w Polsce, do którego przybywała duża liczba galicyjskich chasydów. W Krakowie było więcej sztybli radomskich, niż tych z Ger (Góry Kalwarii).

W każdy szabat i święta, tysiące chasydów z Polski i Galicji przybywały do Sosnowca, gdzie rabin mieszkał przed wybuchem II wojny światowej. Rebe prowadził postępowania w dawny radomszczański sposób, recytując Torę, śpiewając szabasowe pieśni i dzieląc się posiłkami.

Posiadał wielką i cenną, osobistą bibliotekę, zawierającą stare rękopisy i druki, która była uważana za drugą co do wielkości prywatną bibliotekę w Polsce, a większą była jedynie kolekcja Rebe z Ger (Kalwarii Zebrzydowskiej). Każdego roku Rebe z Radomska wydawał duże sumy na zakup starych dokumentów i książek.

W następstwie zawieruchy wywołanej przez I wojnę światową Rebe dostrzegł potrzebę nowej metody edukacji chasydzkiej. W 1926 roku ogłosił swój plan utworzenia sieci jesziw, zwanej Keser Torah. Niedługo potem otwarto osiem jesziw w Będzinie, Podgórzu, Chrzanowie, Wolbromiu, Oświęcimiu, Częstochowie, Łodzi i Krakowie. Rebbe zapłacił za całą operację – w tym wynagrodzenie personelu, wyżywienie i zakwaterowanie dla studentów – ze swoich własnych środków.

W Sosnowcu powstała jesziwa dla studentów zaawansowanych, a kierownictwo nad nią Rebbe powierzył zięciowi, rabinowi Dawidowi Mosze Rabinowiczowi. Rabin David Mosze był również dziekanem całej sieci Keser Torah, monitorował postępy studentów, prowadził lekcje i zarządzał końcowymi egzaminami semestralnymi.

W ciągu następnej dekady otwarto jeszcze więcej jesziw, a w przededniu II wojny światowej było w Polsce już 36 oddziałów Keser Torah liczących tysiące studentów. Zostały one rozwiązane podczas niemieckiej okupacji, a większość studentów zamordowano w czasie Holokaustu.

Po wybuchu wojny rabin, który wypoczywał w Karpatach, wrócił do Łodzi, gdzie namawiano go do ucieczki z Polski, dopóki było to jeszcze możliwe. Odmówił mówiąc, że chce pozostać ze swoimi żydowskimi braćmi. Około Chanuki przyjechał do Warszawy (1939-40), gdzie początkowo mieszkał na ulicy Dzielnej, a następnie przeniósł się do mieszkania jednego ze swoich chasydów, rabina Nossona Ehrlicha przy ulicy Nowolipki 30.

Kilka razy planowano jego ucieczkę, ale Rebe za każdym razem odmawiał skorzystania z takiej szansy. Według zeznań radomszczańskiego chasyda, Abby Bornsteina z Londynu, kilkakrotnie telefonował on do Rebe do Sosnowca w sierpniu 1939 r., z propozycją wywiezienia go samolotem do Anglii. Na to Rebe odpowiedział: „A gdzie mam zostawić Żydów?” W połowie 1940 roku jego chasydzi zakończyli przygotowania do wywiezienia go do Włoch, ale odmówił, mówiąc: „Chcę być ze wszystkimi Żydami”.

Rebe z Radomska był jednym z czołowych chasydzkich rabinów uwięzionych w warszawskim getcie. Pomimo niebezpieczeństwa odmówił zgolenia brody. Został wpisany na listę jako pracownik przedsiębiorstwa pogrzebowego i nosił czapkę Pinkerta, a później zarejestrowano go w szopie Shultza. Dzięki staraniom jego kierownika, Avrahama Hendla, Rebe uzyskał pozwolenie na pracę, mimo że miał ponad pięćdziesiąt lat. Hendlowi z trudem udało się przekonać władze, że „Rabinowicz” był niezastąpionym ekspertem w swojej dziedzinie. Niestety, Rebe spędzał dużo czasu w swoim mieszkaniu i to ostatecznie doprowadziło do jego śmierci.

W getcie warszawskim uczył traktatu Taanit. Z powodu pogorszenia wzroku z powodu cukrzycy kontynuował naukę Tory, ucząc się jej głównie na pamięć. W okresie pobytu w getcie w jego mieszkaniu odbywały się regularne nabożeństwa modlitewne, a w szabat Rebe odmawiał tisz za szalosz seudot, w którym uczestniczyło wielu chasydów. Jego zięć, rabin Dawid Mosze Rabinowicz także regularnie udzielał lekcji w warszawskim getcie i komponował wiele nowatorskich rozmyślań na temat Tory, które zapisywali jego studenci. Według Hillela Seidmana, pomimo związanego z tym niebezpieczeństwa, Rebe z Radomska nadal odwiedzał innych rabinów. Ponadto wciąż hojnie udzielał pomocy charytatywnej potrzebującym, chociaż na tym etapie był bez środków i żył z pożyczek.

Rebe i wszyscy członkowie jego rodziny, w tym jedyna córka, zięć i ich mały syn, zostali zabici podczas akcji w getcie w dniu 1 sierpnia 1942 roku. Kiedy naziści zaatakowali jego dom z zamiarem deportacji mieszkańców, Rebe odmówił jego opuszczenia mówiąc: „Wiem, że przyszliście mnie zabić”. 18. dnia hebrajskiego miesiąca Aw, 1942 roku, Rebe i jego rodzina zostali zamordowani przez Niemców w swoim mieszkaniu. Binyaminowi Kaminerowi, synowi znanego przywódcy gminy Meshulama Kaminera udało się zorganizować pochówek Rebe z Radomska na warszawskim cmentarzu przy ul. Okopowej (Gęsiej), gdzie po dziś dzień ohel wyznacza miejsce jego spoczynku.

David Berman

Źródła:

Seidman, Hillel. “The Warsaw Ghetto Diaries”
Hendel, Avraham. “The Final Path of the Torah Giants in the Warsaw Ghetto”
Unger, Menashe. “Hasidic Rebbes Who Were Killed by the Nazis”
Tannenbaum, Rabbi Gershon. “Radomsker Rebbe’s Yahrzeit”
Poznanski, Yehiel. “Remembrances of the Past”
Rabinowicz, Tzvi. “Hasidism: The Movement and Its Masters”
Rabinowicz, Tzvi. “The World of Hasidim”
Hamodia Magazine, 21 lipca 2011 r. „A World That Was”.
Farbstein, Esther. “Hidden in Thunder”
Besser, Rabbi Shlomo C. „The Chessed L’Avraham of Radomsk”, Hamodia, 30 sierpnia 2012 r.
Schindler, Pesach. “Hasidic Responses to the Holocaust”
Friedman, Jonathan C. “The Routledge History of the Holocaust”

Opr. Anna Kilian

Zdj. u góry: Wielka Synagoga w Radomsku (Wikipedia), zdjęcie na stronie Aktualności: Radomsker Rebbe (“The Warsaw Ghetto diaries”, Hillel Seidman, Targum Press 1997)

David Berman – urodzony w Sydney w Australii. Po ukończeniu uczelni Gateshead Yeshiva w Wielkiej Brytanii i uzyskaniu ordynacji rabinackiej, przeprowadził się do Izraela, gdzie był wykładowcą m.in. w Sanz Talmudic Academy i zajmował się pogłębionymi studiami nad klasycznymi tekstami hebrajskiej literatury rabinicznej. Mieszka na stałe w Warszawie.




MGW współpracuje ze Szkołą Podstawową nr 107 w Warszawie

MGW współpracuje ze Szkołą Podstawową nr 107 w Warszawie

Dr Halina Postek – kierownik działu edukacji Muzeum Getta Warszawskiego – przeprowadziła 2 października zajęcia na temat judaizmu w klasach 7A i 8B

7 października 2019

Lekcje dotyczyły religii, tradycji i kultury polskich Żydów oraz podejmowały problematykę Zagłady. Wystąpienie dr Haliny Postek pogłębiło wśród uczniów wrażliwość, empatię i chęć niesienia pomocy, kształtując postawy otwartości, tolerancji i akceptacji dla odmienności etnicznej, religijnej i kulturowej, uświadamiając niebezpieczeństwa związane ze stereotypizacją i uprzedzeniami, ukazując przyczyny i konsekwencje rasizmu i antysemityzmu.

Opr. Anna Kilian
Zdjęcia: Ewelina Adamczyk




Szalom Zaglembie. Żarki – miasto dwóch kultur

Szalom Zaglembie. Żarki – miasto dwóch kultur

Zapraszamy do lektury trzeciego tekstu Michała Nowakowskiego z cyklu „Szalom Zaglembie. Śladami Żydów Zagłębia Dąbrowskiego”. Kolejny artykuł jest poświęcony zniszczeniu Żarkom, mieście, w którym do II wojny światowej współistniały obok siebie społeczności żydowska i chrześcijańska. Autor jest naszym korespondentem z Będzina, wolontariuszem Muzeum Getta Warszawskiego i tłumaczem, pasjonatem historii i kultury żydowskiej.

4 października 2019

„Tych miasteczek nie ma już, okrył niepamięci kurz te uliczki, lisie czapy, kupców rój…” Żarki to niewielkie miasto leżące w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej – które nadal potocznie zwane jest Żarkami Żydowskimi dla odróżnienia od leżących nieopodal Żarek-Letnisko – około 35 km na południowy wschód od Częstochowy. Pierwsze wzmianki o nim po¬chodzą z XIV wieku. Już w XVI wieku w Żarkach zaczęli osiedlać się Żydzi. Kiedy w 1556 roku król Zygmunt August przyznał miastu prawa targowe, spowodowało to napływ żydowskich kupców. Na przełomie XVI i XVII wieku utworzono tutaj żydowską gminę, czyli kahał, który podlegał kahałowi powiatowemu w Lelowie. Z zachowanych zapisów wiemy, że w 1741 roku Żarki zamieszkiwało 113 dorosłych Żydów, głównie przy rynku. Prawdopodobnie pierwszą synagogę zbudowano tu już w XVI wieku. Około 1870 roku wybudowano w Żarkach synagogę reformowaną. Ta najbardziej okazała żarecka synagoga została zbudowana w stylu neoromańsko-mauretańskim. Ze względu na zniszczenia z lat okupacji hitlerowskiej konieczna była jej odbudowa, prowadzona w latach 1954-1957, co spowodowało zatarcie się jej pierwotnego stylu architektonicznego. Zamieniona na dom kultury w latach 50. pełni tę rolę do dnia dzisiejszego. Kolejny remont, tym razem z lat 2009-2011 zbliżył budynek do jej oryginalnego wyglądu. Obok synagogi – od strony południowej – stała druga pod względem chronologicznym żarecka synagoga wzniesiona w stylu klasycystycznym. Synagoga ta została zniszczona podczas II wojny światowej. Dzisiaj upamiętniona jest zaznaczonym na bruku zarysem jej kształtu. W XVIII wieku zbudowano dom modlitewny, który równocześnie pełnił funkcję elementarnej szkoły religijnej, czyli chederu. W mieście znajdował się także żydowski szpital. W połowie XVIII wieku założono tu żydowski cmentarz, później kolejny, a najnowszy utworzono w 1820 roku.

Od 1831 roku właścicielem miasta, wchodzącego wraz z dziewięcioma pobliskimi miejscowościami w skład tzw. dominium żareckiego, był znany przemysłowiec Piotr Antoni Steinkeller (1799-1854). Założył on na terenie Żarek fabryki maszyn rolniczych, rozwinął także gisernię, kuźnię i emaliernię. Jego działalność przemysłowa spowodowała, że „…lud miejscowy miał niemały zarobek, przywożąc do fabryki potrzebny surowiec i rozwożąc wyroby”. W latach 1851-1853 na gruntach należących do Steinkellera powstała nowoczesna przędzalnia bawełny niemieckiego przedsiębiorcy H. Lindheima, posiadająca 5000 wrzecion. Po jego śmierci przędzalnia została własnością Karola Scheiblera, który w 1873 roku założył Przędzalnię Towarzystwa Akcyjnego Za¬kładów Bawełnianych Karola Scheiblera. W XIX wieku Żydzi brali istotny udział w procesie industrializacji Żarek, budując w mieście młyny, warsztaty i fabryczki.

W 1868 roku kolejnym właścicielem Żarek został Stanisław Lesser. Po powstaniu styczniowym, w którym uczestniczyli obok Polaków również żareccy Żydzi, Rosjanie odebrali Żarkom w 1869 prawa miejskie, a miasteczko przekształcili w osadę gminną.

Istotną rolę w życiu Żarek odgrywały wspomniane na początku targi, które odbywały się na placu Starego Rynku przed kościołem parafialnym, natomiast po wojnie targowisko przeniesiono na plac znajdujący się przy zabytkowych stodołach, gdzie odbywa się regularnie po dziś dzień.

Ludność żydowska Żarek przez wieki stanowiła znaczny odsetek populacji tego jurajskiego miasta. W 1867 ludność żydowska stanowiła 61 procent, w 1909 – 44,8 procenta, 1921 – 57 procent, a w latach 30. XX wieku odsetek Żydów wynosił tu około 60 procent. W 1930 roku ludność Żarek stanowiła 4406 mieszkańców, z czego Żydzi stanowili ponad 60 procent. Przedsiębiorstwa będące własnością Żydów w tym czasie obejmowały: zakłady bieliźniarskie, garbarskie, kamasznicze, krawieckie, piekarnie, zakład przędzalniczy, siodlarski, szczotkarski, a także zakłady szewskie, kaszarnie oraz piekarnie. Żydzi handlowali drewnem, farbami, galanterią, kiszkami zwierzęcymi, końmi, naczyniami kuchennymi, mąką, obuwiem, octem, olejem jadalnym, towarami różnymi, mięsem, skórami, artykułami spożywczymi, tytoniem, zbożem i żelazem. Prowadzili 89 warsztatów i małych fabryczek, wytwarzających mniej więcej połowę lokalnej produkcji. Prowadzili również piwiarnie i wyszynk trunków. Kredytu natomiast udzielał w Żarkach żydowski Bank Kupiecki.

Żydzi z Żarek brali aktywny udział w życiu społecznym i politycznym. Niejednokrotnie na przestrzeni dziejów sprawowali funkcję miejskich radnych. Działały tu żydowskie organizacje, związki kupieckie i dwa kluby sportowe: Makkabi i Hakoach. Młodzieżowa organizacja He-Chaluc prowadziła kibuc, przygotowujący Żydów do emigracji do Palestyny. W mieście popularna była biblioteka żydowska posiadająca zbiór kilku tysięcy książek napisanych w językach: hebrajskim, jidysz i polskim.

Wspominając znamienitych żarczan warto odnotować, że w 1810 roku urodził się tu Izrael Ejbuszowicz (1811-?), przyszły rabin Radomia, który do dwudziestego roku życia pobierał nauki w Żarkach, a od 1840 roku aplikował w Radomiu, gdzie się osiedlił. W Żarkach urodził się także słynny mecenas literatury hebrajskiej Abraham Josel Sztybel (1884 – 1946), początkowo kupiec branży skórzanej, później wybitny drukarz i wydawca najważniejszych dzieł literatury światowej oraz kwartalnika literackiego Ha-Tkufa (hebr. Epoka). Założone przez Sztybla wydawnictwo działało w Warszawie, Berlinie, Moskwie, Tel Awiwie i Nowym Jorku. To tu przyszedł na świat Jakub Epsztajn (1771–1843) – protoplasta dynastii bankierów i zwolennik postępu, w tym europejskiego stroju, który był fundatorem tzw. synagogi niemieckiej przy ul. Daniłowiczowskiej w Warszawie. W przededniu wybuchu II wojny światowej Żarki zamieszkiwało około 600 żydowskich rodzin (łącznie ok. 3 tys. osób), a ich członkowie mieli własne, ale a także wspólne z Polakami, organizacje i instytucje oświatowo-kulturalne, społeczno-polityczne i sportowe.

Ze spisanych wspomnień Polaków dotyczących ich żydowskich sąsiadów wyłania się pozytywny obraz współistnienia dwóch żareckich społeczności. Polskie dzieci chodziły razem dziećmi żydowskimi do tej samej szkoły, czasem siedziały razem w jednej ławce, razem grały w piłkę. Po szkole dzieci polskie pomagały rodzicom w gospodarstwie domowym czy w polu, natomiast żydowskie szły do drugiej szkoły, czyli chederu. Tam chłopcy uczyli się w języku jidysz, gdy tymczasem dziewczynki pomagały w domu albo w sklepie swoich rodziców.

W jednym z wywiadów pewien żarczanin mówi tak o swoich żydowskich kolegach: (…) w szkole siedzieliśmy razem w ławkach. Oni byli bardzo dobrymi i zdyscyplinowanymi uczniami. W chórze śpiewali patriotyczne polskie piosenki. Ja siedziałem z Żydem w jednej ławce i ściągałem od niego rachunki, bo był lepszy ode mnie. Ze szkoły wracałem razem z dziećmi żydowskimi.

Jeśli chodzi o życie gospodarcze to w jednych ze wspomnień pada następujące, znamienne zdanie: „Handel i prywatna przedsiębiorczość była w pełni rozwinięta przez Żydów, natomiast polskie zakłady i sklepy były rzadkością. Jednak to właśnie od Żydów nauczyliśmy się konstruktywnego myślenia i lepszego radzenia sobie w sytuacjach trudnych”.

1 września 1939 roku nastąpiła agresja hitlerowskich Niemiec na Polskę. W rezultacie nalotu bombowego przeprowadzonego 2 września poważnym zniszczeniom uległo centrum miasteczka oraz jego dzielnica – Leśniów. Niemieckie wojsko wkroczyło do Żarek tego samego dnia. Dwa dni później Niemcy dokonali egzekucji ponad stu żarczan, z których większość stanowili Żydzi. W kolejnych tygodniach nastąpiły dalsze prześladowania. Ortodoksyjnym Żydom golono brody, innym nakazywano wykonywanie poniżających czynności. W mieście Niemcy konfiskowali żydowskie majątki i zamykali żydowskie sklepy.

W lutym 1941 roku Niemcy utworzyli w Żarkach getto, w którym zgromadzono 3,2 tys. Żydów. Mieściło się ono na Starym Rynku. Getto żareckie nie było odgrodzone od reszty miasta. Każde jednak wyjście poza wyznaczoną granicę groziło karą śmierci. Wszystkim Żydom nakazano nosić na prawym ramieniu białą opaskę z gwiazdą Dawida. Niemcy zdelegalizowali wszystkie żydowskie organizacje i powołali radę, czyli Judenrat. Z powodu głodu i chorób latem 1942 roku w mieście było już tylko 130 rodzin żydowskich – w porównaniu do wspomnianych około 600 przed wojną. Cudem odnaleziona w ostatnich latach obszerna kolekcja fotografii wykonana w czasie okupacji, licząca kilkaset zdjęć, ukazuje poważne, smutne twarze Żydów, którzy znaleźli się w tragicznym położeniu. Według relacji Polacy podczas niemieckiej okupacji udzielali żareckim Żydom pomocy, a jedynie nieliczni splamili swój honor niegodnymi czynami, zapewne poprzez denuncjacje czy szmalcownictwo.

Los europejskich Żydów naziści przypieczętowali na konferencji w Wannsee. Ich plan tzw. „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”, sprowadzający się do eksterminacji, miał tragiczne konsekwencje dla żareckich Żydów. W dniu 6 października 1942 roku rozpoczęła się akcja likwidacyjna getta w Żarkach, w którym przebywało jeszcze mniej więcej 800 osób. Około 300 Żydów, głównie osoby słabe oraz matki z dziećmi, rozstrzelano na tutejszym cmentarzu. Do dziś nie jest znane dokładnie miejsce, gdzie znajduje się ich zbiorowa mogiła. Żydów zdolnych do pracy wysłano do gett znajdujących się w Radomsku i Częstochowie. Pozostałych w mieście Żydów wywieziono po kilku miesiącach do obozu zagłady w Treblince ze stacji kolejowej w Juliance, leżącej na północny wschód od Żarek.

W styczniu 1945 roku do Żarek wkroczyli sowieccy żołnierze. Już na przełomie stycznia i lutego 1945 roku do miasta zaczęli napływać Żydzi. Część z nich była dawnymi mieszkańcami Żarek, wracającymi z hitlerowskich obozów koncentracyjnych i usiłowali teraz powrócić do swoich domów, w których zdążyli już osiedlić się Polacy. Inni wychodzili z miejsc ukrycia na terenie miasteczka i jego okolic. Dla większości przebywających w Żarkach Żydów ich pobyt w mieście był już tylko jednym z przystanków podczas emigracji na zachód lub do Palestyny. W 1946 roku wszyscy opuścili miasto na zawsze.

Obok wspomnianej synagogi, w mieście pozostały po Żydach pozostały charakterystyczne niskie domy w uliczkach nieopodal rynku i cmentarz – największym zachowanym cmentarzem żydowskim w całym województwie śląskim. Znajduje się na nim około 1100 zinwentaryzowanych grobów o przeróżnych kształtach, których macewy wykonano z szarego lub żółtego piaskowca, a czasem z granitu lub wapienia. Można tu również podziwiać unikatową żeliwną macewę, cudem ocalałą przed przetopieniem przez Niemców w czasie II wojny światowej. Po wojnie wszystkie macewy na tym cmentarzu były poprzewracane, a wiele było potłuczonych na kawałki. W latach 80., z inicjatywy Eli Zborowskiego z Nowego Jorku, który spędził w Żarkach swoje dzieciństwo, cmentarz został uporządkowany, a macewy z powrotem postawiono na swoim miejscu. Na zachowanym wschodnim murze cmentarza założono lapidarium, gdzie zgromadzono ich zniszczone odłamki. Widać na nich napisy w języku hebrajskim i polskim.

Na macewach możemy podziwiać wykonane z detalami, często zachowane w dobrym, a nawet bardzo dobrym stanie, m.in. gwiazdy Dawida, dłonie w geście błogosławieństwa, misy i dzbany, kwiaty, szafy z księgami, puszki ofiarne, orły, jelenie, pióra lub kałamarze oznaczające, że zmarły był kopistą przepisującym Torę, a także liczne świeczki i świeczniki, które są jednym z najczęściej występujących symboli na grobach kobiet, ponieważ to właśnie one zapalały i błogosławiły szabasowe świece. Są tu także świece złamane lub zgaszone, oznaczające dusze, z których uszło życie, ptaki symbolizujące dusze sprawiedliwe, siedzące na tronie Pana i śpiewające ku jego chwale. Spotkać można także wizerunek lwa – znak plemienia Judy, ludu Izraela, symbolizujący potęgę, siłę, wyzwolenie i odkupienie. Są także menory, czyli siedmioramienne świeczniki – symbole judaizmu i świątyni jerozolimskiej. Na żareckich macewach często pojawia się korona, znak rabinów lub też osób cieszących się szczególnym szacunkiem, są także drzewa. Te złamane mówią nam, że dana osoba zmarła w młodym wieku.

Na zdjęciach: cmentarz żydowski w Żarkach z 1821 r., potocznie zwany kirkutem na Kierkowie; fragment macewy z piaskowca z motywem kwiatowym z żareckiego cmentarza (fot. Michał Nowakowski)

Wspomniany już Eli Zborowski (1925-2012) to postać niezwykła. W czasie wojny jako nastolatek był łącznikiem żydowskiego podziemia. Po wojnie wraz z rodziną wyemigrował z Polski. Był przewodniczącym American and International Societies for Yad Vashem, organizacji wspierającej działania Yad Vashem w Izraelu. Zborowski przeżył wraz z członkami swojej rodziny okrutne, nieludzkie czasy Zagłady dzięki polskim rodzinom: Płaczków z Żarek i Kołaczów z Bobolic, u których razem rodzina ukrywała się przez długie 18 miesięcy. W 1978 roku rodzina Płaczków otrzymała Medal Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

Kolejnym wybitnym żarczaninem jest Wojciech Mszyca, który niestrudzenie działa na rzecz zachowania pamięci o żareckich Żydach. Przy ulicy Górki mieścił się prawdopodobnie trzeci żydowski cmentarz. Kiedy Wojciech Mszyca natrafił na jednej z posesji na fragment macewy przechowywany tam od lat 70., została ona odrestaurowana i w 2010 roku na terenie cmentarza przy ul. Górki zostało odsłonięte lapidarium, do aranżacji którego wykorzystano właśnie znaleziony fragment macewy. Napis na niej brzmi: …(odeszła) dusza jego święta i czysta we wtorek 16 adar riszon roku 499 według skróconej rachuby. Niech dusza jego związana będzie w węzełku życia. Z tego zachowanego fragmentu w języku hebrajskim wiadomo, że macewa została wykonana ku pamięci nieznanego Żyda zmarłego w dniu 24 lipca 1739 roku.

Dziś Żarki liczą około 4,5 tysiąca mieszkańców, czyli mniej, niż w chwili wybuchu II wojny światowej. Niestety, miasteczko w wyniku Holokaustu zostało bezpowrotnie pozbawione specyficznego, oryginalnego kolorytu mieszkającej tu przed laty żydowskiej społeczności. Wraz z Zagładą zniknęli oni z krajobrazu małego, jurajskiego miasteczka tak, jak zniknęły żółte, czerwone i niebieskie barwy z macew, ongiś nakładane przez miejscowych kamieniarzy. Szczęśliwie zachowały się w mieście po Żydach pamiątki, o których można powiedzieć, że jest ich wiele, a zarazem tak mało…

Na pewno to, co wyróżnia Żarki spośród niezliczonych miast i miasteczek, w których kiedyś obok polskiego tętniło życie polskich Żydów, to niezwykły Szlak kultury żydowskiej, powstały w 2005 roku, na który składa się siedem przystanków ze szczegółowymi, barwnymi tablicami w polskiej i angielskiej wersji językowej oraz strzałki kierunkowe, wyznaczające kierunek wędrówki zwiedzającym. Na szlaku znajduje się m.in. dom wspomnianej rodziny Płaczków.

Na początku zacytowałem fragment utworu autorstwa Wojciecha Młynarskiego: „Tych miasteczek nie ma już, okrył niepamięci kurz te uliczki, lisie czapy, kupców rój”. To fakt, że świat Żydów z polskich miasteczek i miast zniknął na zawsze wraz z ich mieszkańcami, ale przykłady miejsc takich jak Żarki dają nadzieję, że historia polskich Żydów z ich wielowiekową, barwną i ciekawą kulturą nie zostaną zapomniane, a pielęgnowana o nich pamięć stanowić będzie świadectwo hołdu, szacunku i uznania dla ich wkładu w naszą wspólną, bogatą historię.

Michał Nowakowski

Źródła: portale – Wirtualny Sztetl, Żydowski Instytut Historyczny, Brama Cukermana (Żarki Żydowskie. Zaginione fotografie), Świętokrzyski Sztetl, Orle Gniazda, Kirkuty

Zdj. u góry: fragment wapiennej macewy z wizerunkiem lwa z lapidarium żareckiego cmentarza; zdj. na stronie Aktualności: fragment macewy odnaleziony przez Wojciecha Mszycę (Michał Nowakowski)

Michał Nowakowski – mgr filologii angielskiej, absolwent Uniwersytetu Śląskiego w Sosnowcu, od 1997 roku tłumacz przysięgły języka angielskiego. Pasjonat historii starożytnej i nowożytnej, a zwłaszcza historii Polski, historii Żydów w Polsce, II wojny światowej, historii USA, w szczególności kultury Indian i wojen indiańskich, językoznawstwa i genealogii. Autor wydanej w 2016 roku książki pod tytułem „Oczy kuguara i inne opowiadania z krainy Indian”.




Wojenne wspomnienia Leona Kopelmana. Cz. 3

Wojenne wspomnienia Leona Kopelmana. Dalsze losy

Zapraszamy do poznania ostatniej części wspomnień Leona Kopelmana. Warszawiak z urodzenia, przeżył piekło warszawskiego getta. W pierwszych dniach sierpnia 1944 został wyzwolony z Gęsiówki przez żołnierzy batalionu „Zośka”. Jako ochotnik przeszedł z bronią w ręku szlak bojowy zgrupowania „Radosław” ze Starego Miasta na Czerniaków. Po wyzwoleniu w 1945 r. wraz z kolegą wyjechał do starożytnej kolebki swojego narodu – Palestyny.

4 października, 2019

Mniej więcej na początku czerwca 1945 r. ja z moim kolegą, Meir Bielickim, ruszyliśmy w drogę do Palestyny. Najpierw pojechaliśmy koleją w kierunku Czechosłowacji. Kiedyśmy dojechali do granicy czesko-polskiej, musieliśmy wysiąść z polskiego pociągu. Przepytywano nas, gdzie się wybieramy. Z pomocą oficera rosyjskiego, który powiedział, że jesteśmy z nim, udało nam się przesiąść do pociągu czeskiego. Tym pociągiem dojechaliśmy do Pragi.

W Pradze był obóz, gdzie zbierali się wszyscy uchodźcy, którzy chcieli jechać w rozmaitych kierunkach do swojej ojczyzny. Myśmy powiedzieli, że jedziemy do Niemiec. Ale w Pradze ci, którzy chcieli jechać do Niemiec, musieli przejść denazyfikację. Badali, czy to są rzeczywiście Niemcy, a jeśli tak, to szukali między nimi SS-manów, których zabierali. Nie chcieliśmy iść do tego obozu.

Postanowiliśmy więc pojechać koleją do Pilzna. W Pilznie byli już Amerykanie, a w Pradze Rosjanie. Były wtedy 4 strefy podzielone między Rosjanami, Amerykanami, Anglikami i Francuzami. Pojechaliśmy koleją. Doradzono nam, że gdy przyjdzie amerykańska kontrola wojskowa, na pytanie, czy jesteśmy Czechami, trzeba odpowiedzieć „Ano” (tak). I tak się stało. Dojechaliśmy do Pilzna. Tam też był obóz.

Spotkaliśmy tam żołnierzy amerykańskich, z którymi się zgadaliśmy i którzy zabrali nas w kierunku Austrii. W Austrii dotarliśmy do Salzburga. W Salzburgu był obóz. Po krótkim w nim pobycie wynajęliśmy mieszkanie i zatrzymaliśmy się tam mniej więcej na miesiąc. Szukaliśmy sposobu, jak można przedostać się do Włoch, a stamtąd znaleźć ewentualnie drogę do Palestyny.

Spotkaliśmy tam jakiegoś niby przewodnika, który miał nas przeprowadzić z Austrii przez teren okupowany przez Francuzów. Poprowadził nas, a potem opuścił w górach i uciekł. Jakimś cudem udało nam się dostać do Insbrucka, gdzie była już francuska strefa okupacyjna. W Insbrucku nawiązaliśmy jakieś kontakty z wojskowymi. Dostaliśmy mundury amerykańskie, niby to jako przedstawiciele UNRRA. Były to mundury wojskowe, ale bez żadnych dystynkcji. W tych mundurach udało się nam przejść przez przełęcz Brenner i stamtąd dalej dojechaliśmy do Mediolanu.

W Mediolanie było schronisko dla Żydów, którzy uratowali się w czasie wojny. Mieściło się ono przy via Unione 5, gdzie przedtem był komisariat policji. Byliśmy tam tylko kilka dni. Potem wynajęliśmy pokój niedaleko Piazza di Duomo. Był to w zasadzie taki wyższy strych, trochę zrujnowany w czasie bombardowania miasta w czasie wojny. Został on potem wyremontowany i prezentował się zupełnie przyzwoicie. Pokazywała nam go właścicielka, jak się potem okazało, Niemka z pochodzenia.

W trakcie oględzin lokalu wydarzyła się śmieszna historia. Pokój nie był jeszcze całkowicie uprzątnięty po remoncie, leżało tam na podłodze trochę drewna. Dyskutując z kolegą po polsku powiedziałem: „Te deski trzeba będzie stąd zabrać”. Słuchająca nas pilnie właścicielka wykazała pewne zdenerwowanie. Potem okazało się, że z naszej rozmowy wyłowiła słowo „Tedeschi” (fonetycznie „Tedeski”), co po włosku znaczy „Niemcy”. Pomyślała, że mamy wobec niej jakieś złe zamiary z racji tego, że jest Niemką. Wytłumaczyłem jej, na czym polega nieporozumienie i potem spokojnie już dobiliśmy targu.

Zatrzymaliśmy się tam na kilka tygodni. Cały czas szukaliśmy sposobu, jak dostać się do Palestyny. Dowiedzieliśmy się, że istnieje organizacja, która pomaga w tym zakresie Żydom. Z organizacją tą współpracowali żołnierze żydowskiej brygady palestyńskiej wchodzącej w skład armii brytyjskiej. W Mediolanie działali też przedstawiciele UNRRA, amerykańskiej instytucji pomagającej uchodźcom, w tym również Żydom, którzy nie radzili sobie w nowej rzeczywistości.

Pewnego dnia dowiedzieliśmy się, że jest organizowany kibuc. Była to forma organizacyjna podobna do sowieckiego kołchozu. Zadaniem kibucu było zgrupowanie Żydów planujących wyjazd do Palestyny. Ten kibuc rekrutował się z byłych partyzantów i byłych żołnierzy gett. My dwaj również się do niego zapisaliśmy jako żołnierze warszawskiego getta. Całą grupą wyjechaliśmy potem do miejscowości Aqua Santa (Święta Woda). W miejscowości tej były kąpieliska siarkowe, nad całą okolicą unosił się charakterystyczny zapach.

Zaczęliśmy tam przygotowania do wyjazdu. Między innymi mieliśmy też przysposobienie wojskowe prowadzone przez żołnierzy brygady palestyńskiej. Poinformowano nas, że zostaniemy przetransportowani statkiem. W ładowni statku, który był statkiem handlowym, będą zainstalowane hamaki. Umożliwi to zabranie stosunkowo dużej liczby ludzi w czasie jednego rejsu.

Pewnego dnia zawiadomiono nas, że następnego dnia rano wyruszymy do punktu koncentracji. Rzeczywiście zostaliśmy przewiezieni wojskowymi ciężarówkami do miejscowości Ascoli di Piceno. Nasza grupa liczyła kilkadziesiąt osób, ale zaczęto też tam zwozić Żydów z innych kibuców i nie tylko. Łącznie zebrało się tam ponad 1.000 osób.

Pewnego dnia organizatorzy wyprawy zabrali nam wszystkie dokumenty, jakie mieliśmy ze sobą: dowody osobiste, rozmaite legitymacje, zdjęcia itd. Nasza wyprawa była w zasadzie nielegalna. Powiedziano nam, że w razie wpadki lepiej będzie, jeżeli nie będzie żadnych dowodów na to, skąd i kiedy wyjechaliśmy.

Po pewnym czasie, pewnego poranka przyjechało do obozu 40 wojskowych ciężarówek. Na każdą z nich zapakowano około 25 osób. Wśród nas, poza mężczyznami były również dzieci i kobiety, niektóre ciężarne. Ciężarówki były szczelnie zakryte brezentem, mieliśmy zachować pełną ciszę.

Potem ciężarówki dotarły do punktu kontrolnego (check point), gdzie je zatrzymano. Po pewnym czasie ruszyły dalej. Jak się później dowiedziałem, na punkt kontrolny przyjechał jeep z wysokim oficerem, chyba majorem, żandarmerii wojskowej, tzw. Military Police. Nie wiem, jak załatwiono sprawę z majorem, czy dostał łapówkę. W każdym razie zwolniono nas i kolumna ruszyła dalej. Nie wiedzieliśmy, gdzie jedziemy.

Przed wieczorem dotarliśmy na miejsce. Jak się okazało, był to mały port rybacki, który nazywał się La Spezia. Kiedy zaczęliśmy wyładowywać się z ciężarówek, zauważyliśmy, że dookoła jest mnóstwo włoskich policjantów. Przy brzegu stał zakotwiczony niewielki statek o nazwie „Fede”, który miał nas przewieźć do Palestyny. Na wybrzeżu stał samochód pancerny z lufą armatki wycelowaną w statek. Policjanci powiedzieli nam, że jesteśmy aresztowani i nie wolno nam opuścić miejscowości. Ponieważ nie mieliśmy żadnej możliwości zakwaterowania na lądzie, pozwolono nam wejść na statek, aby przenocować.

Zdj. Leon Kopelman przy statku „Fede” (Leon Kopelman)

Jak wspomniałem wcześniej, w ładowni statku urządzone były „sypialnie”. Na specjalnym „rusztowaniu” z rur było zawieszone na linach mnóstwo brezentowych hamaków, jeden nad drugim, oddalonych o 25-30 cm. Spędziliśmy noc jak sardynki w puszce. Rano znów wyszliśmy do portu. Okazało się, że nie ma tu w zasadzie sanitariatów ani kranów z wodą.

Zaczęła się kampania prasowa. Prasa włoska twierdziła, że zatrzymano grupę faszystów, którzy chcieli uciekać do Ameryki Południowej. Inne gazety pisały, że są to Żydzi, którzy zostali zwolnieni z niemieckich obozów koncentracyjnych i chcą jechać do Palestyny. W wyniku rozgłosu o sprawie dowiedzieli się Anglicy. Ich przedstawiciele przyjechali do La Spezia i oświadczyli, że absolutnie nie możemy wyjechać do Palestyny. Na wyjazd niezbędny był tzw. certyfikat wydawany przez Anglików. Należy pamiętać, że w tym czasie Palestyna była pod mandatem brytyjskim.

Pewnego dnia przyjechała do La Spezia duża jednostka marynarki brytyjskiej. Anglicy chcieli zająć nasz statek, a nas przewieźć z powrotem do Niemiec. W odpowiedzi cała nasza ludność zaczęła wokół Anglików tańczyć żydowski taniec, który nazywał się hora. Tańcząc w koło otoczyliśmy żołnierzy brytyjskich. Byliśmy w stanie desperacji. Anglicy nie wiedzieli, jak się zachować. W końcu wydano odpowiednie rozkazy i żołnierze wycofali się.

Czas płynął. Po kilku dniach przyjechał do nas jakiś cywil, był to chyba człowiek z policji angielskiej. Poszedł przekonywać kapitana naszego statku, abyśmy dobrowolnie zgodzili się wrócić do Niemiec. Oczywiście, w żadnym wypadku nie wchodziło to w rachubę. Niedawno wydostaliśmy się żywi z tego piekła, nie chcieliśmy tam wracać. Naszym celem była nasza ojczyzna Palestyna.

Szef naszej grupy, nie pamiętam już jak się nazywał, wybrał z niej dziesiątkę byłych żołnierzy. Znalazłem się też w tej grupie. Zapowiedział nam, że jeśli Anglik będzie schodził ze statku, a on pokaże wymowny gest na gardle, mamy mu je poderżnąć i wyrzucić go za burtę do wody. W napięciu czekaliśmy na dalszy rozwój sytuacji. Anglik wyszedł, ale umówionego sygnału nie było. Policjant bezpiecznie wyszedł za bramę obozu.

Po kilku dniach rozpoczęliśmy strajk głodowy. Na bramie portu wywiesiliśmy duży transparent z białego płótna, na którym napisano w trzech językach: po angielsku, włosku i hebrajsku, że jest to strajk głodowy, w którym bierze udział 1014 osób i że będziemy głodować do śmierci. Na transparencie był zegar, na którym co godzinę przesuwaliśmy wskazówkę. Po kilkudziesięciu godzinach strajku ludzie byli już bardzo wyczerpani, niektórzy mdleli. Należy pamiętać, że wśród nas były kobiety w ciąży. Strajk trwał ponad 72 godziny.

Akcja była przez prasę nagłośniona na cały świat. Wybuchł potężny skandal. W Jerozolimie do naszej akcji przyłączyła się Agencja Żydowska – zalążek przyszłego rządu państwa Izrael. Jej przedstawiciele usiedli na krzesłach przed budynkiem Agencji i w geście solidarności głodowali razem z nami. Zrobiło to dodatkowe wrażenie i z pewnością przyczyniło się do pomyślnego rozwiązania naszych problemów.

Do La Spezia przyjechał sekretarz Labour Party, ówczesnej partii rządzącej, Harold Lasky. On również próbował nas przekonać, byśmy wrócili do Niemiec, gdzie będziemy mieli zapewnione dobre warunki, a on w międzyczasie będzie się starał o certyfikaty wyjazdowe dla nas. Kategorycznie odmówiliśmy przyjęcia jego warunków. Pan Lasky wrócił do Anglii i poinformował rząd o zaistniałej sytuacji. Przez cały czas trwała intensywna kampania prasowa.

W końcu dostaliśmy wiadomość, że przyznano nam 1014 certyfikatów wyjazdowych do Palestyny. Przybyli do portu przedstawiciele Wielkiej Brytanii. Oświadczyli, że stojący przy nabrzeżu statek jest stanowczo za mały, aby przewieźć tyle osób i że jest niezbędny co najmniej drugi statek. Nasza organizacja zapewniła dodatkowy statek. Tymi dwoma statkami wyruszyliśmy wreszcie w podróż do Palestyny. Pierwszy statek nazywał się „Fede”, potem nazwano go „Dov Hoz”, a drugi nazywał się „Fenice”, nazwano go „Eliau Golomb”. W porcie La Spezia przebywaliśmy kilka tygodni.

Podróż trwała 10 dni. Na statku była żywność zgromadzona przez żołnierzy brygady palestyńskiej. Dzielili się oni z nami swoimi racjami żywnościowymi. Po drodze napotkaliśmy ogromne fale. Pamiętam, że koło Krety już prawie wszyscy mieli chorobę morską. Tylko kilku z nas, między innymi ja, trzymało fason. Dawaliśmy chorującym wodę do picia, była to jedyna pomoc, której mogliśmy udzielić.

W końcu, chyba 20 maja 1946 r. dotarliśmy do Palestyny. Zeszliśmy na ląd w porcie Hajfa. Czekał tam na mnie ojciec i siostra. Niestety, nie było z nami matki, zginęła w obozie w Treblince. Ojciec pozostał wdowcem, miał bardzo małe mieszkanie i warsztat w Jerozolimie. W tej sytuacji na pewien czas zatrzymałem się u mojej siostry, która mieszkała w Tel Awiwie.

Pewnego dnia na głównej ulicy w Tel Awiwie, nazywającej się Alenbi, zobaczyłem dużą limuzynę amerykańskiej produkcji, z otwartym dachem. Za kierownicą siedział mój stary znajomy Grek-Francuz z Milanówka. Na limuzynie była polska chorągiewka i litery CD (korpus dyplomatyczny). Zwróciłem się do polskiej ambasady i spytałem, czy on w niej pracuje. Okazało się, że tak, pełni funkcję niby szofera. Spotkałem się z nim, byłem wtedy w wojsku. Nawiązaliśmy towarzyskie stosunki.

Okazało się, że planuje on wyemigrować do Kanady ze swoją narzeczoną, która potem została jego żoną. Przed wyjazdem zaproponował mi, że przekaże mi swoją aktualną posadę. Pracował w dużej firmie samochodowej, której właścicielem był brat jego ciotki. Firma nazywała się Karaso. W rezultacie pracowałem w tej firmie 12 lat, a potem otworzyłem własny interes. Moja firma zajmowała się importem części samochodowych.

Potem wyjechałem do Ameryki poszukując odpowiednich części samochodowych dla mojej firmy. Chciałem tam załatwić sobie różne przedstawicielstwa firm amerykańskich, co mi się naprawdę udało. Byłem również w podobnym celu w rozmaitych krajach w Europie. Wszystko to spowodowało, że firma moja rozwinęła się, interes szedł bardzo dobrze.

Teraz od kilku lat jestem na emeryturze. Mam troje dzieci – dwóch synów i córkę. Doczekałem się dziewięciorga wnucząt – 4 chłopców i 5 dziewczynek.

Nie czuję nienawiści do niemieckiego narodu za to, co uczynił mnie i moim rodakom. Nie czuję nienawiści, a raczej litość za to, co uczynił Niemcom szalony i okrutny wariat. Oni również zapłacili wysoką cenę za lata faszyzmu. Potem ciężką pracą odbudowali swój zniszczony wojną kraj. Chciałbym jedynie, aby nie zostały wymazane z pamięci ludzkości te straszne lata pogardy wobec człowieka.

Leon Kopelman

Zdj. u góry: ogłoszenie Deklaracji Niepodległości Izraela w 1948 r. (Wikipedia); zdj. na stronie Aktualności: Leon Kopelman zmobilizowany do armii izraelskiej w 1948 r. (Leon Kopelman)

Opr. Anna Kilian

Leon Kopelman, ur. 26.04.1924 r. w Warszawie, ocalony z getta warszawskiego żołnierz-ochotnik batalionu „Zośka” zgrupowania AK „Radosław”




Wojenne wspomnienia Leona Kopelmana. Cz. 2

Wojenne wspomnienia Leona Kopelmana. Powstanie 1944 i wyzwolenie

Zapraszamy do poznania wojennych wspomnień Leona Kopelmana. Warszawiak z urodzenia, przeżył piekło warszawskiego getta. W pierwszych dniach sierpnia 1944 został wyzwolony z Gęsiówki przez żołnierzy batalionu „Zośka”. Jako ochotnik przeszedł z bronią w ręku szlak bojowy zgrupowania „Radosław” ze Starego Miasta na Czerniaków. Po wyzwoleniu w 1945 r. wraz z kolegą wyjechał do starożytnej kolebki swojego narodu – Palestyny. Część trzecia i ostatnia wspomnień, poświęcona powojennym losom autora – jutro.

3 października, 2019

Kiedy wybuchło powstanie w sierpniu 1944 r., Niemcy postanowili przenieść nas z Pawiaka na Gęsiówkę. Przed wybuchem powstania nie mieliśmy pojęcia, że ono wybuchnie. Nie mieliśmy właściwie żadnych sygnałów. Pierwszy sygnał mieliśmy, kiedy Niemcy wyprowadzili nas z Pawiaka na Gęsiówkę.

My nie byliśmy pewni, czy oni naprawdę chcą nas przenieść, czy też planują nas zlikwidować. Wiedzieliśmy, że w drodze między Pawiakiem a Gęsiówką był plac, gdzie Niemcy przeprowadzali egzekucje zabijając polskich więźniów. Znaliśmy cały teren i wiedzieliśmy jak przebiega droga z Pawiaka na Gęsiówkę. Umówiliśmy się między sobą, że jeśli dojdziemy do miejsca, które prowadzi na plac, na którym były egzekucje to wszyscy się tam rozbiegniemy. Każdy będzie biegł w innym kierunku, kto się będzie miał uratować, ten się uratuje. Jeżeli natomiast pójdziemy drogą na Gęsiówkę, to będziemy szli spokojnie.

Okazało się, że konwojenci przyprowadzili nas na Gęsiówkę. Na Gęsiówce byli Niemcy i Żydzi greccy sprowadzeni tutaj z Auschwitz. Zajmowali się oni zbieraniem wszystkich wartościowych rzeczy z domów byłego getta, które było już zupełnie opuszczone. Wszyscy Żydzi zostali wywiezieni. Więźniowie z Auschwitz mieli na sobie pasiaste ubrania z papieru. Żydzi bardzo w nich marzli, bo pogody były rozmaite a oni nie mieli żadnego innego ubrania. Codziennie chodzili do pracy, pracowali bardzo ciężko. Niemcy maksymalnie utrudniali im życie, kazali nosić cegły w drodze do pracy. Zrozumiałe, że właściwie nie dawali im prawie nic do jedzenia. Myśmy trochę im pomagali, mieliśmy stosunkowo lepsze warunki.

Kilka dni potem, nie pamiętam dokładnie daty, Pawiak został zajęty przez Armię Krajową. Potem przyszli do nas na Gęsiówkę czołgami i piechotą i wyzwolili nas z Gęsiówki. Myśmy się bardzo ucieszyli, a powstańcy zabrali do niewoli tych co nas pilnowali, Ukraińców i Niemców.

W momencie wybuchu powstania jeden z moich współwięźniów, kulawy ślusarz, wykopanym wcześniej tunelem ze stolarni przeszedł kanałami do miasta. Inny mój znajomy, pan Bielecki, który dziś żyje w Izraelu, po likwidacji getta ukrywał się w bunkrze na Starówce i żył tam kilka miesięcy do czasu wyzwolenia. Kiedy wyszedł z bunkra, miał już dużą brodę, bo nie było tam warunków, żeby się ogolić.

Ocalał również mój szkolny kolega Fredek Ajdelbaum. Po likwidacji getta był przechowany z całą swoją rodziną przez Polaka p. Józefa, którego nazwiska, niestety, nie pamiętam. W czasie powstania 1944 r. i po jego zakończeniu ukrywał się w bunkrze do momentu wyzwolenia Warszawy przez Rosjan.

Myśmy włamali się do magazynów niemieckich. Wzięliśmy stamtąd wojskowe mundury niemieckie i broń – karabiny. Nie pamiętam dokładnie, jakiego gatunku była to broń, chyba były to takie małe karabiny maszynowe, krótkie. Ubraliśmy się w niemieckie mundury – panterki. Natychmiast zgłosiliśmy się do służby w Armii Krajowej, z którą walczyliśmy później na Starym Mieście. Byliśmy w jednostce, która nazywała się batalion „Zośka”. Powstańcy mieli 2 czołgi, które zdobyli na Niemcach. Byliśmy razem z żołnierzami z „Zośki” na Starówce, która była bardzo mocno ostrzeliwana przez Niemców pociskami Nebelwerfer. Były to pociski zapalające, burzące domy i wzniecające pożary. Była to straszna broń.

Nie pamiętam, niestety, nazwisk i pseudonimów ludzi, którzy byli ze mną w plutonie „Zośki”. Pamiętam tylko nazwiska Żydów z Pawiaka, którzy byli tu ze mną. Między innymi byli to Wiśnia i Filar. Filar zginął śmiercią żołnierza w Powstaniu, został odznaczony za męstwo. Pan Wiśnia został po zakończeniu wojny w Polsce, gdzie zmarł kilka lat temu. Pamiętam jednak doskonale, że był tam jeden młody porucznik, który został zraniony odłamkami szrapnela. Miał wiele ran, z których ciekła krew. Jak z kolegą złapaliśmy jakiś wózek, położyliśmy na nim rannego porucznika i zawieźliśmy do tymczasowego szpitala, który był na Starówce. Z racji posiadanej przez nas broni walczyliśmy na Starym Mieście jako żołnierze, a nie sanitariusze lub łącznicy.

Ciężkie walki trwały jakiś czas. W końcu widzieliśmy, że jesteśmy otoczeni i nie ma żadnej możliwości uratować się. Pewnej nocy pod koniec września przeszliśmy kanałami kanalizacyjnymi ze Starówki na Śródmieście. Droga była, co zrozumiałe, bardzo nieprzyjemna. W kanałach było ciemno, zapach był nienajlepszy, szliśmy nie bardzo wiedząc, dokąd. Mieliśmy ze sobą jakiegoś przewodnika, który najprawdopodobniej na tym się znał. Trwało to kilka godzin i w końcu wyszliśmy z tego kanału w Śródmieściu. Było to, jeśli sobie dobrze przypominam, na Nowym Świecie przy Wareckiej, ale nie jestem tego pewien.

W Śródmieściu było zupełnie inne życie. Tam wówczas był jeszcze zupełny spokój. Niemcy wtedy jeszcze zupełnie nie atakowali Śródmieścia. Najpierw zajęli się Starówką, dopiero potem zabrali się za Śródmieście. Na Śródmieściu w międzyczasie powstały rozmaite niby biura. Zrobiono niby tymczasowy rząd i tymczasowy magistrat i rozmaite urzędy, atmosfera była bardzo dobra. Myśmy przyszli ze Starówki bardzo zmęczeni i brudni, z bronią, której w Śródmieściu było raczej mało. Na Śródmieściu bardzo ładnie nas przyjęli.

Jako ciekawostkę pamiętam, jak poszedłem do mojego domu na Kruczą 7, gdzie mieszkałem przed wojną. Spotkałem tam moich przyjaciół, kolegów i sąsiadów sprzed wojny. Kiedy mnie zobaczyli, bardzo się ucieszyli i powiedzieli: „Lolek, ty jeszcze żyjesz?” Trudno im było uwierzyć, że się uratowałem, żyję jeszcze i na dodatek przychodzę z bronią i w mundurze jako żołnierz Armii Krajowej.

Po zlikwidowaniu obrony Starówki zaczęli atakować Śródmieście. Myśmy ze Śródmieścia przeszli na Czerniaków. Na Czerniakowie znowu były ciężkie walki. Niemcy zaczęli nas ostrzeliwać, bombardować i atakować czołgami. Ciekawym zdarzeniem było spotkanie z jednostką niby to Czerwonej Armii, a właściwie było to Wojsko Polskie, którego żołnierze byli rekrutowani w Rosji, tzw. armia Berlinga. Przepłynęli oni jako desant przez Wisłę. W końcu skoncentrowaliśmy się wszyscy w jednym miejscu, broniąc domu na Czerniakowie. Byli tam też z nami oficerowie Armii Czerwonej, którzy kiedy atakowały nas czołgi, kierowali przez radiostację ogniem artylerii z Pragi, aby zlikwidować te czołgi.

W końcu bronił się tam ostatni dom, w którym była też ludność cywilna. Wywiesili oni białe prześcieradło, że niby się poddajemy. W końcu wszyscy dostaliśmy się do niewoli. Wtedy Niemcy zabrali nas w Aleję Szucha, gdzie była główna komendantura Gestapo. Tam trzymano nas 2 dni. Ja obawiałem się, żeby nie rozpoznali mnie gestapowcy, którzy znali mnie z mojej pracy w garażach na Dynasach. Jakoś mi się jednak udało.

Z Alei Szucha przeprowadzono nas na Wolę do kościoła. Tam miedzy innymi byli Żydzi z Węgier, przywiezieni swojego czasu z Auschwitz na Gęsiówkę. Dwóch z nich zwróciło się do Niemca. Powiedzieli, że oni są z Auschwitz i nie mają nic wspólnego z powstaniem. W odpowiedzi Niemiec postawił ich pod ścianą i rozstrzelał.

Z Woli przewieźli nas do Pruszkowa. W Pruszkowie były takie duże hangary, w których przeprowadzano selekcję. Jeńców z Armii Krajowej Niemcy zabierali do obozów jenieckich w Niemczech, młodych cywili zabierano do pracy w Niemczech, a starszych i dzieci wysyłano w rozmaitych kierunkach do Generalnej Guberni, znajdującej się pod okupacją niemiecką.

Ja czułem się niezbyt pewnie. Było pewne, że jeśli się wyda, że jestem Żydem, nie mam żadnej szansy, aby się uratować. Zwróciłem się do ludzi z Armii Krajowej, aby mi pomogli, w miarę możliwości. Powiedzieli mi, że polskim naczelnikiem tego hangaru jest członek Armii Krajowej i możliwe, że on będzie mógł mi pomóc. Zwróciłem się do niego o pomoc. Powiedział mi, że codziennie przed wieczorem Niemcy robią selekcję i wagonami wysyłają wszystkich młodych do Niemiec, albo do pracy, albo do niewoli.

Powiedział mi, że on mnie przechowa. W hangarze była taka komórka, w której miałem się schować, gdy będzie selekcja. W tej komórce poza mną ukrywała się jedna pani oraz dwóch chłopaków z Armii Krajowej. Kiedy skończyła się selekcja i Niemcy wyszli, naczelnik hangaru spytał mnie, w jaki sposób on może mi pomóc. Powiedziałem, że nie mam żadnego dowodu osobistego. Zabrał mnie wtedy do swojego biura i pokazał mi rozmaite dowody osobiste, po niemiecku Kennkarty i powiedział, żebym wybrał sobie coś, co będzie odpowiednie dla mnie. Wybrałem sobie Kennkartę na nazwisko Andrzej Białobrzeski. I od tego dnia stałem się Andrzejem Białobrzeskim. Z Czerniakowa przybyłem do Pruszkowa jeszcze w mundurze niemieckim. Potem przebrałem się jednak w cywilne ubranie.

Potem powiedziano mi, żebym zwrócił się do lekarki obozu, która nazywała się doktor Kiełbasińska. Była ona volksdeutschką i szukała sobie alibi, żeby po wojnie nie robiono jej problemów. Jej mąż był Polakiem. Poszła ona do głównego lekarza tego obozu, Niemca i wydostała od niego zaświadczenie, niby to dla jakiegoś niewolnika, że jest chory na suchoty, gruźlicę. Potem powiedziała mi, że kiedy będzie jechała z Pruszkowa do swojego domu, do szpitala w Milanówku, będę mógł z nią pojechać. W ten sposób wydostanie mnie z Pruszkowa.

I rzeczywiście tak się stało. Wywiozła mnie i przyjechaliśmy do Milanówka. W Milanówku powiedziała mi: „No, teraz jesteś wolny, możesz sobie iść dokąd zechcesz.” A ja jej powiedziałem, że nie mam dokąd iść i chętnie zostałbym w szpitalu. Był to Szpital Chirurgiczny nr 1 w Milanówku. Naczelnym lekarzem szpitala i dyrektorem był pan Jan Matusiak. Mieścił się w wilii, która nazywała się „Perełka”. Było tam dużo rannych z powstania, którzy tam byli leczeni. Robiono im tam różne amputacje i inne zabiegi. Pracowałem tam niby jako sanitariusz, ale wykonywałem też różne inne prace. Siostrami była zakonnice Polki. Personel szpitala nie wiedział, że jestem Żydem, może niektórzy się domyślali. Znałem stosunkowo dobrze język polski, tak więc ludzie z mojego otoczenia myśleli, że jestem Polakiem, a nie Żydem.

Gdy byłem już w Milanówku, dowiedziałem się, nie pamiętam już w jaki sposób, pod jakim adresem przebywa ranny na Starówce porucznik, o którym wcześniej opowiadałem. Pojechałem do niego i opowiedziałem mu, kim jestem i gdzie się spotkaliśmy. On poradził mi, żebym udał się do Armii Krajowej w Kielcach. Dał mi nawet list polecający, w którym napisał, że jestem dobrym i odważnym żołnierzem mimo … mojżeszowego pochodzenia. Nie bardzo podobał mi się ostatni fragment listu. Postanowiłem nie jechać do Kielc i pozostałem w Milanówku.

Pewnego dnia, gdy byłem w szpitalu, zwrócono się do mnie o pomoc. Powiedziano, że leży tu jakiś jeniec, chyba wojskowy, Francuz. Ponieważ znałem trochę języki, poproszono, abym się z nim dogadał. Poprosiłem, żeby zostawiono mnie z nim sam na sam w pokoju. Kiedy tak się stało poznałem tego niby Francuza. Był to jeden z Żydów greckich, którego znałem jeszcze z Gęsiówki. Nazywał się Ino Varsano, a przedstawiał się jako Francuz Jean Vearsaneux. Pytałem go co z nim jest, czy rzeczywiście jest ranny. Powiedział mi, że jest zdrowy i żeby mu pomóc.

Pomyślałem, co mam z nim zrobić. W końcu postanowiłem, że wyślę go na wieś położoną 14 kilometrów za Milanówkiem, gdzie szpital miał dom dla rekonwalescentów. Wysyłano tam wszystkich rekonwalescentów, którzy byli prawie zdrowi po szpitalu. Powiedziałem, że trzeba go tam wysłać, bo musi porządnie odpocząć. Jedynym środkiem komunikacji między szpitalem a domem na wsi był wózek z koniem. Co tydzień wysyłaliśmy ze szpitala żywność do wiejskiego domku. Tego dnia „Francuz” pojechał na tym wózku z produktami i pozostał w domku prawie do końca wojny. Ja od czasu do czasu przesyłałem mu za pośrednictwem furmana ukłony. Nie miałem potem od niego żadnej wiadomości.

W styczniu była ofensywa Rosjan. Wyzwolili oni Milanówek i tę część Polski w drodze do Niemiec. Natychmiast ruszyłem piechotą do Warszawy. Było to mniej więcej 30 kilometrów, jak sądzę. Dotarłem na Pragę, bo Warszawa lewobrzeżna była zupełnie zburzona. Na Pradze było wszystko tak, jak przedtem. Spotkałem tam innych ocalonych Żydów. Była tam już gmina żydowska. Mieli biuro i spisy uratowanych. Spotkałem tam innych uratowanych i żyliśmy na Pradze do maja 1945 roku, kiedy skończyła się wojna.

Na Pradze po wyzwoleniu spotkałem mojego znajomego Greko-Francuza. W międzyczasie nauczył się już trochę mówić po polsku (Żydzi mają na ogół zdolności językowe) i pracował jako szofer w fabryce czekolady Wedla.

Leon Kopelman

Zdj.u góry: legitymacja ze szpitala w Milanówku na nazwisko Andrzej Białobrzeski (Leon Kopelman); zdj. na stronie Aktualności: Leon Kopelman w Warszawie po wyzwoleniu (Leon Kopelman)

Opr. Anna Kilian

Leon Kopelman, ur. 26.04.1924 r. w Warszawie, ocalony z getta warszawskiego żołnierz-ochotnik batalionu „Zośka” zgrupowania AK „Radosław”