Smak gettowego życia 10. Kuchnia popularna – Leszno 40

Smak gettowego życia 10. Kuchnia popularna – Leszno 40

Zapraszamy do lektury kolejnego felietonu Agnieszki Witkowskiej-Krych z cyklu zatytułowanego „Z życia w getcie”, w którym autorka przybliża m.in. kwestie wyżywienia mieszkańców getta, działalność doraźnie organizowanych punktów dożywiania przeznaczonych dla głodujących mieszkańców oraz kuchni dedykowanych dzieciom i niemowlętom, Transferstelle.

13 czerwca 2019

Autorka opowiada o gmachach Sądów, będących punktem przerzutowym dla szmuglujących żywność, zabiegach Janusza Korczaka o pomoc dla Głównego Domu Schronienia, tzw. komitetach domowych, o ludziach i instytucjach, które musiały zmierzyć się z zadaniem niemal niewykonalnym: wykarmienia i uchronienia od śmierci głodowej. Felietony publikujemy na naszej stronie internetowej co tydzień. Zapraszamy do tej niełatwej, opartej na różnorodnej i solidnej bazie źródłowej, lektury.

Urodzony w Warszawie Bogdan (Dawid) Wojdowski, który jako nastolatek trafił do warszawskiego getta, w przejmującej, opartej na faktach i własnych przeżyciach powieści Chleb rzucony umarłym kreśli obraz głodu towarzyszący mieszkańcom dzielnicy zamkniętej: „Pierwsze dni głodu najgorsze, potem już można wytrzymać. Najpierw przychodzi znużenie, ciążą ręce i nogi, każde słowo urasta do bolesnego zgiełku w uszach. Barwy nie cieszą oczu, a światło je rani. (…) Ciągle pić się chce, schną spękane usta. Szczęki zaciskają się same i odzywa się ból za uszami na widok cynowej łyżki porzuconej na stole. Wtedy zaczynają się myśli o jedzeniu, straszne, wyczerpujące rojenia. Żołądek pracuje jak syfon. Wystarczy mu myśl o kawałku brukwi i już zęby rozdzierają z chrzęstem włóknistą miazgę, a sok słabo przypominający czarną rzepę, łagodniejszy w smaku i słodkawy, spływa do gardła i zwilża spuchnięty język, zostawiając w ustach cierpki osad. (…) Od brukwi myśl się odrywa i buja wysoko. — Kiedy przywiozą ten chleb?” (1971, s. 24-25).

Chleb – obiekt pożądania dziesiątek, setek tysięcy ludzi stłoczonych na niewielkim obszarze wydzielonym z tzw. Dzielnicy Północnej. Ludzi, których ogromna większość zmarła z głodu, chorób, wycieńczenia, w trakcie akcji wysiedleńczych i w obozie zagłady w Treblince. Żywność: w getcie obok pożądających chleba i marzących o brukwi byli i tacy, którzy stołowali się w kawiarni „L’Ourse”, a w „Gazecie Żydowskiej” z 1 sierpnia 1941 informowano, że w kuchni przy ulicy Leszno 11 „rozprowadzone zostaną cukierki dla dorosłych oraz dodatkowo dla dzieci o masie 50 gram”. Nie zmienia to jednak ogólnego obrazu miejsca, w którym zdobycie żywności było sprawą ogromnej wagi – warunkującą, choć nie gwarantującą przetrwania.

W cyklu felietonów Agnieszki Witkowskiej-Krych zatytułowanych „Z życia w getcie” chcemy przybliżyć kwestie wyżywienia mieszkańców getta: działalność doraźnie organizowanych punktów dożywiania przeznaczonych dla głodujących mieszkańców oraz kuchni dedykowanych dzieciom i niemowlętom, Transferstelle. Autorka opowiada o gmachach Sądów, będących punktem przerzutowym dla szmuglujących żywność, zabiegach Janusza Korczaka o pomoc dla Głównego Domu Schronienia, tzw. komitetach domowych, o ludziach i instytucjach, które musiały zmierzyć się z zadaniem niemal niewykonalnym: wykarmienia i uchronienia od śmierci głodowej.

Felietony publikujemy na naszej stronie internetowej co tydzień. Zapraszamy do tej niełatwej, opartej na różnorodnej i solidnej bazie źródłowej, lektury.

Prof. Konrad Zieliński, kierownik działu naukowo-badawczego Muzeum Getta Warszawskiego

Kuchnia popularna – Leszno 40

Budynek mieszczący się pod adresem Leszno 40 szczęśliwie nie został zniszczony podczas pierwszych wojennych bombardowań Warszawy. Zachowany we względnie dobrym stanie stał się miejscem, gdzie już w październiku 1939 roku ulokowana została kuchnia ludowa. Lokal przeznaczony na działalność kuchni mieścił się na pierwszym piętrze i był – jak na owe czasy – dobrze wyposażony: pomieszczenie, w którym gotowano zupy było duże i posiadało przedpokój, do którego wchodziło się z oficyny kuchennymi schodami. Z częścią frontową, w której wydawane były obiady, łączył kuchnię korytarz.

Obiegowo określało się to miejsce kuchnią dla literatów, choć stołowali się tam również inni mieszkańcy getta, między innymi Abraham Braxmeier, sportowiec pochodzący z Karlsbadu. Deportowany do Zbąszynia jako obywatel polski, był wcześniej internowany w Dachau. Ostatecznie został przewieziony do Warszawy i umieszczony w getcie.

Na czele kuchni od samego początku jej istnienia stała Rachela Auerbach, przedwojenna literatka i dziennikarka. Miała ona z jednej strony zarządzać tą instytucją, z drugiej zaś – z polecenia Emanuela Ringelbluma, kronikarza getta warszawskiego – dokumentować pisarsko jej istnienie. Początkowo chciała móc nakarmić wszystkich potrzebujących, a nawet, w miarę możliwości, dodatkowo wspomagać osoby szczególnie zasłużone. Było to niemożliwe, więc – jak wspominała po wojnie – z każdą chwilą musiała stawać się coraz bardziej nieugięta wobec próśb, a nawet prób wyłudzeń. Sytuacja ta była dla niej jednak szczególnie trudna, ponieważ Auerbach czuła, że od jej decyzji może zależeć czyjeś życie. Pisała o sobie z wyrzutem: „Ile razy byłam nieuprzejma, twarda, zła z powodu bezradności. Już bowiem wiedziałam aż za dobrze, że wszystkich obdzielić nie można. Ile musiałam wytrzymać szturmów głodomorów, w takiej czy innej formie. Dyrektorzy Jointu [czyli American Jewish Joint Distribution Committee, który subsydiował kuchnię] są nieosiągalni, obstawieni woźnymi, schronieni w głębi korytarzy i westybuli, ale kierowniczka kuchni też stanowi część Jointu i najłatwiej wyładować właśnie na niej złość, rozgoryczenie niesprawiedliwością świata, ból, beznadzieję, cały ciężar historycznego kataklizmu w każdym indywidualnym wariancie” (Rachela Auerbach, „Pisma z getta warszawskiego”, Warszawa 2015, s. 220).

Rachela Auerbach pisała także o tym, co działo się nie tylko „od frontu”, ale też na tyłach jej kuchni. Wspominała bowiem, że pewnego dnia: „gromada dzieci zakradła się kiedyś do korytarza kuchni i w dziwnej ciszy zaszyła się w ciemnym kącie. Później okazało się, że stał tam kosz z liśćmi kapusty i przyszło mi podziwiać zdrowy instynkt tych dzieci. Jak młode króliki dopadły do surowych liści i wcinały, wcinały, czym prędzej, zanim je przepędzą, chrzęściły zębami – napakowały sobie brzuchy nieco robaczywymi i zabłoconymi witaminami” (Rachela Auerbach, „Pisma z getta warszawskiego”, Warszawa 2015, s. 223). Kuchenne odpady być może były dla nich wówczas jedynym możliwym dostępnym jedzeniem.

Kuchnia przy Lesznie 40 działała nieprzerwanie praktycznie przez cały okres istnienia getta. Po akcji likwidacyjnej, która zakończyła się we wrześniu 1942 roku, obsługiwała inną klientelę, a mianowicie pracowników szopów należących do Waltera Toebensa, które zlokalizowane były niedaleko.

Agnieszka Witkowska-Krych – antropolożka kultury, hebraistka, socjolożka, w ostatnich latach kustoszka w Muzeum Warszawy, badaczka życia i spuścizny Janusza Korczaka, współpracowniczka Fundacji Forum Dialogu i Centrum Kultury Jidysz, autorka tekstów o „sprawach ostatnich” – ostatniej drodze Korczaka i jego podopiecznych, ostatnim przedstawieniu wychowanków żydowskiego Domu Sierot i ostatnich zapiskach w Korczakowskim Pamiętniku.

Opr. Anna Kilian




Spacer varsavianistyczny ulicą Sienną – „ładną, czystą i spokojną”

Spacer varsavianistyczny ulicą Sienną – „ładną, czystą i spokojną”

Kolejny spacer varsavianistyczny Muzeum Getta Warszawskiego przyciągnął wielu pasjonatów historii stolicy, zainteresowanych kulturą żydowską. Został poprowadzony przez Jagnę Koftę ulicą Sienną, która przed wojną i w czasie okupacji stanowiła ważną część tzw. żydowskiej Warszawy.

12 czerwca 2019

Zebrani ruszyli sprzed Teatru Studio w Pałacu Kultury i Nauki, zatrzymując się najpierw w pobliżu Teatru Lalka. Być może teatr ten, przeznaczony dla młodego widza, otrzymał swoją stałą siedzibę w Pałacu właśnie dlatego, że nieopodal, przy Siennej 16, znajdował się przed wojną Związek Pracowników Handlowych, Przemysłowych i Biurowych, a w czasie okupacji – ostatnia lokalizacja Domu Sierot, prowadzonego przez Janusza Korczaka i Stefanię Wilczyńską. To stamtąd dzieci i ich opiekunowie zostali wyprowadzeni na Umschlagplatz w upalny dzień 5 sierpnia, skąd wywieziono wszystkich do obozu w Treblince i zamordowano. Nieopodal, przy Pałacu Kultury i Nauki od strony ulicy Świętokrzyskiej, w Parku Świętokrzyskim, stoi pomnik Janusza Korczaka.

Sienna, w większości swojego przedwojennego przebiegu, zniknęła z topografii współczesnej Warszawy. Jej pozostałości, po tym, jak przez dwieście lat była ona świadkiem rozwoju miasta, dziś są pocięte przez arterie komunikacyjne powstałe na dawnych terenach getta – Emilii Plater i Jana Pawła II.

„Sienna to ulica ludzi bogatych, ładna, czysta i spokojna. Wielkie fale ruchu gettowego tu nie dochodziły. Widziało się tylko tu i ówdzie grupy spacerowiczów, trochę starszych panów i pań. Trochę młodzieży. (…) Na zniszczonym przez bomby rogu Wielkiej zimą nawet można było jeździć na sankach” – można przeczytać w jednym ze wspomnień z getta warszawskiego.

Ulicę Śliską nazywano bliźniaczą do Siennej. Isaak Bashevis Singer pisał w tekście „Każda żydowska ulica w Warszawie była osobnym miastem”, opublikowanym w nowojorskim „The Forward” w 1944 r.: „Warszawscy Żydzi dzielili stolicę na „te” i „tamte” ulice. (…). Za dobre uważano ulice położone w południowej części żydowskiej Warszawy: Śliską, Pańską, Grzybowską, Twardą, plac Grzybowski, Gnojną, Krochmalną, Mariańską. (…) Tutaj mieszkała najpobożniejsza i najbardziej konserwatywna część warszawskich Żydów. (…) najczęściej widziało się małe sklepy z żywnością, przyprawami korzennymi, mlekiem, słodyczami oraz składziki węglowe. (…) Trudno sobie wyobrazić, że całe to pulsujące i pełne blasku życie zgasło, że ten olbrzymi zbiór ludzkich niezwykłości został starty z powierzchni ziemi”.

Spacer poprowadziła Jagna Kofta – edukatorka, socjolog, przewodniczka, która na stałe współpracuje z działem edukacyjnym Muzeum Getta Warszawskiego. Wcześniej była związana z Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Jagna Kofta prowadzi wykłady, zajęcia i szkolenia edukacyjne, oprowadza wycieczki. Regularnie współpracuje z Fundacją Szalom, Fundacją Taubego i z Jewish Community Center. Współautorka aplikacji o Januszu Korczaku „Warszawa jest moja”.

Kolejny spacer varsavianistyczny Muzeum Getta Warszawskiego – 7 lipca.

Anna Kilian

GALERIA




„Podpisanie umowy między Muzeum Getta Warszawskiego a Fundacją Nissenbaumów to historyczne wydarzenie”

„Podpisanie umowy między Muzeum Getta Warszawskiego a Fundacją Nissenbaumów to historyczne wydarzenie”

Podpisana 6 czerwca w Sali im. Józefa Piłsudskiego – znajdującej się na XI piętrze gmachu PAST-y – umowa o wzajemnej współpracy Muzeum Getta Warszawskiego i Fundacji Nissenbaumów jest już szóstym z kolei porozumieniem dotyczącym kooperacji, jakie podpisała nasza instytucja. MGW podpisało już takie umowy z Muzeum Treblinka, Muzeum Powstania Warszawskiego, Towarzystwem Społeczno-Kulturalnym Żydów w Polsce, Muzeum na Majdanku i Instytutem Pamięci Narodowej.

7 czerwca 2019

To pierwsza umowa o współpracy podpisana przez dyrektora Muzeum Getta Warszawskiego, Alberta Stankowskiego z organizacją międzynarodową. Fundacja Nissenbaumów od 36 lat ratuje świadectwa i zabytki kultury żydowskiej w Polsce, upamiętnia miejsca walki i męczeństwa Żydów, upowszechnia wiedzę o tradycjach wspólnych relacji polsko-żydowskich. „Upamiętniamy tych, o których nikt już nie może się upomnieć” – powiedział dyrektor Muzeum, Albert Stankowski.

Wspólne działania MGW i Fundacji Nissenbaumów będą celować w „utrwalenie pamięci o społeczności żydowskiej, w szczególności tej jej części, która żyła i zginęła w Warszawie, w getcie warszawskim” – powiedziała dr Halina Postek, kierowniczka Działu Edukacji Muzeum zaznaczając, że liczy na wiele wspólnych przedsięwzięć edukacyjnych.

Podpisanie tej umowy to to historyczne wydarzenie i Boże błogosławieństwo” – stwierdził Prezes Fundacji Nissenbaumów, Gideon Nissenbaum. – „Dla Żydów przypadek nie istnieje. Mój ojciec (założyciel i pierwszy prezes Fundacji – przyp. red.), Sigmund Nissenbaum, był w getcie warszawskim jednym z tych dzieci, które szmuglowały do niego jedzenie i broń z amunicją. Znalazł się potem w jednym z ostatnich transportów do Treblinki. Zawsze bardzo pragnął, by w Warszawie powstało Muzeum Getta Warszawskiego. To w tym budynku, budynku PAST-y, mieściło się pierwsze biuro fundacji, założonej w 1983 roku”. Dodał m.in., że także nieprzypadkowo data podpisania umowy to 6 czerwca, dokładnie osiem miesięcy po śmierci matki, Sonji Nissenbaum, także prezes Fundacji.

Dyrektor Stankowski zaznaczył, że podpisanie umowy symbolicznie inicjuje rozpoczęcie akcji „Tu było getto. Pamiętamy!”, związanej z upamiętnieniem Żydów wywiezionych z gett mazowieckich.

Przy podpisaniu umowy byli także obecni m.in. Monika Krawczyk, przewodnicząca Związku Gmin Wyznaniowych w Polsce i Artur Hofman, przewodniczący Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce.

Anna Kilian

GALERIA




Smak gettowego życia 9. Komitet Domowy – Leszno 24

Smak gettowego życia 9. Komitet Domowy – Leszno 24

Zapraszamy do lektury kolejnego felietonu Agnieszki Witkowskiej-Krych z cyklu zatytułowanego „Z życia w getcie”, w którym autorka przybliża m.in. kwestie wyżywienia mieszkańców getta, działalność doraźnie organizowanych punktów dożywiania przeznaczonych dla głodujących mieszkańców oraz kuchni dedykowanych dzieciom i niemowlętom, Transferstelle.

4 czerwca 2019

Autorka opowiada o gmachach Sądów, będących punktem przerzutowym dla szmuglujących żywność, zabiegach Janusza Korczaka o pomoc dla Głównego Domu Schronienia, tzw. komitetach domowych, o ludziach i instytucjach, które musiały zmierzyć się z zadaniem niemal niewykonalnym: wykarmienia i uchronienia od śmierci głodowej. Felietony publikujemy na naszej stronie internetowej co tydzień. Zapraszamy do tej niełatwej, opartej na różnorodnej i solidnej bazie źródłowej, lektury.

Urodzony w Warszawie Bogdan (Dawid) Wojdowski, który jako nastolatek trafił do warszawskiego getta, w przejmującej, opartej na faktach i własnych przeżyciach powieści Chleb rzucony umarłym kreśli obraz głodu towarzyszący mieszkańcom dzielnicy zamkniętej: „Pierwsze dni głodu najgorsze, potem już można wytrzymać. Najpierw przychodzi znużenie, ciążą ręce i nogi, każde słowo urasta do bolesnego zgiełku w uszach. Barwy nie cieszą oczu, a światło je rani. (…) Ciągle pić się chce, schną spękane usta. Szczęki zaciskają się same i odzywa się ból za uszami na widok cynowej łyżki porzuconej na stole. Wtedy zaczynają się myśli o jedzeniu, straszne, wyczerpujące rojenia. Żołądek pracuje jak syfon. Wystarczy mu myśl o kawałku brukwi i już zęby rozdzierają z chrzęstem włóknistą miazgę, a sok słabo przypominający czarną rzepę, łagodniejszy w smaku i słodkawy, spływa do gardła i zwilża spuchnięty język, zostawiając w ustach cierpki osad. (…) Od brukwi myśl się odrywa i buja wysoko. — Kiedy przywiozą ten chleb?” (1971, s. 24-25).

Chleb – obiekt pożądania dziesiątek, setek tysięcy ludzi stłoczonych na niewielkim obszarze wydzielonym z tzw. Dzielnicy Północnej. Ludzi, których ogromna większość zmarła z głodu, chorób, wycieńczenia, w trakcie akcji wysiedleńczych i w obozie zagłady w Treblince. Żywność: w getcie obok pożądających chleba i marzących o brukwi byli i tacy, którzy stołowali się w kawiarni „L’Ourse”, a w „Gazecie Żydowskiej” z 1 sierpnia 1941 informowano, że w kuchni przy ulicy Leszno 11 „rozprowadzone zostaną cukierki dla dorosłych oraz dodatkowo dla dzieci o masie 50 gram”. Nie zmienia to jednak ogólnego obrazu miejsca, w którym zdobycie żywności było sprawą ogromnej wagi – warunkującą, choć nie gwarantującą przetrwania.

W cyklu felietonów Agnieszki Witkowskiej-Krych zatytułowanych „Z życia w getcie” chcemy przybliżyć kwestie wyżywienia mieszkańców getta: działalność doraźnie organizowanych punktów dożywiania przeznaczonych dla głodujących mieszkańców oraz kuchni dedykowanych dzieciom i niemowlętom, Transferstelle. Autorka opowiada o gmachach Sądów, będących punktem przerzutowym dla szmuglujących żywność, zabiegach Janusza Korczaka o pomoc dla Głównego Domu Schronienia, tzw. komitetach domowych, o ludziach i instytucjach, które musiały zmierzyć się z zadaniem niemal niewykonalnym: wykarmienia i uchronienia od śmierci głodowej.

Felietony publikujemy na naszej stronie internetowej co tydzień. Zapraszamy do tej niełatwej, opartej na różnorodnej i solidnej bazie źródłowej, lektury.

Prof. Konrad Zieliński, kierownik działu naukowo-badawczego Muzeum Getta Warszawskiego

Komitet Domowy – Leszno 24

Jednym z miejsc, w którym koordynowano nielegalny przemyt żywności do getta oraz wywóz różnego rodzaju przedmiotów z dzielnicy żydowskiej na tak zwaną stronę aryjską była między innymi kamienica przy ulicy Leszno 24. W opracowaniu Jerzego Winklera dotyczącym walki getta z niewolą gospodarczą, w części dotyczącej rynku prywatnego czytamy, że w domu przy Lesznie 24: „znajdowała się <<centrala>> wywozu różnych artykułów z getta na prywatny rynek aryjski. Stacjonują tam wozy konne, których właściciele posiadają przepustki np. na przewóz papieru lub szmat. Pod paczkami papieru przedostają się rozmaite towary, począwszy od notesów, a skończywszy na szpilkach do włosów. Nawet wielka firma Braci Jabłkowskich korzysta  ze stosunku żydowskiego, gdyż mimo wszystko opłaca się jej to. Jest bowiem rzeczą charakterystyczną, że rzemieślnik polski woli raczej zajmować się szmuglem artykułów żywnościowych, jako bardziej rentownym, niż produkcją drobnoprzemysłową. Konkurentem Żyda w zamkniętym getcie staje się raczej inteligent polski, który zabiera się do <<przemysłu ludowego>> w możliwym dla niego zakresie. Masowym dostawcą kupca polskiego zostaje jednak w dalszym ciągu – Żyd” („Archiwum Ringelbluma. Getto warszawskie”, t. V, Warszawa 2011, s. 364).

W kamienicy przy Lesznie 24 działał również jeden z wielu gettowych Komitetów Domowych. Organizacja ta, o charakterze całkowicie społecznym, miała za zadanie wspieranie potrzebujących mieszkańców budynku, często osób, które musiały przenieść się do getta, tracąc przy tej okazji pracę i większość swoich dóbr. Dzięki istnieniu Komitetów Domowych, formalnie zrzeszonych pod egidą Żydowskiej Samopomocy Społecznej, możliwe było stworzenie i wdrożenie różnych form wsparcia realizowanych w mikroskali: od dożywiania, do organizacji opieki nad dziećmi, które – w związku z ograniczeniami narzuconymi przez okupanta – nie miały możliwości uczęszczania do szkół. W związku z różnorodnymi potrzebami tworzono w ramach Komitetów Domowych, mniejsze jeszcze, bardziej wyspecjalizowane agendy, czy referaty, takie jak na przykład Koła Pań, czy Koła Młodzieży.

Wśród dokumentów zgromadzonych przez współpracowników Emanuela Ringelbluma zachowały się fragmentaryczne zapisy sprawozdań z posiedzeń Komitetu Domowego domu przy ulicy Leszno 24, działającego tam zresztą jeszcze przed utworzeniem żydowskiej dzielnicy zamkniętej. I tak, dowiadujemy się z nich między innymi, że już w lipcu 1940 roku Komitet Domowy przyjmuje uchwałę, by zwrócić się z apelem do zamożniejszych lokatorów, aby ci zadeklarowali, iż będą regularnie zapraszać na obiady mieszkającego w budynku niejakiego Pawła Goldberga („Archiwum Ringelbluma. Getto warszawskie”, cz. 2, t. 34, Warszawa 2016, s. 274). W dniu oficjalnego zamknięcia getta, czyli w sobotę 16 listopada 1940 roku, na spotkaniu Komitetu Domowego kamienicy Leszno 24 ustalono, że: należy utworzyć wewnętrzną Komisję Sanitarną, która ma dopilnować sprawy kąpieli niektórych mieszkańców domu, niezależnie od oficjalnych zobowiązań, opodatkować mieszkańców na rzecz Kasy Zapomóg, a także przedsięwziąć działania mające na celu utworzenie własnej Domowej Kasy Chorych, a w szczególności zwrócić się do mieszkającego w budynku na Lesznie 24 lekarza chorób wewnętrznych, doktora Mieczysława Goldmana, z prośbą, by swoją wiedzą i kompetencjami wsparł ten projekt („Archiwum Ringelbluma. Getto warszawskie”, cz. 2, t. 34, Warszawa 2016, s. 276). W trzy tygodnie później, na nadprogramowym posiedzeniu Komitetu Domowego, które odbyło się 6 grudnia 1940 roku, „w związku z zawieszeniem wydawania obiadów przez kuchnie ludowe” („Archiwum Ringelbluma. Getto warszawskie”, cz. 2, t. 34, Warszawa 2016, s. 279) uchwalono, by pięciu mieszkającym w budynku rodzinom, czyli w sumie siedemnaściorgu osobom, wydzielić z magazynu podstawowe produkty żywnościowe. W sumie było to osiemnaście kilogramów kartofli, niespełna kilo kaszy i nieco ponad pół kilo smalcu („Archiwum Ringelbluma. Getto warszawskie”, cz. 2, t. 34, Warszawa 2016, s. 279). Średnio na jednego człowieka dziennie przypadało około trzystu pięćdziesięciu gram ziemniaków, nieco ponad półtora dekagrama kaszy i niewiele ponad dekagram smalcu. Wartość kaloryczna tego „pakietu” oscylowała wokół tysiąca kilokalorii.

Agnieszka Witkowska-Krych – antropolożka kultury, hebraistka, socjolożka, w ostatnich latach kustoszka w Muzeum Warszawy, badaczka życia i spuścizny Janusza Korczaka, współpracowniczka Fundacji Forum Dialogu i Centrum Kultury Jidysz, autorka tekstów o „sprawach ostatnich” – ostatniej drodze Korczaka i jego podopiecznych, ostatnim przedstawieniu wychowanków żydowskiego Domu Sierot i ostatnich zapiskach w Korczakowskim Pamiętniku.

Opr. Anna Kilian




Dwa wyróżnienia dla POLINU w konkursie SYBILLA

Dwa wyróżnienia dla POLINU w konkursie SYBILLA

Muzeum Getta Warszawskiego składa gratulacje portalowi Wirtualny Sztetl i Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Muzeum otrzymało dwa wyróżnienia w konkursie SYBILLA na Wydarzenie Muzealne Roku – honorującym osiągnięcia polskiego muzealnictwa i organizowanym przez Narodowy Instytut Muzealnictwa i Ochrony Zbiorów – dla portalu Wirtualny Sztetl oraz za akcję społeczno-edukacyjną Żonkile i koncert Łączy Nas Pamięć realizowane w ramach 75. rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim.

3 czerwca 2019

W tym roku przyznano nagrody w sześciu kategoriach oraz Grand Prix, które otrzymało Muzeum Architektury we Wrocławiu za wystawę czasową Leona Tarasewicza. To zmiana w porównaniu do zeszłych edycji, kiedy przyznawano aż 11 nagród. Celem konkursu SYBILLA jest nagradzanie osób i instytucji zasłużonych dla pielęgnowania i ochrony polskiego dziedzictwa kulturowego.

Z tej okazji rozmawiamy z Dyrektorem Muzeum Getta Warszawskiego, Albertem Stankowskim, pomysłodawcą i pierwszym koordynatorem uhonorowanego portalu o jego początkach, potencjale tkwiącym w wolontariacie i wzroście zainteresowania kulturą i historią polskich Żydów.

Jaka była wiedza o żydowskiej historii naszych – niegdyś – sąsiadów w 2009 roku, kiedy tworzył pan Wirtualny Sztetl?

Przede wszystkim chciałbym pogratulować Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN wyróżnienia otrzymanego za portal Wirtualny Sztetl w konkursie na Wydarzenie Muzealne Roku SYBILLA. Dzięki niemu zmieniła się znajomość naszej wspólnej, polsko-żydowskiej historii. Dziesięć lat temu, przyjeżdżając razem z Żydami, pragnącymi odnaleźć swoje korzenie, do miast, zamieszkanych przed wojną głównie przez ludność żydowską, przeżywałem spore zaskoczenie. Mieszkańcy często nie potrafili już nam powiedzieć, gdzie znajdowała się synagoga lub cmentarz żydowski, jaka była w danym miejscu historia naszych sąsiadów. Wystarczyły dwa pokolenia, by pamięć o niej została często zatarta lub niekiedy wyparta. Dotarło do mnie, że to ostatni moment, by tę pamięć zachować i przywrócić. I tak pojawił się, podyktowany potrzebą, pomysł udokumentowania historii Żydów w Polsce. W jego realizacji pomogło mi moje doświadczenie historyka i badacza zajmującego się dziedzictwem żydowskim w ramach pracy w Fundacji Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego oraz entuzjazm lokalnych społeczników. Zależało nam zwłaszcza, jako zespołowi tworzącemu ten projekt – szczególnie Krzysztofowi Bielawskiemu, Grzegorzowi Kołaczowi, Justynie Filochowskiej, Marcinowi Dziurdzikowi i wielu innym – na odkrywaniu nieco zapomnianej historii Polski wschodniej, która zaledwie siedemdziesiąt lat temu tętniła żydowskim życiem i kulturą.

Jak ważny jest dla tego typu inicjatywy, jakim jest Wirtualny Sztetl, odzew ze strony użytkowników, społeczności?

Dużą grupę współtwórców portalu stanowili pasjonaci z Polski i ze świata. Ten ruch nadawał dynamiczność. To na niego Wirtualny Sztetl stawiał przede wszystkim.

Jak udało się w przeszłości zaangażować tak wielu ludzi do współtworzenia projektu?

Nadanie mu takiego charakteru wymagało dużego zaangażowania i kontaktów – organizowaliśmy na przykład wyjazdy badawcze, m.in. na Białoruś. A teraz zrezygnowano z białoruskiej, rosyjskiej, niemieckiej i hebrajskiej wersji językowej, tłumacząc to posunięcie niższym ruchem na tych stronach. Tymczasem portal przede wszystkim aktywizował do działania ludzi mieszkających na Wschodzie, na ziemiach dawniej znajdujących się w granicach Polski. Duża liczba informacji była pozyskiwana przez wolontariuszy. To oni tłumaczyli wiele tekstów, przysyłali zdjęcia i informacje. Z portalem współpracowali historycy piszący do regionalnych gazet i periodyków.

Jak z Pana perspektywy zmienia się portal?

Pojawiła się nowa funkcja na stronie – wywiady wideo. Jest rozwijany istotny i potrzebny panel Genealogia. Ale został zahamowany niezwykle ważny projekt Pamięć w Kamieniu. Polegał on głównie na odczytywaniu inskrypcji na macewach, a są one przecież bezcennym źródłem informacji o ludziach mieszkających w naszych miastach i miasteczkach. Dzięki Pamięci w Kamieniu udało się zinwentaryzować wiele cmentarzy, których mamy w Polsce ponad tysiąc, często w bardzo złym stanie. Z każdym rokiem zacierają się litery i nazwy. Nasze wywiady przeprowadzone na Białorusi można wciąż oglądać na You Tube, ale niestety został zamknięty podobny projekt związany z Litwą. Odnoszę wrażenie, że nasza aktywność badawcza na Wschodzie istotnie zmalała. Żyła tam przecież ogromna liczba polskich obywateli żydowskiego pochodzenia. Wróciłem niedawno z uroczystości ekshumacji – i ponownego pochówku – Żydów, polskich obywateli, zamordowanych w getcie w białoruskim Brześciu. Wirtualny Sztetl przypominał o naszym dziedzictwie na Wschodzie.

Jak Pan dziś postrzega Wirtualny Sztetl?

Wciąż jest to jedyne pełne źródło informacji w internecie o historii społeczności żydowskiej w danej miejscowości. Bardzo się cieszę z tego, że tak dużo osób korzysta z Wirtualnego Sztetla. Chciałbym serdecznie pogratulować osobom tworzącym dziś portal i kontynuującym ten projekt. Życzę powodzenia i trzymam kciuki za to, by Wirtualny Sztetl nadal się rozwijał, by miał coraz więcej użytkowników, by zamieszczane treści były coraz lepsze i coraz ciekawsze i proszę: nie zapominajcie o społeczności portalu, o ludziach, starajcie się mobilizować jak najwięcej wolontariuszy, bo tkwi w nich ogromna siła. To oni – tysiące ludzi z Polski i ze świata – stoją za sukcesem portalu. Bardzo się cieszę, że portal jest zakotwiczony w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, ponieważ gwarantuje mu to stabilność finansową i prestiż.

Czy dziś Polacy bardziej się interesują historią i kulturą polskich Żydów, niż dziesięć lat temu, kiedy powstawał Wirtualny Sztetl ?

Wiele się dzieje w mniejszych miastach i miasteczkach, a nie dowiadujemy się o tym, bo nie trafia to do prasy ogólnopolskiej – drukuje te wiadomości tylko prasa regionalna. Mogę z dumą powiedzieć, że Wirtualny Sztetl przyczynił się do wzmożenia zainteresowania żydowską kulturą i historią i traktowania jej jako integralnej części naszego wspólnego, polskiego dziedzictwa. Zrobiliśmy wspólnie coś bardzo ważnego.

Rozmawiała Anna Kilian




Dzieje Siennej i Śliskiej – trzecia wystawa plenerowa Muzeum Getta Warszawskiego

Dzieje Siennej i Śliskiej – trzecia wystawa plenerowa Muzeum Getta Warszawskiego

„Pocztówki z naszej okolicy. Historia ulic Siennej i Śliskiej” to trzecia wystawa plenerowa Muzeum Getta Warszawskiego. Ekspozycja znajdująca się na ogrodzeniu Szpitala Bersohnów i Baumanów przy ulicy Siennej 60 została otwarta 14 maja.

28 maja 2019

Dzieje obu ulic zaczynają się pod koniec XVIII wieku. Już w XIX wieku stały się one świadectwem bogatych, polsko-żydowskich relacji społecznych – kamienice czynszowe przy Siennej i Śliskiej zamieszkiwali zarówno Polacy, jak i Żydzi. W 1878 roku ukończono budowę Szpitala Dziecięcego Bersohnów i Baumanów, ufundowanego przez dwie rodziny żydowskich filantropów, który do dziś stoi przy Siennej 60. Leczono w nim dzieci bez względu na ich wyznanie. Na przełomie XIX i XX wieku mieściły się tu już sklepy, popularne kino, fabryka armatur i Towarzystwo Wzajemnej Pomocy Pracowników Handlowych i Przemysłowych. W latach 30. Przybyło w tym rejonie placówek edukacyjnych. Podczas okupacji niemieckiej ten rejon Warszawy znalazł się w granicach tzw. małego getta. Przy Siennej 41 mieszkała z rodzicami, przesiedlona tam z Zielnej, nastoletnia wówczas Mary Berg – autorka jednego z najbardziej znanych pamiętników z getta warszawskiego. Sienna 16 to ostatnia lokalizacja Domu Sierot Stefanii Wilczyńskiej i Janusza Korczaka.

Podczas Powstania w Getcie Warszawskim i Powstania Warszawskiego w Szpitalu Dziecięcym Bersohnów i Baumanów leczono pacjentów. Ten historyczny zabytek jest wyjątkowym świadkiem historii, ocalałym z wojennego pogorzeliska. Muzeum Getta Warszawskiego planuje zorganizować w nim swoją wystawę stałą w 2023 roku.

Więcej o historii Siennej i Śliskiej dowiedzą się Państwo z wystawy – zapraszamy!

Autorką fotografii jest Maja Nowak.

Anna Kilian

GALERIA




Szczątki ofiar Holokaustu pogrzebano w Brześciu

Szczątki ofiar Holokaustu pogrzebano w Brześciu

W Brześciu na Białorusi, na placu budowy, odkryto w styczniu tego roku szczątki 1214 Żydów, zamordowanych podczas ostatecznej likwidacji brzeskiego getta w październiku 1942 roku. Sto dwadzieścia trumien uroczyście pogrzebano na podmiejskim cmentarzu 22 maja.

27 maja 2019

Na ludzkie szczątki natknięto się w styczniu. To wówczas koparki pracujące na placu budowy apartamentowca – na rogu ulicy Kujbyszewa i alei Maszerowa – zaczęły wykopywać fragmenty ciał. To spowodowało protesty aktywistów i historyków, którzy doprowadzili do wstrzymania prac budowlanych na terenie masowych grobów.

Za każdą zbrodnią stoi pojedynczy człowiek, a jej skala zależy od stopnia zniszczenia moralnego kośćca jej sprawcy – powiedział w Brześciu dyrektor Muzeum Getta Warszawskiego, Albert Stankowski. – Każda zbrodnia pozostawia ślad, choćby zbrodniarz ze wszystkich sił pragnął ją ukryć. Spotkaliśmy się tutaj, by mówić o masowym mordzie na niemal półtora tysiącu ludzi, rozstrzeliwanych od połowy października 1942 roku przez niemieckich nazistów, kiedy to rozpoczęto ostateczną likwidację brzeskiego getta. Jesteśmy tu po to, by jeszcze raz zaświadczyć o tragicznym końcu ludności narodowości żydowskiej – misją Muzeum Getta Warszawskiego jest upamiętnianie Zagłady polskich Żydów nie tylko na terenie utworzonej przez Niemców zamkniętej dzielnicy żydowskiej w stolicy Polski, ale w każdym getcie, gdzie zmuszono do przebywania polskich obywateli.

W momencie wybuchu wojny Polski z Niemcami we wrześniu 1939 roku część polskich Żydów znalazła się pod jurysdykcją ZSRR, który zaanektował dawne polskie województwa wschodnie – 202 tysiące kilometrów kwadratowych. Znalazło się tutaj półtora miliona obywateli polskich narodowości żydowskiej. Los Żydów żyjących nie tylko na terenach pogranicza był przesądzony po rozpoczęciu wojny niemiecko – radzieckiej w czerwcu 1941 roku. W ciągu czterech dni po oddziały niemieckie dotarły do Mińska, a w połowie lipca niemal cała Białoruś i większa część zachodniej Ukrainy znalazły się w rękach niemieckich. Wszystko to stało się tak szybko, że dla dużej części Żydów zamieszkujących te terytoria praktycznie niemożliwością było uciec. Niemcy rozstrzeliwali Żydów niemal natychmiast, lub organizowali krótko działające getta. Brzeskie getto istniało od 16 grudnia 1941 roku do jesieni 1942 roku.

Likwidację gett rozpoczęto już jesienią 1941 roku. Egzekucje przeprowadzały Einsatzgruppen i oddziały lokalnej policji. Działalność Einsatzgruppen latem i jesienią 1941 roku to około miliona zamordowanych Żydów. Na miejsce egzekucji wybierano najczęściej odludne miejsca: lasy, wąwozy, opuszczone fabryki, znajdujące się w pewnym oddaleniu od strefy zamieszkanej. O ile 17 tysięcy więźniów getta brzeskiego rozstrzelano w lesie nieopodal stacji kolejowej Bronna Góra, to w samym brzeskim getcie, w jego podwórkach w październiku 1942 roku rozstrzelano około 5 tysięcy ludzi.

Los jest przewrotny, a natura ludzka – złożona – kontynuował dyrektor Stankowski. – Przeszłość przypomina teraźniejszość i w niej się powtarza, także bardzo złymi zjawiskami, co wskazuje nam, że historia nie jest logicznym ciągiem wydarzeń, ale raczej ciągłą złożoną z pojedynczych zajść. Powtarzają się te same grzechy i podobne akty przemocy. Aleksiej German, wybitny rosyjski reżyser, powiedział: „Nie jestem lekarzem. Jestem bólem”. Instytucje kultury, instytucje zajmujące się edukacją – a do takich zalicza się powołane w ubiegłym roku Muzeum Getta Warszawskiego – nie leczą chorób społecznych. Nie powinno się oczekiwać od historyków czy edukatorów, że będą dostarczać lekarstw. My jedynie przedstawiamy pewne idee. Formułujemy istotę problemu. Zadajemy pytania. To od społeczeństwa zależy, jak się do nich odniesie i jaką da odpowiedź. Zmiana na lepsze może nastąpić tylko wówczas, gdy przeszłość zostanie poddana analizie i refleksji. Są kraje, w których historia powtarza się jak w zaklętym kręgu, nikogo niczego nie uczy i nawet podstawy etyki odnoszące się do ludzkich relacji nie istnieją. Lecz tam, gdzie nie szanuje się godności człowieka, gdzie panuje bezprawie, a życie jednostki się nie liczy, tam jest miejsce tylko dla degradacji i rozpadu. „Ale byłoby zbyt proste, gdyby wszystkiemu byli winni tylko politycy” – napisała Swiatłana Aleksijewicz.

Świadomość historii nie jest żadnym zabezpieczeniem na przyszłość, ale nieustające przypominanie o potwornych wydarzeniach z przeszłości – zbrodniach ludobójstwa – było i jest potrzebne tym bardziej, im mocniej zaciera się pamięć o nich. To, jak dużo nas się tu dziś zgromadziło świadczy o tym, że łakniemy prawdy, zwłaszcza gdy wraz z upływem czasu traci ona swoje żywe kolory. Strategie-świadectwa owej pamięci są różne– niewerbalne, traumatyczne, heroiczne… Wszystkie – jak każda prawda i pamięć – niekomfortowe, ale uciec od nich nie można, bo to fundamenty historiografii. Wasil Bykau, wspaniały pisarz białoruski, kandydat do literackiej Nagrody Nobla, napisał w „Złym znaku”, że „wszystko należy do przeszłości skażonej rozkładem i niebytem”, ale też, że „ludzka pamięć nie podlega upływowi czasu„. Jako jedyna zwycięża czas, bo przedłuża nasze życie.

Dziś zyskująca coraz większy aplauz w społeczeństwach nie tylko Europy, skrajna prawica, przybierający znowu na sile rasizm i odradzający się antysemityzm są pożywką dla rosnącego zagrożenia dla tolerancji, poszanowania godności naszych bliźnich, dla bezpieczeństwa i wolności. „Pilnuj w sobie człowieka”, napisała Swiatłana Aleksijewicz. Zgadzam się z tym wezwaniem i powtarzam je za laureatką literackiej Nagrody Nobla – zakończył swoje przemówienie dyrektor Albert Stankowski.

Ekshumacje wciąż prowadzi 52. batalion poszukiwawczy Ministerstwa Obrony Białorusi.

Anna Kilian

GALERIA




Smak gettowego życia 8. Restauracja „Adaś” – Leszno 19

Smak gettowego życia 8. Restauracja „Adaś” – Leszno 19

Zapraszamy do lektury kolejnego felietonu Agnieszki Witkowskiej-Krych z cyklu zatytułowanego „Z życia w getcie”, w którym autorka przybliża m.in. kwestie wyżywienia mieszkańców getta, działalność doraźnie organizowanych punktów dożywiania przeznaczonych dla głodujących mieszkańców oraz kuchni dedykowanych dzieciom i niemowlętom, Transferstelle.

21 maja 2019

Autorka opowiada o gmachach Sądów, będących punktem przerzutowym dla szmuglujących żywność, zabiegach Janusza Korczaka o pomoc dla Głównego Domu Schronienia, tzw. komitetach domowych, o ludziach i instytucjach, które musiały zmierzyć się z zadaniem niemal niewykonalnym: wykarmienia i uchronienia od śmierci głodowej. Felietony publikujemy na naszej stronie internetowej co tydzień. Zapraszamy do tej niełatwej, opartej na różnorodnej i solidnej bazie źródłowej, lektury.

Urodzony w Warszawie Bogdan (Dawid) Wojdowski, który jako nastolatek trafił do warszawskiego getta, w przejmującej, opartej na faktach i własnych przeżyciach powieści „Chleb rzucony umarłym” kreśli obraz głodu towarzyszący mieszkańcom dzielnicy zamkniętej: „Pierwsze dni głodu najgorsze, potem już można wytrzymać. Najpierw przychodzi znużenie, ciążą ręce i nogi, każde słowo urasta do bolesnego zgiełku w uszach. Barwy nie cieszą oczu, a światło je rani. (…) Ciągle pić się chce, schną spękane usta. Szczęki zaciskają się same i odzywa się ból za uszami na widok cynowej łyżki porzuconej na stole. Wtedy zaczynają się myśli o jedzeniu, straszne, wyczerpujące rojenia. Żołądek pracuje jak syfon. Wystarczy mu myśl o kawałku brukwi i już zęby rozdzierają z chrzęstem włóknistą miazgę, a sok słabo przypominający czarną rzepę, łagodniejszy w smaku i słodkawy, spływa do gardła i zwilża spuchnięty język, zostawiając w ustach cierpki osad. (…) Od brukwi myśl się odrywa i buja wysoko. — Kiedy przywiozą ten chleb?” (1971, s. 24-25).

Chleb – obiekt pożądania dziesiątek, setek tysięcy ludzi stłoczonych na niewielkim obszarze wydzielonym z tzw. Dzielnicy Północnej. Ludzi, których ogromna większość zmarła z głodu, chorób, wycieńczenia, w trakcie akcji wysiedleńczych i w obozie zagłady w Treblince. Żywność: w getcie obok pożądających chleba i marzących o brukwi byli i tacy, którzy stołowali się w kawiarni „L’Ourse”, a w „Gazecie Żydowskiej” z 1 sierpnia 1941 informowano, że w kuchni przy ulicy Leszno 11 „rozprowadzone zostaną cukierki dla dorosłych oraz dodatkowo dla dzieci o masie 50 gram”. Nie zmienia to jednak ogólnego obrazu miejsca, w którym zdobycie żywności było sprawą ogromnej wagi – warunkującą, choć nie gwarantującą przetrwania.

Prof. Konrad Zieliński, kierownik działu naukowo-badawczego Muzeum Getta Warszawskiego

Restauracja „Adaś” – Leszno 19

Najprawdopodobniej najbardziej znanym lokalem na Lesznie była kawiarnia Sztuka, w której grywał Władysłąw Szpilman, śpiewała Wiera Gran, a swoje dowcipne wiersze dotyczące rzeczywistości getta, znane jako „Żywy dziennik”, recytowali Władysław Szlengel i Leonid Fokszański.

Podobnego typu lokali było na Lesznie jednak zdecydowanie więcej. O tym, jak wyglądała ich praca widziana oczami konsumentów, dowiedzieć można się między innymi z powojennych wspomnień Janiny Bauman, przebywającej w getcie jako nastolatka, która nie precyzując, o którym miejscu dokładnie mowa, pisała: „Tej zimy pojawiły się w getcie sklepy z dość luksusowymi jak na tamtejsze warunki artykułami, a także kawiarnie i restauracje. Pewnego dnia […] Mama zabrała Zosię i mnie do restauracji na Lesznie. Nigdy przedtem nie byłam w żadnej restauracji, więc było to dla mnie ciekawe przeżycie. Mimo jasnego dnia, okna w obszernej sali były dokładnie zaciemnione. Dyskretne światło płynęło z rozstawionych tu i tam lamp karbidowych. Stoliki były pokryte białymi obrusami. Kelnerzy nosili ciemne ubrania. Pianista i skrzypek grali z przejęciem znane melodie żydowskie i cygańskie romanse. Niemal wszystkie stoliki były zajęte. […] Menu oferowało różne luksusowe dania, jak również francuskie wina i inne wyborne napoje alkoholowe. Ceny były przerażające. Gdyby nie Zosia i ja, Mama niewątpliwie wstałaby od stołu i wyszła z restauracji, nie chciała nas jednak rozczarować, więc zostałyśmy i zamówiłyśmy najtańsze z możliwych dań: rosół z makaronem, czulent i jakiś budyń z sokiem wiśniowym. To była prawdziwa uczta, najlepszy nasz posiłek od lat. Wprawdzie jak dotąd nie głodowałyśmy w getcie, jednak nasze domowe obiady były o wiele skromniejsze. Ciężko wzdychając, Mama zapłaciła rachunek i wypełnione błogą sytością, wyszłyśmy z restauracji” (Janina Bauman, „Zima o poranku”, Kraków 2009, s. 75-76.).

Opowieść Janiny Bauman mogłaby zapewne pojawić się w innych wspomnieniach. Dla wielu osób jednak skorzystanie z usług tego typu lokalu pozostawało jedynie w sferze marzeń. Restauracje bowiem, rzeczywiście obecne, ale jednak zbyt drogie dla przeciętnych mieszkańców getta, nie były przez nich często odwiedzane. Ci, którzy mogli się tam regularnie stołować, najczęściej wywodzili się z klasy gettowych nuworyszy, a w tym na przykład szmuglerów, czy osób mających biznesowe kontakty z tak zwaną stroną aryjską lub robiących interesy z Niemcami.

Okna wystawowe gettowych lokali gastronomicznych nieustannie gromadziły wokół siebie głodnych ludzi, którym nie pozostało nic poza zazdrosnym przyglądaniem się innym jedzącym. Pisał na przykład Stanisław Różycki: „Chmara nędzarzy wyleguje u wrót do tych Eldorado, oblizuje się, przylega do szyb wystawy, wyczekuje na wyjście z obiadów <<nowych panów>>, złorzeczy i przeklina, błaga i narzuca się. A oni, obżarci, syci, zadowoleni i rozbawieni korzystają z życia w pełni, to znaczy – gęsiny, befsztyków, omletów, ryb, win, sałatek, koniaku, tortów, owoców” (Stanisław Różycki, „Opracowanie pt. Ulica”, w: „Archiwum Ringelbluma. Getto warszawskie”, t. V, Warszawa 2001, s. 48).

Obraz przedstawiony przez Różyckiego w pewnym stopniu utrwalony został również w postaci scen propagandowego filmu kręconego przez Niemców w getcie. Aktorami byli zwykle przypadkowi ludzie, złapani na ulicy i zmuszeni do udziału w tym makabrycznym przedsięwzięciu. Wspominał o tym w swoim pamiętniku Samuel Puterman: „Goście mieli jeść dużo, łapczywie i popijać alkoholem. Filmowali kelnerów, uwijających się między stolikami, obładowanych tacami, na których piętrzyły się stosy przednich zakąsek. […] Filmowali ogólny widok zatłoczonej sali, pojedyncze panie, którym kazano podnosić wysoko sukienki, […] Żydów jedzących sardynki z pudełka palcami, Żydów zabawiających się pod stołem gołymi łydkami towarzyszek libacji, Żydów rzucających pod stół niedojedzone ćwiartki gęsi. Taśma filmowa eliminowała mdlejące kobiety i posiniaczone twarze bitych pejczą [pejczem]” (Samuel Puterman, „Pamiętnik”, Archiwum ŻIH, sygn. 302/27, s. 68.).

Agnieszka Witkowska-Krych – antropolożka kultury, hebraistka, socjolożka, w ostatnich latach kustoszka w Muzeum Warszawy, badaczka życia i spuścizny Janusza Korczaka, współpracowniczka Fundacji Forum Dialogu i Centrum Kultury Jidysz, autorka tekstów o „sprawach ostatnich” – ostatniej drodze Korczaka i jego podopiecznych, ostatnim przedstawieniu wychowanków żydowskiego Domu Sierot i ostatnich zapiskach w Korczakowskim Pamiętniku.

Opr. Anna Kilian




Upadek powstania w getcie warszawskim

Upadek powstania w getcie warszawskim

„Pierwsza połowa maja 1943 r. Boje – jeżeli tak zostanie określone starcie potężnych sił niemieckich z beznadziejnie uzbrojonymi partyzantami żydowskimi – trwały już drugi tydzień. W „Dzienniku” pod datą 1 maja 1943 r. Joseph Goebbels (minister propagandy i oświecenia publicznego w hitlerowskim rządzie) nazwał je „bardzo ciężkimi”. Zapraszamy do przeczytania felietonu dr. Pawła Wieczorka, poświęconego działaniom powstańczym kończącym heroiczny zryw żydowskich bojowców w warszawskim getcie.

20 maja 2019

Ze szczególnym oburzeniem podkreślił: „Cała ta zabawa zapewne długo nie potrwa. Widać, czego można spodziewać się po Żydach, gdy dostaną w ręce broń”. Takie postrzeganie rzeczywistości wskazuje, że władze hitlerowskie ani nie spodziewały się oporu ze strony Żydów na taką skalę, ani w tak rozległym czasie. Co wskazuje jeszcze na ukryte: wstyd i strach. Obecny 4 maja w Warszawie Helmuth von Moltke twierdził, że Żydzi – w jego przekonaniu niezdolni do stawiania jakiegokolwiek oporu – walczą wyłącznie dzięki wsparciu ze strony „rosyjskich spadochroniarzy, niemieckich dezerterów i polskich komunistów”. Taki „układ sił” miał być źródłem trwających wciąż walk.

Na zdjęciu: powstanie w getcie warszawskim

Niemcy przyjęli taktykę – dosłownie – „spalonej ziemi”. Jürgen Stroop, który dowodził „wielką akcją w getcie”, na początku maja donosił: „Jedyną i najlepszą metodą niszczenia Żydów jest przeto wciąż jeszcze wzniecanie pożarów”. Żydowska linia frontu, pod wpływem niemieckiej taktyki wypalania kolejnych budynków, uległa załamaniu. Walczyły dziesiątki izolowanych bunkrów, samotnie broniących się domów. W raportach kierowanych do władz nadrzędnych Stroop podkreślał, że „opór Żydów wciąż był silny”: „Wycofywali się przeważnie nocą na dogodne pozycje, w trudno dostępne ruiny. Przeciwko tym punktom schronienia i ataku nie mogliśmy stosować metody podpalania, gdyż poprzednie pożary spaliły tam wszystko co było do spalenia. Nowe »fortece« powstańcze były trudne do sforsowania”.

Na zdjęciu: powstanie w getcie warszawskim

Jakże inaczej oceniało sytuację w warszawskim getcie polskie podziemie. Pod koniec kwietnia Agencja Prasowa Armii Krajowej w artykule „Getto warszawskie walczy” umieściła taki oto komentarz: „Zakłopotanie niemieckie pogłębiać musi fakt, iż dumni, nadęci »zdobywcy świata«, którym tak łatwo przychodzi pastwienie się nad bezbronnymi, z godną politowania niezdarnością prowadzą oto formalny, długotrwały bój z gromadą pogardzanych pariasów, wytaczając przeciwko nim działa i czołgi… Ta przewlekła wojna z gettem warszawskim, nazywana już ironicznie »trzecim frontem« nasuwa siłą rzeczy refleksje ośmieszające i kompromitujące niemieckie talenty rządzenia i wojowania”.

Niezależnie od tego, jak Stroop tłumaczył niepowodzenia „wielkiej akcji w getcie”, ani jak tę „akcję” oceniali Polacy, na pewno w działaniach niemieckich celem nadrzędnym było dotarcie do najważniejszego miejsca – bunkra dowództwa Żydowskiej Organizacji Bojowej. Dopiero 7 maja Niemcy zlokalizowali jego położenie przy ulicy Miłej 18. Tego dnia w „Raporcie” dowódca SS zapowiedział, że „otwarcie siłą” bunkru „kierownictwa partyjnego” (tak określał dowództwo ŻOB) nastąpi kolejnego dnia – 8 maja 1943 r. Była to zapowiedź jednego dramatu, którego akty rozgrywały się równolegle. Tego dnia wszyscy – Niemcy i Żydzi – mieli odegrać role, jakie napisała im hitlerowska ideologia.

Dla Stroopa ten dzień był spełnieniem. Od początku „likwidacji dzielnicy żydowskiej” udowadniał, że jest świadomy stawianych przed nim zadań: zesłania pozostałych w getcie Żydów do obozu zagłady w Treblince, a w razie potrzeby wymordowania ich „na miejscu”. Wskazuje na to język nienawiści, jakim posługiwał się dzień w dzień, relacjonując przebieg walk toczonych w getcie w kwietniu i maju 1943 r., jak i ten, którym wykładał swoje „racje” w celi śmierci w mokotowskim więzieniu sześć lat później. Przynajmniej po części usprawiedliwiał swoje dotychczasowe niepowodzenia: „Walki były i długie, i ciężkie. ŻOB-owcy się wściekle bronili, a moi żołnierze czuli się niepewnie w bezpośrednim starciu”. Zdobycie najważniejszego schronu – żydowskiego dowództwa – „kat warszawskiego getta” tłumaczył jako sukces połowiczny: „ludzie, których chętnie przesłuchałbym, byli martwi”.

Dla Władki Meed ten dzień był wyjątkowy. Była łączniczką ŻOB z polskim podziemiem. Po raz ostatni była obecna na terenie getta w przededniu wybuchu powstania. W czasie jego trwania przebywała po stronie aryjskiej. Niosła pomoc uciekinierom z gettowego piekła. W ten majowy dzień spotkała się ze znajomymi, którzy – jak ona sama – trwali w ukryciu: „Po raz pierwszy tak wielu spotkało się nie po to, by konspirować. Atmosfera początkowo była ciężka. Z czasem młodzi rozluźnili się, zaczęli ze sobą rozmawiać. Pomagał wypity alkohol”. Przeczytała list napisany do przyjaciół (być może fikcyjnych) za oceanem: „O tym, jak żyjemy w okupowanej Warszawie, o naszej walce i silnej woli przetrwania”. Wszystkim na krótką chwilę udało się oderwać od wszechobecnego zła, zaznać trochę ciepła i radości. Spotkanie jednak – przyznała po latach – „do końca podszyte było smutkiem”. Przeżyła ten dzień i kilkadziesiąt kolejnych lat.

Na zdjęciu: Władka Meed

Dla Mordechaja Anielewicza, jak dla większości tych, którym przyszło tego dnia być w getcie, w bunkrze na ulicy Miłej 18, ten dzień był tragiczny. Niemcy otoczyli schron dowództwa ŻOB. Zabrakło im odwagi do bezpośredniej konfrontacji sił. Przebywającym tam Żydom nakazali schron opuścić. Poddali się cywile – gettowi bojownicy pozostali. W odpowiedzi Niemcy do pięciu wykrytych włazów wejściowych wrzucili granaty gazowe. By zginąć z honorem, wykazać się odwagą, dowódca ŻOB wraz ze współbraćmi odebrali sobie życie. W tragizmie była godność. Z nią też odeszli.

Na zdjęciu: rekonstrukcja bunkra Anielewicza

Cywii Lubetkin tego dnia sprzyjało szczęście. Również przebywała w getcie. Jeszcze kilkanaście godzin wcześniej była na Miłej 18. Nad ranem dotarła do bunkra na ulicy Franciszkańskiej 22. Być może przeczucie zbliżającego się nieszczęścia kazało jej koniecznie wrócić do dowódczego schronu. Od zbyt ryzykownej za dnia wyprawy, wręcz samobójczej, powstrzymał ją – podległy w hierarchii służbowej – Chaim Frymer. Dlatego miała szczęście przeżyć… Dopiero gdy nad gettem zapanował zmrok, grupa bojowców udała się na Miłą. Cywia Lubetkin tak wspominała miejsce po bunkrze: „Wszystko wokoło wygląda inaczej. Ruiny rozgrzebane, u wejścia nie ma warty. Strach ścisnął serca wszystkich, bo po żadnym z sześciu wejść nie było śladu”. Na sąsiednim podwórzu wraz z towarzyszami ujrzeli leżące w bezruchu cienie sylwetek: „Byli to towarzysze – cali w błocie, krwi, osłabieni i drżący, wyglądali jak upiory. Ktoś leżał nieprzytomny, ktoś inny ledwo oddychał”. Silna wola i determinacja pozwoliły im żyć – choćby chwilę – dłużej. Przedarli się szóstym, nie odkrytym przez Niemców przejściem. Ich także szczęście nie opuściło.

Na zdjęciu Cywia Lubetkin

Od tego wieczoru na niewiele więcej, niż czterdzieści godzin splotły się losy ocalonych z Miłej 18 (czternaście osób, m.in. Tosia Altman, Jehuda Węgrower, Tuwia Borzykowski, Mordechaj Growas, Izrael Kanał, Menachem Bejgelman, Michał Rozenfeld) z tymi, którzy nieśli im pomoc (m.in. Symcha Rotem, Marek Edelman, Zygmunt Frydrych, Tadek Szejngut, Rysiek Maselman). Wszczęto akcję ratunkową. Godziny w podziemnych tunelach trwały w nieskończoność. Wreszcie 10 maja ta część dramatu dobiegła końca. „W biały dzień, bez żadnej prawie obstawy – opowiadał o tym dniu Marek Edelman – otwiera się klapa włazu i jeden po drugim, na oczach zdumionego tłumu wychodzą z czarnej jamy Żydzi z bronią w ręku”. Po stronie aryjskiej czekała na nich ciężarówka, która ocalonych – trzydziestoosobową grupę – natychmiast wywiozła za Warszawę, do lasu pod Łomianki. Dotarli.

Na zdjęciach: Tosia Altman, Tuwia Borzykowski, Mordechaj Growas

Odtąd jednak drogi ratowanych i ratujących zaczęły się rozchodzić. Jehuda Węgrower zmarł 10 maja, zaraz po przybyciu. Prawdopodobnie na skutek zatrucia gazem. Ranna Tosia Altman kilka dni później wróciła do Warszawy. Z innymi bojownikami gettowymi ukrywała się na Pradze. Wkrótce ona, tak jak towarzysze, padła ofiarą pożaru. Zmarła w mękach. Tuwia Borzykowski przeżył nie tylko powstania (w getcie i warszawskie), ale także wojnę. Pod koniec lat czterdziestych wyemigrował do Izraela. Pnina Grynszpan Frymer i Michał Rozenfeld działali – niezależnie od siebie – w podwarszawskiej, GL-owskiej partyzantce. O ile jednak Frymer przeżyła wojnę, a w 1945 r. wyemigrowała z Polski (by ostatecznie osiąść w Izraelu), o tyle Rozenfeld – wraz z dwunastoma towarzyszami broni wydany Niemcom przez Polaka – poległ we wrześniu 1943 r. Latem tego roku Mordechaj Growas (w październiku 1942 r. wykonał wyrok na Jakubie Lejkinie) wraz ze swym dziesięcioosobowym oddziałem partyzanckim padł ofiarą mordu dokonanego przez Polaków z Narodowych Sił Zbrojnych. Izrael Kanał – z nadzieją na emigrację – stał się ofiarą Hotelu Polskiego: zesłany wpierw do Bergen-Belsen, pod koniec 1943 r. zginął w Oświęcimiu.

Na zdjęciach: Pnina Grynszpan Frymer, Michał Rozenfeld, Izrael Kanał, Symcha Rotem

Grupa Menachema Bigelmana i Szlomo Szustera przedostała się na stronę aryjską. Nie zdołali wyjść z kanału. Spóźnili się. Wyjście zostało otoczone przez Niemców. Doszło do starcia. Wszyscy zginęli. To po nich jechał Rysiek Maselman. Rano, po godzinie 10, eskortował pierwszą grupę bojowców do Łomianek. Tego dnia wrócił do Warszawy, by przejąć jeszcze drugą grupę. Nie zdołał. Śmierć poniósł w drodze po bojowców. W centrum Warszawy, na Placu Bankowym, walczył z Niemcami. Został rozstrzelany. Zygmunt Frydrych (latem 1942 r. pojechał w ślad za transportem śmierci, by wrócić i zdać relację z Treblinki) został w lesie pod Łomiankami. Zdradzony przez polskiego chłopa, 15 maja poniósł śmierć wraz z grupą bojowców. Tadek Szejngut 10 maja współorganizował pomoc bojowcom. Zginął kilka miesięcy później w Warszawie podczas potyczki z Niemcami. Niektórzy z niosących pomoc – jak Symcha Rotem, albo Marek Edelman – przeżyli. Przez dziesięciolecia byli symbolem poświęcenia i odwagi.

Na zdjęciu: Menachem Bigelman

Czy wydarzenia rozgrywające się w dniach 8-10 maja 1943 r. oznaczały, że dobiegał końca zryw powstańczy warszawskich Żydów ? Każda z odpowiedzi na tak sformułowane pytanie będzie raczej umowna. Stroop po zdobyciu schronu przy Miłej 18 zamykał sprawozdanie z dnia 8 maja zapewnieniem: „Podpisany zdecydowany jest kontynuować wielką akcję aż do zniszczenia ostatniego Żyda”. Dwa dni później Heinrich Himmler (jedna z najważniejszych postaci w III Rzeszy, m.in. szef SS, bezpośrednio odpowiedzialny za Holokaust) wydał instrukcję nakazującą podległemu mu dowództwu skierowanie jeszcze większych sił do stłumienia oporu w getcie: „Od zdławienia powstania w getcie – tłumaczył – zależy uspokojenie Warszawy”. 10 maja gubernator dystryktu warszawskiego Generalnego Gubernatorstwa, Ludwig Fischer, skierował do Polaków proklamację, która miała przekonać ich do udziału w walce z „żydokomuną”: „Żadne etyczne względy nie powinny być przeszkodą w niszczeniu bolszewizmu. Kto zawiadamia władzę, gdzie przebywa agent komunistyczny lub Żyd, wypełnia jedynie sam przez się zrozumiały obowiązek w stosunku do siebie i swoich bliskich”. Takie wypowiedzi strony hitlerowskiej można potraktować jako dowód, że powstanie – wbrew planom – nie zostało stłumione. Albo wciąż trwa. Fakt ten 10 maja potwierdzały informacje delegatury AK skierowane do Londynu („Heroiczna walka getta warszawskiego ma jeszcze kilka punktów oporu”), jak i podziemne pismo endeckie „Nowy Dzień” („Opór Żydów nie jest jeszcze załamany”).

Na zdjęciu: upamiętniony bunkier Anielewicza

To mogłoby świadczyć, że walki powstańcze wciąż trwają. Tak jednak nie było. Nawet gdy w niemieckich raportach pojawiały się takie sformułowania: „Oddziały żydowskie wypełzają spod ziemi i znienacka atakują Niemców”. Sporadycznie dochodziło do starć. Żydzi już nie atakowali. Resztkami sił bronili się przed Niemcami. W praktyce bowiem przez kolejne dni (11-16 maja) połączone siły niemieckie (SS, Wehrmacht, oddziały etniczne) wspierane przez polską Granatową Policję regularnie przeszukiwały gruzowiska, Żydów („bandytów i podludzi”) mordowały, zaś resztki gettowych zabudowań zrównywały z ziemią. 15 maja wieczorem zniszczone zostały przycmentarna kaplica, kostnica i przyległe budynki. Dzień później została wysadzona w powietrze Wielka Synagoga przy Tłomackiem. Miało to być symboliczne zakończenie procesu likwidacyjnego „żydowskiej dzielnicy” w Warszawie. Stroop tak opisywał tę „alegorię triumfu nad żydostwem”: „Ależ to był piękny widok. Z punktu widzenia malarskiego i teatralnego obraz fantastyczny. Oficer saperów wręczył mi aparat elektryczny wywołujący detonację ładunków wybuchowych. W blasku płonących budynków stali zmęczeni i umorusani moi dzielni oficerowie i żołnierze. Przedłużałem chwilę oczekiwania. W końcu krzyknąłem: Heil Hitler! – i nacisnąłem guzik”.

Na zdjęciu: ruiny getta – ulica Gęsia

Czy tego dnia nastąpił więc ostateczny koniec powstania w getcie warszawskim? Zapewne tak. Choć w niemieckich raportach w kolejnych tygodniach wielokrotnie jeszcze pojawiały się informacje o napadach i zabójstwach dokonywanych przez grupy bojowców i atakach na niemieckie konwoje prowadzące więźniów z Pawiaka na rozstrzelanie wśród ruin getta. Lecz w praktyce, rzecz nie szła już o ofiary, lecz wyłącznie o straty i zyski. Niemieckie. Stroop w ostatnim Raporcie sporządzonym 24 maja 1943 r. napisał o wojennych trofeach po powstaniu i powstańcach: zdobytej broni, odzieży i walucie. No i gettowych ruinach: „To, czego nie wysadzono w powietrze, pozostało tylko jako wypalone mury. Z ruin można wykorzystać w nieprzebranej ilości cegłę i złom”. Ostateczne zamknięcie sprawy getta warszawskiego miało nastąpić do czerwca kolejnego – 1944 r. Z rozkazu Himmlera wynikało, że „obszar miejski byłego getta należy całkowicie wyrównać, zakopać każdą piwnicę i każdy rynsztok. Po zakończeniu tej pracy zostanie położona wierzchnia warstwa ziemi i na całym obszarze założy się wielki park” (w praktyce w ciągu 12 miesięcy udało się wyłącznie całkowicie zniszczyć ruiny getta).

Na zdjęciu: ruiny getta

Powstanie w getcie warszawskim w okresie od 19 kwietnia do 16 maja 1943 r. kończyło się wielokrotnie i równolegle. Ilu w getcie było bojowców i cywilów – dzieci, kobiet i mężczyzn – i ile z tych postaci ginęło, czy to walcząc, czy jako bezbronne cywilne ofiary, tyle razy dobiegały końca kolejne fragmenty powstańczej układanki. W tym zrywie Żydzi ginęli jako masa i jako jednostki, jako polscy obywatele i polscy żydzi. Ginęli ludzie.

dr Paweł Wieczorek

Paweł Wieczorek- doktor nauk humanistycznych. Specjalność: historia najnowsza. Współpraca: United States Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie, Żydowski Instytut Historyczny oraz Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce. Laureat konkursu Żydowskiego Instytutu Historycznego na najlepszą pracę doktorską im. M.Bałabana (2014). Uczestnik międzynarodowego projektu badawczego „Pogromy Żydów na ziemiach polskich w XIX i XX wieku” (2013- 2016). Autor artykułów i książek. Zainteresowania badawcze: stosunki polsko – żydowskie po 1945 r., żydowskie ruchy społeczne i polityczne, mniejszości narodowe i etniczne w Polsce, zimna wojna, totalitaryzm.

Opr. Anna Kilian




Historia ulicy Siennej – spacer varsavianistyczny

Historia ulicy Siennej – spacer varsavianistyczny

Muzeum Getta Warszawskiego rozpoczyna cykl comiesięcznych, edukacyjnych spacerów varsavianistycznych. Pierwszy już 9 czerwca – ulicą Sienną.

20 maja 2019

W przedwojennej Warszawie Sienna była jedną z ulic najbardziej wysuniętych na południe. Łączyła ubogą, robotniczą Wolę i zamożne Śródmieście. Mieścił się przy niej – i stoi nadal, ocalały z wojennej pożogi – budynek Szpitala Bersohnów i Baumanów zbudowany w 1878 roku, dom Towarzystwa Wzajemnej Pomocy Pracowników Handlowych i Przemysłowych, Szkoła Spółdzielczo-Handlowa Towarzystwa Oświaty Spółdzielczo-Handlowej, a także kinoteatr „Trianon”. Podczas okupacji ulica Sienna stała się jednym z najbardziej pożądanych adresów tzw. małego getta. To tutaj znajdowała się ostatnia lokalizacja Domu Sierot Stefanii Wilczyńskiej i Janusza Korczaka.

Historię ulicy Siennej i związanych z nią osób – m.in. lekarek związanych ze Szpitalem Bersohnów i Baumanów w warszawskim gettcie: Anny Braude-Hellerowej i Adiny Blady-Szwajger oraz pracującego w Szpitalu w latach 1905-1912 Janusza Korczaka – opowie pracowniczka działu edukacji Muzeum Getta Warszawskiego i przewodniczka po Warszawie, Jagna Kofta. W spacerze varsavianistycznym będą również uczestniczyć dr Halina Postek i dr Wiesława Młynarczyk z działu edukacyjnego MGW.

Przy ulicy Siennej 60, na ogrodzeniu Szpitala wiszą plansze otwartej 14 maja wystawy plenerowej Muzeum – „Pocztówki z naszej okolicy. Historia ulic Siennej i Śliskiej”.

Miejsce zbiórki uczestników spaceru to Pałac Kultury i Nauki od strony Teatru Studio – 9 czerwca o godzinie 12.

Anna Kilian